Minister zdrowia nie może być samotną wyspą

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Minister zdrowia powinien być fachowcem, to znaczy politykiem, który zbudował swoją mocną pozycję, autorytet i potrafi ich używać dla dobra dziedziny, za którą odpowiada. W 25. rocznicę śmierci Franciszki Cegielskiej rozmawiamy z Maciejem Pirógiem, sekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia w latach 1998-2000.


Maciej Piróg. Fot. arch. wł.

  • Ministrem zdrowia powinien być polityk. Natomiast jeśli chodzi o wiceministrów, kierownictwo NFZ – tu powinni rządzić fachowcy
  • Mocny politycznie minister ma większe szanse na przeprowadzenie swoich pomysłów, ważnych projektów
  • Dziś bardzo złe decyzje w systemie ochrony zdrowia przechodzą w całkowitej lub względnej ciszy
  • Mimo że ochrona zdrowia, patrząc na deklarowane priorytety, jest dla Polaków ważna, politycy tego tematu najchętniej by w ogóle nie dotykali
  • Zmiany w obszarze ochrony zdrowia to nie jest reforma sektorowa, to wysiłek całego gabinetu, za który odpowiedzialność musi wziąć szef rządu

Małgorzata Solecka: Tę rozmowę chciałam przeprowadzić w dwudziestą rocznicę śmierci minister Franciszki Cegielskiej, ale plany pokrzyżowała fala COVID-19. 25-lecie odejścia pierwszej minister zdrowia, która nie była lekarzem, a podjęła się kierowania obszarem w warunkach wprowadzanej reformy, jest właściwą okazją nie tylko do wspomnień, ale może przede wszystkim refleksji nad „wtedy” i nad „teraz”. Może zacznę nie od pytania, ale stwierdzenia: Franciszka Cegielska była ministrem stosunkowo krótko, a jednak pozostaje ciągle punktem odniesienia.

Maciej Piróg: Mam co do tego wątpliwości. My pamiętamy, ale na ile ta pamięć jest powszechna?

Myślę, że przynajmniej w obszarze ochrony zdrowia jednak jest. Gdy Jolanta Sobierańska-Grenda obejmowała stanowisko, pojawiło się bardzo dużo komentarzy akcentujących podobieństwa z Franciszką Cegielską: obie realizujące się zawodowo w Trójmieście, obie w strukturach samorządu, obie wreszcie – z wykształceniem innym niż medyczne. Pozostawiam na boku, na ile te podobieństwa są uzasadnione. Samo to, że Franciszka Cegielska została w nich przywołana, świadczy, że ta pamięć jest, mimo upływu lat.

Byłaby to dobra wiadomość, choć zgadzam się – porównania nie są zasadne. Franciszka Cegielska była jedyna w swoim rodzaju. Myślę, że gdyby pamięć o niej i jej służbie publicznej była bardziej powszechna, gdyby była punktem odniesienia, wzorcem, byłoby to z korzyścią dla spraw publicznych. Miała, w mojej ocenie, wszelkie szanse nie tylko na to, żeby zostać najlepszym ministrem, ale przede wszystkim – by realnie zmienić ochronę zdrowia. Te szanse, o czym trzeba pamiętać, przekreśliła nie tylko choroba, ale także okoliczności polityczne.

Franciszka Cegielska. Fot. arch. wł.

Była mocną osobowością w słabnącym rządzie, działającym w warunkach kryzysu. Była wybitnym politykiem i zwłaszcza ostatnio zastanawiam się, czy podpisałaby się pod postulatem odpolitycznienia Ministerstwa Zdrowia?

O tym, że zdrowie ma być ponad polityką, ma być – czy jest – apolityczne mowa jest od lat. Od czasu do czasu słyszymy o różnego rodzaju „paktach dla zdrowia”, inicjatywach „wspólnie dla zdrowia”. Ale w zasadzie nie wiadomo, co znaczy to „odpolitycznienie”. W mojej ocenie manewr, na który zdecydował się premier Donald Tusk, jest ryzykowny, choć jednocześnie trudno odmówić mu słuszności. Ministrem zdrowia powinien być polityk. Natomiast jeśli chodzi o wiceministrów, kierownictwo NFZ – tu powinni rządzić fachowcy. Specjaliści w dziedzinach, które predystynują do pełnienia funkcji. To tak jak w szpitalu: leczą lekarze, oddziałami czy klinikami kierują lekarze, ale szpitalem lekarz wcale kierować nie musi. Jeśli zaś lekarz jest dyrektorem, to powinien mieć dodatkowe kompetencje, uzupełnić wykształcenie.

Tu może dopowiedzmy: polityk to też zawód. I są politycy mniej lub bardziej fachowi. Minister zdrowia powinien być fachowcem, to znaczy politykiem, który zbudował swoją mocną pozycję, autorytet i potrafi ich używać dla dobra dziedziny, za którą odpowiada. Mocny politycznie minister ma większe szanse na przeprowadzenie swoich pomysłów, ważnych projektów. Takim politykiem była Franciszka Cegielska.

Jako minister dostała zielone światło na skompletowanie swojej drużyny. Choć akurat sekretarz stanu był z klucza politycznego…

…no tak, byłem z Unii Wolności. W rządzie AWS-UW obowiązywała zasada, że jeśli minister jest z AWS, sekretarzem stanu musi być osoba wydelegowana przez UW. I odwrotnie, oczywiście Unia Wolności ministrów miała odpowiednio mniej. Przy czym przyszedłem do Ministerstwa Zdrowia, gdy ministrem był prof. Wojciech Maksymowicz. Franciszka Cegielska mnie „odziedziczyła”. Nie byłem jednak jedyną osobą, która pozostała w kierownictwie resortu, bo misję kontynuowała Anna Knysok, która odpowiadała za wprowadzenie kas chorych. Resztę wiceministrów dobrała sobie sama, nikt ich nie wskazywał, nawet jeśli mieli jakeś polityczne czy partyjne afiliacje – np. Aleksander Grad był związany z Ruchem Stu, podobnie jak zresztą pani minister, nie miało to znaczenia. Liczyły się zadania, do jakich zostali ściągnięci do resortu.


Konferencja Ministerstwa Zdrowia. Od lewej: Teresa Zimowska, Aleksander Grad, Franciszka Cegielska, Andrzej Ryś, Joanna Janik; Warszawa, 2 lipca 1999 roku. Fot. Wojciech Duszenko / Agencja Wyborcza.pl.

A potem przyszedł maj 2000 roku. Ministrowie UW złożyli dymisje, koalicja się rozpadła. Ale Pan pozostał na stanowisku…

Ministrowie podali się do dymisji i było oczywiste, że z rządu odejdą też wiceministrowie. Były jednak wyjątki. Przewodniczący Unii Wolności, prof. Leszek Balcerowicz nie tylko przystał, ale wręcz nakazał trzem osobom, by nie opuszczały stanowisk. To były Irena Dzierzgowska, wiceminister edukacji i Joanna Staręga-Piasek, wiceminister pracy. Obydwie panie były w bardzo istotny sposób zaangażowane we wprowadzanie dwóch z czterech reform społecznych i ich pozostanie w rządzie było po prostu racją stanu. Trzecim wiceministrem, który pozostał na stanowisku, byłem ja. Tu powód był inny. Znaliśmy już dokładną diagnozę Franciszki Cegielskiej, było jasne, że jest to diagnoza terminalna. Usłyszałem od prof. Leszka Balcerowicza, że jeśli premier Jerzy Buzek zaakceptuje takie rozwiązanie, a zgoda premiera była praktycznie przesądzona, należy zostać.

Naprawdę – ponad polityką.

Dokładnie. To było ponad polityką, to było oczywiste, we wszystkich trzech ministerstwach. Warto może jednak zauważyć, że te resorty chyba najbardziej ze wszystkich – może jeszcze kultura i sport – wręcz powinny być wyjęte z takiego potocznego, politycznego podejścia.

„Składka zdrowotna w 1999 roku wynosiła 7,5 proc., w dodatku pierwsze pieniądze pojawiły się w kasach w lutym. System się jednak utrzymał”. To tylko jedna z pozytywnych opinii, jakie pojawiają się w ostatnich miesiącach na temat początków reformy zdrowia. Tę wygłosił podczas jednego z jesiennych kongresów były wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski, od początku związany z systemem powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Jakub Szulc, wiceprezes NFZ wspominał przy tej samej okazji wielką reformę 1998 roku, którą potem politycy tylko psuli. Andrzej Sośnierz wskazał, że to psucie wcale nie zaczęło się od rządu SLD, bo pierwsze złe decyzje zapadały już w czasie, gdy ministrem został Grzegorz Opala. Rozumiem te opinie, choć trudno mi nie pamiętać, jak bardzo tamten system był po pierwsze finansowo niestabilny, po drugie, jaki panował chaos. A tu wybrzmiewa wręcz tęsknota za rajem utraconym…

Przede wszystkim ten system miał potencjał. Mógł wyewoluować i stać się systemem wystarczająco dobrym czy nawet bardzo dobrym. Proszę zobaczyć, jak zmieniał się i budował system wprowadzany, również nie bez kłopotów, w Czechach. W 1999 roku, wraz z kasami chorych, rozpoczęła się rewolucja. Przy olbrzymich trudnościach i olbrzymiej biedzie. Myślę zresztą, że to właśnie ta bieda stała się powodem, dla którego dopuszczono rewolucję.

Początki były ekstremalnie trudne, również z tego powodu, że rząd znajdował się pod nieustającym ostrzałem opinii publicznej, mediów. Swoją drogą, dziś bardzo złe decyzje w systemie ochrony zdrowia przechodzą w całkowitej lub względnej ciszy, mówię oczywiście o mediach głównego nurtu. Ćwierć wieku temu tak nie było.

Reasumując, realia były rzeczywiście bardzo trudne i trudno je dobrze wspominać, ale sama konstrukcja systemu i to, jak został wymyślony, miało potencjał. Mówię to, choć moje ugrupowanie, idąc do wyborów w 1997 roku, miało inny pomysł na reformę ochrony zdrowia, chcieliśmy systemu, w którym to samorządy miały odgrywać główną rolę. Kasy chorych były autorskim pomysłem AWS – choć tu starzy działacze Lewicy mogliby protestować, bo przecież ustawa o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym została uchwalona za rządów SLD – i na tej koncepcji ostatecznie stanęło.

Było ubogo i siermiężnie. Było sporo dobrych pomysłów, ale warunki polityczne były takie, że trudno było je wprowadzać w życie. Bardzo szybko okazało się, że nie ma zgody na wprowadzanie kolejnych zaplanowanych etapów zmian – choćby wpuszczenia do systemu prywatnych ubezpieczeń. Z tamtego czasu pamiętam, że problemem było przeprowadzenie przez rząd i parlament nawet kosmetycznych zmian, które poprawiłyby funkcjonowanie systemu i sytuację pacjentów. Zabrakło więc tego, co na placu budowy jest konieczne – możliwości szybkiego reagowania, wprowadzania drobnych korekt. Natomiast dość szybko okazało się, jak łatwo można system popsuć.

Andrzej Sośnierz mówił, że zaczęło się to jeszcze za rządów AWS…

…mając zapewne na myśli ingerencje w wynagrodzenia pracowników, czyli tzw. ustawę 203 zł, która przysporzyła ogromnych problemów świadczeniodawcom, na których nałożono sztywny obowiązek finansowy. Zarządzający szpitalem był po prostu ubezwłasnowolniony, jeśli chodzi o część budżetu.

Kolejna odsłona przyszła w 2015 roku, w postaci tzw. zembalowego.

Jeśli chodzi o wynagrodzenia. Bo oczywiście system popsuto w innych wymiarach znacząco wcześniej. Ale jeśli teraz mówimy, że mamy ogromny problem z kosztami pracy, to nie chodzi przecież o to, a na pewno nie przede wszystkim, że pracownicy zarabiają bardzo dobrze, bo powinni bardzo dobrze zarabiać, tylko o cały szereg decyzji, które doprowadziły do absurdalnej sytuacji, w której dyrektor szpitala pośredniczy w wypłacie wynagrodzenia. On nim nie zarządza. I tu, trzeba przyznać, prof. Maciej Zembala dał potężny impuls, wprowadzając ten dodatek.


Spotkanie opłatkowe ze współpracownikami, grudzień 1999 r., ostatnie tygodnie przed diagnozą choroby. Fot. arch. wł.

Dziś bez przerwy słyszymy, że największym wyzwaniem są finanse systemu ochrony zdrowia, a ustawa o wynagrodzeniach minimalnych jest częścią tego wyzwania. Jakie wyzwania były kluczowe w latach 1999-2000? Z jakimi musiała się mierzyć Franciszka Cegielska i jej drużyna?

Może zacznę od tego, że konieczna była wymiana ministra na początku wprowadzania zmiany. Zmiany trudnej, więc na Wojciecha Maksymowicza spadła lawina krytyki, bardzo agresywnej. Nie było też wsparcia, mówiąc bardzo oględnie, koalicjanta – nie jest tajemnicą, że relacje z ministrem finansów, Leszkiem Balcerowiczem, minister zdrowia miał bardzo złe. Premier Jerzy Buzek nie miał wyjścia, musiał ministra wiosną 1999 roku odwołać. Czyli takim zerowym wyzwaniem było uporządkowanie nie tyle samej reformy, bo to oczywiste, ale również samego miejsca ministra zdrowia w całym procesie, w rządzie. Bo na domiar złego problemem było to, że w momencie wprowadzania zmian w ochronie zdrowia były trzy ośrodki decyzyjne: minister zdrowia, pełnomocnik rządu ds. wprowadzania kas chorych i pełnomocnik rządu ds. wprowadzania reform społecznych, którym była minister Teresa Kamińska, której reforma ochrony zdrowia była zdecydowanie najbliższa.

Po zmianie na stanowisku ministra zdrowia bardzo szybko stało się oczywiste, że tak być nie może. I że lider jest tylko jeden i jest nim minister zdrowia. Na to wpływ miała zarówno osobowość Franciszki Cegielskiej, jak i bardzo silne wsparcie zarówno ze strony premiera, wicepremiera i ministra finansów.

Fundament do funkcjonowania i rządzenia obszarem ochrony zdrowia został zbudowany. A co z wyzwaniami?

Najważniejsze – i to, mam wrażenie – się nie zmieniło, to oczywiście pieniądze. Pieniądze, których nie tylko było bardzo mało, ale okresowo ich po prostu nie było. To sytuacja, o której zdążyliśmy zapomnieć – przez ostatnich kilkanaście lat, do bieżącego roku, pieniądze zawsze w systemie były, była płynność finansowa. W tej chwili wspomnienia sprzed ćwierć wieku wracają, bo pieniędzy oczywiście jest w miliardach złotych dużo więcej, ale znów okazuje się, że ich nie ma. Wtedy problemy były dwa – spływ składki zdrowotnej i przepływy od płatników, kas chorych, do świadczeniodawców. W tej chwili ze spływem składki problemów większych nie ma, na pewno nie w takiej skali jak na początku reformy, ale pojawiają się duże zatory między NFZ a świadczeniodawcami. Wtedy było o wiele, wiele gorzej. Kluczowa była nie tylko dobra, ale wzorowa współpraca z Ministerstwem Finansów. Ochrona zdrowia bardzo wiele zawdzięczała wtedy Halinie Wasilewskiej-Trenkner, ówczesnej wiceminister finansów, która tak prowadziła sprawy, że minister finansów dawał zielone światło i pieniądze dla zdrowia jednak spływały. Tylko dlatego, nie mam wątpliwości, system w ogóle przetrwał, bo pierwsze miesiące i 1999, i kolejnego roku były po prostu koszmarnie trudne.

Trudne są też ostatnie miesiące 2025 roku, co potwierdza decyzja o przekazaniu do NFZ setek milionów złotych z rezerwy celowej KPRM.

Jest to kolejny przykład, jakich fikołków prawno-finansowych trzeba używać, aby ratować głęboko niedofinasowany system. Wcześniej przecież już nie raz sięgano prawą ręką do lewej kieszeni, gdy przesuwano pieniądze np. z inwestycji czy innych budżetowych zakładek i rezerw będących w gestii ministra zdrowia, czasem innego ministra, do NFZ, aby podtrzymać życie – najczęściej szpitali.

Pieniądze były i są kluczowe, ale nie możemy zapominać o drugim filarze reformy, czyli zmianach strukturalnych po stronie świadczeniodawców. To było kolejne wielkie wyzwanie. I kolejny problem.

Z jednej strony prywatyzacja dużej części opieki ambulatoryjnej, przede wszystkim na poziomie POZ…

…z drugiej, powiązane z reformą samorządową przekształcenia szpitali. Ponieważ osobiście ten proces nadzorowałem – to były jeszcze czasy ministra Maksymowicza – zdradzę, że dopiero niedawno przestały mnie gnębić koszmary nocne z tym związane. To wszystko bardzo gładko wygląda z perspektywy czasu, gdy się o tym mówi: szpitale powiatowe, szpitale wojewódzkie czy marszałkowskie. A przecież placówki, wcześniej państwowe, stały się samorządowe dokładnie w ciągu jednej nocy, z 31 grudnia 1998 roku na 1 stycznia 1999 roku. To brzmi anegdotycznie, ale wcale anegdotą nie jest – niektórzy starostowie po kilku miesiącach się orientowali, że mają szpital, za który są odpowiedzialni. Oczywiście, były pewne przygotowania, różne próby, jeszcze w poprzedniej kadencji, prowadzono przekształcenia, powstawały SP ZOZ-y, ale to wszystko działo się bardzo powoli.

Reforma przyszła niczym ewangeliczny złodziej, bez ostrzeżenia?

Na pewno bez pilotażu. W zastanej, znanej rzeczywistości, z dnia na dzień ujawniła się różnorodność organów prowadzących – minister zdrowia, ministerstwa siłowe, marszałkowie, starostowie, prezydenci miast. Zapanował, mówiąc wprost, ogromny chaos i on trwał przez wiele miesięcy. Organy założycielskie dosłownie wyrywały sobie szpitale. Szpitale nie chciały być „u starosty”, wolały „u marszałka”. Albo odwrotnie. Ponieważ w ciągu jednej nocy zniknęło 49 województw, a pojawiło się szesnaście, był jeszcze jeden czynnik chaosu. Który szpital w dawnym mieście wojewódzkim pozostanie wojewódzki, a który będzie powiatowy? A może żaden z nich nie powinien być wojewódzki, albo obydwa?

Samorządowcy nieustannie pielgrzymowali do Warszawy, wojewodowie dostawali białej gorączki. Wszystko opierało się na rozporządzeniu ministra zdrowia i ustawie, w której literalnie były wymienione wszystkie szpitale – wymienione i przypisane do organu założycielskiego. Przez dwie dekady śniło mi się, że w tej ustawie pojawiają się błędy, że jakiś szpital zniknął albo został przypisany zupełnie innemu samorządowi.

Na to wszystko nałożyła się jeszcze kwestia szpitali klinicznych. Franciszka Cegielska odziedziczyła ustawę, której jej poprzednik nie zdążył wykonać, a której wykonania bardzo ostro i jednoznacznie domagał się prezydent Aleksander Kwaśniewski, ustawę oznaczającą oddanie szpitali klinicznych rektorom uczelni medycznych. Opór nie wynikał z chęci utrzymania nadzoru nad szpitalami klinicznymi, bo tu było stanowisko jasne – ministrowi zdrowia powinny podlegać tylko instytuty o znaczeniu ponadregionalnym – ale ze świadomości, że ten krok stoi w sprzeczności z jednym z podstawowych założeń reformy samorządowej i też reformy ochrony zdrowia, że za ten obszar odpowiada samorząd wojewódzki. Samorząd dużego regionu, bo przypomnę, że w założeniach miało być osiem do dwunastu województw.

Na razie wszystko brzmi znajomo. Finanse, chaos strukturalny.

Trzecie z wielkich wyzwań też nie powinno być zaskoczeniem. Kadry medyczne, choć może nie w takim znaczeniu jak dziś. Dziś mówimy przede wszystkim o brakach kadrowych, o wypaleniu zawodowym. Wtedy problemem był ogromny opór wobec wprowadzanych zmian.

Z jednej strony wszyscy chcieli reform, z drugiej – wprowadzenie wygenerowało protesty. Pamiętny protest pielęgniarek pod Kancelarią Premiera, nocą panie tłukły plastikowymi butelkami w asfalt.

Protesty były motywem przewodnim. Były okupacje ministerstw, były negocjacje. Nie tylko zresztą z pielęgniarkami. Lekarze akurat wtedy nie protestowali – ostatni protest zakończył się na początku 1999 roku, gdy anestezjolodzy walczyli – z sukcesem – o wzmocnienie swojej pozycji, ale rozmowy ze środowiskiem do łatwych nie należały. Choćby na Krajowym Zjeździe Lekarzy w Mikołajkach, na który zostaliśmy zaproszeni. Samorząd lekarski był wobec reform bardzo krytyczny. Napięcia po stronie środowisk pracowniczych, mówiąc najogólniej, ogromne. Do tego dochodził ogromny krytycyzm mediów. Często zasadny…

Często jednak nie. Warto pamiętać, że w tamtym okresie media publiczne, telewizja publiczna, ciągle nadawały ton debacie, mimo że miały już konkurencję. A pozostawały w rękach ugrupowań rządowi Jerzego Buzka niechętnych. W latach 1999-2001 udało się z sytuacji w ochronie zdrowia, reformy, kas chorych, wykreować jeden z wiodących tematów dyskusji politycznej. Byłoby przesadą twierdzić, że wyniósł on do władzy SLD, ale niewątpliwie klimat wokół zdrowia przyczynił się do skali zwycięstwa ekipy Leszka Millera, która ostro przystąpiła do demontażu fundamentów systemu. Dziś mówimy o odpolitycznieniu ochrony zdrowia. Nigdy potem zdrowie nie było tak wysoko w rankingu tematów walki politycznej. Nigdy nie stało się tak istotnym punktem politycznej dyskusji.

Mam wątpliwości, czy w ostatnich wyborach ochrona zdrowia w ogóle była jakimkolwiek, nawet średnio ważnym, tematem w kampanii wyborczej. Na przestrzeni ćwierć wieku, mimo że ochrona zdrowia, patrząc na deklarowane priorytety, jest dla Polaków ważna, politycy tego tematu najchętniej by w ogóle nie dotykali.


Pogrzeb byłej prezydent miasta zgromadził nie tylko przedstawicieli rządu i parlamentu, w uroczystości wzięło udział 10 tys. osób, przede wszystkim mieszkańców Gdyni. Fot. arch. wł.

Muszę zadać trudne pytanie. Gdyby Franciszka Cegielska w tej chwili była ministrem zdrowia, co uznałaby za kluczowe wyzwanie, najważniejszy problem do rozwiązania?

Nie potrafię odpowiedzieć. Przede wszystkim dlatego, że sam nie umiem wskazać tylko jednej sprawy, mimo że przecież z mniejszego lub większego dystansu cały czas śledzę to, co dzieje się w systemie. Ćwierć wieku, które dzieli nas od śmierci pani minister, przyniosło tyle warstw problemów, zaszłości, zaniechań, złych lub błędnych decyzji, braku dobrych decyzji, że najprościej byłoby odpowiedzieć, że wyzwaniem jest zmienić wszystko. W systemie, bo równocześnie przecież trzeba docenić to, jak bardzo – o lata świetlne – zmieniła się w tym czasie polska medycyna. Powinniśmy nie tylko być z tego dumni, nie tylko się tym chwalić, ale robić wszystko, by dostosować nasz system, organizację, do możliwości, jakie mają nasi lekarze. Bez ambicji, że będziemy najlepsi na świecie, że sprostamy wyimaginowanym oczekiwaniom społecznym. Wystarczyłoby – tylko i aż – zorganizować system tak, by był logiczny i spójny. To się, niestety, nikomu nie udało.

Pytanie, czy mogło się udać.

Mieliśmy ministrów, po Franciszce Cegielskiej, którzy mieli potencjał, by wprowadzić takie zmiany. Marek Balicki, Zbigniew Religa – to na pewno. Zabrakło, w mojej ocenie, wsparcia ze strony rządu, zaangażowania kolejnych premierów, bo zmiany w obszarze ochrony zdrowia to nie jest reforma sektorowa, to wysiłek całego gabinetu, za który odpowiedzialność musi wziąć szef rządu. I to jest warunek, by minister – osoba, która ma wiedzę na temat funkcjonowania państwa, wielkich systemów, w które wpisana jest ochrona zdrowia – mógł myśleć o przeprowadzeniu zmian. Nie wystarczy doświadczenie z zarządzania nawet dużymi podmiotami leczniczymi czy inna fragmentaryczna, mniej lub bardziej praktyczna, wiedza ekspercka. Musi być wizja, muszą być horyzonty wykraczające poza ramy polskiej polityki – zdrowie przecież w coraz większym stopniu wpisuje się w agendę UE. Muszą być zdolności menedżerskie, ale też przywódcze. Musi temu towarzyszyć umiejętność budowy zespołu i delegowania zdań. Ale chyba przede wszystkim minister zdrowia nie może być samotną wyspą. W mojej ocenie ostatnim i być może jedynym premierem, dla którego ochrona zdrowia rzeczywiście była obszarem priorytetowym, był prof. Jerzy Buzek. I po części dlatego Franciszka Cegielska miała szansę być takim ministrem zdrowia, który pozostaje w pamięci.

Rozmawiała Małgorzata Solecka

Franciszka Cegielska przez całe dorosłe życie była związana z Wybrzeżem, przez większość – z Gdynią. Ukończyła studia na Politechnice Szczecińskiej i Politechnice Gdańskiej. Wykładała w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. W 1989 roku zaangażowała się w budowę struktur komitetów obywatelskich. Wystartowała w pierwszych wyborach samorządowych i przez dwie kadencje (1990-1998) była prezydentem Gdyni. Również dzięki niej Gdynia od lat jest liderem – lub jednym z liderów – najlepszych miast. To mieszkańcy Gdyni nadali Cegielskiej przydomek „Żelazna Franka” przede wszystkim w uznaniu dla konsekwencji i determinacji, z jakimi walczyła o sprawy miasta.
Do polityki krajowej weszła w 1997 roku, zostając posłanką z list AWS. Pracowała w sejmowych komisjach Finansów Publicznych (zastępca przewodniczącego) oraz Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, angażując się przede wszystkim w przygotowania do fundamentalnej reformy samorządowej. Wystartowała również w wyborach 1998 roku ubiegając się o mandat w sejmiku województwa pomorskiego – dostała najwięcej głosów w regionie i objęła funkcję przewodniczącej sejmiku.
W marcu 1999 roku powołana na stanowisko ministra zdrowia. Jej misji nie przerwała diagnoza choroby nowotworowej (rak trzustki), poddała się leczeniu, choć rokowania nie były pomyślne. Jeszcze latem 2000 roku udało się jej wywalczyć – mimo ogromnego deficytu budżetowego – zgodę premiera i ministra finansów na podniesienie składki zdrowotnej z 7,5 do 7,75 proc. Zmarła 22 października 2000 roku w szpitalu w Krakowie w wieku 54 lat.
Jest pochowana w nowej alei zasłużonych na cmentarzu Witomińskim w Gdyni. Została pośmiertnie odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2009).

Maciej Piróg (ur. 1955), absolwent Akademii Medycznej we Wrocławiu. Lekarz, specjalista w dziedzinie pediatrii, organizacji ochrony zdrowia i zdrowia publicznego. Pracował jako lekarz w szpitalu w Ozimku, był lekarzem wojewódzkim w województwie opolskim (1992-1997), wicewojewodą opolskim (1998), wiceministrem zdrowia (1999-2000), dyrektorem Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie (2002-2012), doradcą społecznym ds. zdrowia prezydenta RP Bronisława Komorowskiego (2010-2015). Był też pełnomocnikiem rektora ds. budowy i programu Klinicznego Szpitala Dziecięcego WUM. Od 2018 roku jest dyrektorem kliniki „Budzik”.
Był związany z Unią Demokratyczną a następnie Unią Wolności.

20.10.2025
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.