Ciągle jesteśmy na etapie wypierania. Tymczasem już czas, by wszyscy interesariusze zrozumieli, że przyszłość systemu jest naszą wspólną odpowiedzialnością. I ta odpowiedzialność to sprawa równie ważna jak interesy poszczególnych grup czy organizacji – zaznacza wiceprezes NFZ Jakub Szulc.

Wiceprezes NFZ Jakub Szulc. Fot. NFZ
- Mówiąc o luce tegorocznej i przyszłorocznej, cały czas mówiliśmy o zdarzeniach przyszłych i siłą rzeczy niepewnych
- Jeśli spojrzeć w horyzoncie dekady, dwóch dekad – trudno zaprzeczyć, jak bardzo dużo się zmieniło. Na plus
- Jednym ze skutków ustawy podwyżkowej czy też raczej przyjętego sposobu jej realizacji jest nieprawdopodobny wręcz rozstrzał w rentowności procedur medycznych
- W tej chwili jednym z głównych problemów systemu są jednostkowe, wysokie wynagrodzenia części lekarzy
- Przez zmiany na przestrzeni 5-6 lat system znalazł się w takim miejscu, że korekta kursu, bardzo poważna korekta, jest niezbędna
- Relacje między sektorem publicznym a prywatnym powinny zostać uporządkowane, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, by rozstrzygnąć, w jaki sposób
Małgorzata Solecka: Zanim zapytam o rozmiary tegorocznej luki finansowej, zacznę od prostszego chyba pytania: ile pieniędzy w tym roku budżet państwa przekazał Funduszowi? Bo niedawno w jednym dniu usłyszeliśmy dwie wartości: 31 mld zł – to prezes NFZ Filip Nowak, oraz blisko 34 mld zł – to wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski, w Sejmie. To nieco deprymujące.
Jakub Szulc: Do niedawna schemat finansowania NFZ był dużo prostszy. Była składka zdrowotna, była dotacja celowa. W tej chwili sytuacja jest rzeczywiście bardziej skomplikowana – dlatego możliwa jest pewna niespójność w komunikowaniu, ile środków Fundusz pozyskał z dotacji podmiotowej z budżetu państwa, a ile – również z budżetu państwa, ale z innego tytułu. Nie wszystkie środki z budżetu państwa, które są ujęte w planie finansowym NFZ, to dotacja podmiotowa. Są na przykład środki z Funduszu Medycznego. I jeśli mówimy o nowelizacji ustawy o Funduszu Medycznym i pozyskaniu 3,6 mld zł tytułem finansowania nielimitowanych świadczeń dla osób niepełnoletnich, mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją. Tak samo w przypadku środków, jakie przekazuje płatnikowi Prezes Rady Ministrów w postaci obligacji.
Jak to wygląda w tej chwili: dotacja podmiotowa z budżetu państwa do NFZ wynosi ok. 32 mld zł. Do tego dochodzą środki z Funduszu Medycznego, przekazane na finansowanie świadczeń dla populacji pediatrycznej w 2025 roku (840 mln zł), środki na finansowanie RDTL (345 mln zł) i technologii lekowych innowacyjnych (1050 mln zł), środki na finansowanie badań genetycznych u dzieci (100 mln zł), środki na finansowanie świadczeń poza granicami Polski (186 mln zł), środki na dofinansowanie zadania polegającego na zwiększaniu skuteczności programów zdrowotnych lub programów polityki zdrowotnej w ramach subfunduszu rozwoju profilaktyki (47 mln zł) oraz 922 mln zł od Premiera w postaci obligacji. Mówimy o środkach, które były lub są w dyspozycji NFZ.
Porozmawiajmy więc o zasileniu, którego jeszcze nie ma. Ma być.
Jeśli chodzi o nowelizację ustawy o Funduszu Medycznym, to jest faktem, że została złożona obietnica nielimitowanego dostępu świadczeń dla dzieci czy też nielimitowanego ich finansowania – dzięki środkom z Funduszu Medycznego, ale jednak limit został w ustawie nałożony – 20 proc. kwoty przekazywanej rocznie z budżetu państwa. Prawda jest taka, że te pieniądze wyczerpywały się już w pierwszym kwartale. I nie chodzi o spieranie się, czy obietnica była na wyrost czy nie, faktem jest, że nielimitowanie tych świadczeń kosztuje dużo więcej. Mam nadzieję, że ustawa zostanie znowelizowana, nawet jeśli będzie to oznaczać ubytek na kontach Funduszu Medycznego, gdzie gromadzone są środki na cele inwestycyjne.
Ubytek chwilowy, trzeba pamiętać, bo z jednej strony środków inwestycyjnych nie konsumujemy na bieżąco, z drugiej zaś strony budżet państwa bierze na siebie zobowiązanie, że w kolejnych latach dotacja do Funduszu Medycznego zostanie powiększona ponad wynikające z ustawy minimum.
A co z kwotą 4 mld zł, których Ministerstwo Zdrowia w 2025 roku nie przekazało Funduszowi Medycznemu, tylko przekierowało bezpośrednio do NFZ?
Ustawa sankcjonuje to rozwiązanie, budżet państwa nie będzie musiał w tym roku przekazać środków.
Ministerstwo Zdrowia w komunikacie z 13 listopada poinformowało, że 14 mld zł to wartość maksymalna tegorocznej luki, która w ostateczności może okazać się mniejsza. Nie wnikając w powody, dla których ta informacja została przekazana opinii publicznej, porozmawiajmy o samej luce. Maksymalna?
O kosztach przyszłych świadczeń możemy mówić tylko z pewnym prawdopodobieństwem. To są prognozy, nie dane ostateczne. Mówiąc od kilku tygodni o luce tegorocznej, czyli 14 mld zł, i przyszłorocznej – 23 mld zł, cały czas mówiliśmy o zdarzeniach przyszłych i siłą rzeczy niepewnych. Największą niewiadomą jest wolumen świadczeń pozaumownych, przede wszystkim nielimitowanych. Nie wiemy przecież też, jaki będzie koszt rekomendacji AOTMiT związanych z realizacją ustawy podwyżkowej w ochronie zdrowia. Wysokość luki to szacunki, dokonane na podstawie wskaźników, choćby takich jak dynamika świadczeń, przede wszystkim nielimitowanych, czy dynamika kosztów świadczeń takich jak POZ, czy refundacja leków i wyrobów medycznych – tu nie mamy przecież limitów, tylko faktury do zapłacenia. Założyliśmy dynamikę nie mniejszą niż do tej pory – dlatego mówimy o maksymalnej wielkości luki. Również dlatego, że nie uwzględniliśmy przy szacunkach zmian, które już się dokonały i dokonują, choćby w zakresie wycen czy też pewnych ruchów związanych z „ustawą szpitalną”, skutków procesów konsolidacyjnych czy restrukturyzacyjnych, a także przewidywanych zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych.
Po rozmowach między ministrami zdrowia oraz finansów ukazał się komunikat zapowiadający – choć nie było to powiedziane wprost – pozyskanie dla NFZ środków z Funduszu Medycznego. Dodano zdanie, że te pieniądze – w wysokości ok. 3,5 mld zł – wystarczą na pokrycie kosztów świadczeń do końca roku. Jak płatnik ocenia wynik tych ustaleń?
Nie jesteśmy zaskoczeni ustaleniami ministrów dotyczącymi przekazania NFZ środków z Funduszu Medycznego, bo o tym rozmawialiśmy już wcześniej. W październiku zapadły decyzje dotyczące zwiększenia dotacji podmiotowej, teraz – zwiększenia finansowania świadczeń dla populacji pediatrycznej.
Rozmawiamy w specyficznym momencie. Właśnie ukazał się nowy raport OECD „Health at a Glance”, w którym Polska odnotowała spektakularny wzrost nakładów na zdrowie. Rok temu informowano, że łączne wydatki w 2022 roku wynosiły 6,4 proc. PKB, tegoroczna edycja, oparta na danych za 2024 rok, pokazuje 8,1 proc. Nadal nie jest to nawet średnia OECD, niższa niż europejska, ale odnotować trzeba choćby to, że nagle Czechy z ich 8,5 proc. PKB znalazły się niemal w zasięgu. Byłby powód, by otworzyć przysłowiowego szampana, tylko chyba nie bardzo nas stać…
Czy w polskim systemie potrzebujemy zmian, i to zmian gruntownych? Tak. Choćby po to, by bardziej efektywnie wydawać te pieniądze, które mamy do dyspozycji. Czy są one wystarczające?
Nie.
Nie, ale pytanie – czy kiedykolwiek będą? Mówię o tym od lat – Polska ma sporo do zrobienia, jeśli chodzi o wydatki na zdrowie, w tym również wydatki publiczne, choć trzeba zauważyć, że jeśli chodzi o dynamikę wzrostu wydatków w stosunku do ustawy nakładowej, to jest ona zdecydowanie wyższa. W tym roku również będzie wyższa...
... bo napędza ją dynamika kosztów.
Tak, ale na koniec mówimy o puli środków, która została wydana. Oczywiście, wydatki rosną, bo rosną koszty. Ale wracając do raportu – tak, wydajemy więcej, niż wydawaliśmy, ale powinniśmy jeszcze wydatki zwiększać.
Mam też wrażenie, że my patrzymy na system w takiej krótkiej perspektywie. Tymczasem jeśli spojrzeć w horyzoncie dekady, dwóch dekad – trudno zaprzeczyć, jak bardzo dużo się zmieniło. Na plus. Jest więcej pieniędzy i to nie tylko nominalnie. Są zupełnie inne technologie. Jest inny, lepszy, dostęp do terapii, ale też do diagnostyki.
To jest oczywiście problem płatnika, skąd wziąć na to wszystko środki, choćby dlatego, że spora część świadczeń zyskała status nielimitowanych, więc NFZ musi za nie zapłacić.
To również możemy zobaczyć w danych OECD. Raport pokazuje, jak bardzo skróciliśmy kolejki do operacji zaćmy, praktycznie je w ciągu ostatnich kilku lat likwidując. Pokazuje też, że choć kolejki do endoprotezoplastyki stawu biodrowego ciągle są w Polsce długie, również w ostatnich latach uległy istotnemu skróceniu. Pytanie, czy jeśli zostaną obniżone wyceny, co już NFZ zapowiedział oficjalnie, a przede wszystkim jeśli zostaną wprowadzone takie ograniczenia w zatrudnianiu lekarzy na kontrakty, jak zapowiada Ministerstwo Zdrowia, czy my nie odwrócimy tego trendu? Czy kolejki nie zaczną się wydłużać?
Może zacznijmy od wyceny. Nikt nie będzie dążyć do tego, by wyceny zmniejszyć w taki sposób, by świadczenia przestały być rentowne. Naszym problemem w tej chwili jest to, że jednym ze skutków ustawy podwyżkowej w ochronie zdrowia czy też raczej przyjętego sposobu jej realizacji jest nieprawdopodobny wręcz rozstrzał w rentowności procedur medycznych. Te, które w 2022 roku były rentowne, stały się dużo bardziej rentowne. I mimo działań płatnika te, które rentowne nie były, mówiąc oględnie, w tej chwili nadal nie są rentowne. Im większy udział kosztów pracy w koszcie świadczenia, tym ta rentowność jest oczywiście niższa.
Pozostając przy operacjach zaćmy, mogę zapewnić, że nikt nie podejmie takich decyzji, po których okuliści będą chcieli się zajmować wszystkim, tylko nie leczeniem zaćmy, bo to się nie będzie opłacać. Nie ma takiego ryzyka.
Natomiast jeśli mamy dziś świadczenia, które mają 50, 60, 70 proc. rentowności, to należy bez wątpienia przyjrzeć się tej sytuacji i zastanowić, czy obecna wycena jest na pewno właściwa.
Modelowo powinno być tak, że zabierzemy tym, którzy mają bardzo wysoką rentowność, dodamy tym, którzy mają bardzo niską – i wszyscy będą zadowoleni. Ale doskonale wiemy, że tak nie będzie. Bo niezadowoleni będą jedni i drudzy. Pierwsi, bo stracą to, co mieli. Drudzy będą twierdzić, że dodaliśmy za mało. Tak było zawsze i tak będzie – bo przecież w wycenach cały czas coś się dzieje. Choćby w przypadku procedur ginekologiczno-położniczych i chorób układu nerwowego zwiększyliśmy w tym roku wyceny ze skutkiem finansowym ponad 800 mln zł. W zeszłym roku podciągnęliśmy wyceny procedur chirurgicznych, w przypadku niektórych JGP-ów podwyżka była dwucyfrowa, a podwyżki dotyczyły praktycznie wszystkich poza dwiema grupami.
Ale ma Pan świadomość, że w przestrzeni publicznej pojawiają się teorie duszenia podaży świadczeń jako metody ograniczania kosztów systemu?
Na pewno nie dążymy do tego, by było wykonywanych mniej świadczeń zdrowotnych. Wszystkie pieniądze, którymi dysponuje NFZ, wydajemy na zakup świadczeń zdrowotnych, to jest nasza misja i nasze zadanie.
18 listopada Trójstronny Zespół ds. Ochrony Zdrowia rozpocznie plenarne rozmowy na temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia czy też szerzej – problemu zarobków w tym sektorze. Czego się Pan spodziewa?
Stanowisk mocno odrębnych. Zakładam, że organizacje pracodawców te propozycje z uwagami, ale jednak będą popierać, a związki zawodowe będą je...
... z uwagami odrzucać.
Nie będą ich z uwagami popierać, tak.
Ale dyrektorzy szpitali powiatowych, którzy są po stronie pracodawców, te uwagi mają dość zasadnicze.
Wiem. Żeby zmian dotyczących warunków zatrudniania na kontraktach nie wprowadzać od razu.
Żeby był kilkuletni okres przejściowy, poprzedzony analizą i dyskusją.
Słyszałem. Obawiam się jednak, że my tych kilku lat najzwyczajniej w świecie nie mamy. Oczywiście wiem, dlaczego dyrektorzy szpitali taki wniosek składają czy zamierzają złożyć, ale to jest ten zakres reorganizacji systemu ochrony zdrowia, który jest absolutnie palący i myślę, że wszyscy interesariusze systemu zdają sobie z tego sprawę. Jeśli w każdym szpitalu w Polsce będziemy wykonywać wszystkie możliwe procedury, to ani nie polepszymy sytuacji zdrowotnej Polaków, ani nie poprawimy sytuacji finansowej szpitali. Bo w tej chwili jednym z głównych problemów systemu, i to problemów leżących po stronie placówek medycznych bardziej niż płatnika, są jednostkowe, wysokie wynagrodzenia części lekarzy. Jest to wprost związane z konkurowaniem o tę samą pulę specjalistów.
Dyrektorzy uważają, że zmiany w zasadach kontraktowania pracy lekarzy sprawią, że restrukturyzacja czy konsolidacja, które w ustawie szpitalnej pozostają opcją, staną się twardą rzeczywistością. Bo część placówek zostanie dosłownie odcięta od możliwości zatrudniania lekarzy, jeśli wejdzie w życie to, co leży na stole...
... to znaczy, że należałoby pogratulować Ministerstwu Zdrowia trafnej diagnozy i propozycji.
Jeśli tylko ministerstwo zechciałoby się pod tymi propozycjami podpisać, bo na razie tłumaczy, że to są rozwiązania zgłoszone przez partnerów społecznych. Pod każdą z propozycji jest adnotacja, kto ją zgłosił.
Dyskusja nad tymi rozwiązaniami trwa już od miesięcy i mam nadzieję, że będzie zmierzać ku końcowi. W ostatecznym rozrachunku to nie strona społeczna będzie przedstawiać projekty ustaw czy rozporządzeń, tylko Ministerstwo Zdrowia. A minister Jolanta Sobierańska-Grenda z pewnością nie podpisze się pod niczym, do czego nie będzie w stu procentach przekonana.
Wśród obaw mocno wybrzmiewa wątek odwrócenia trendu reemigracji lekarzy. W ostatnich latach, nie ma wątpliwości, nie tylko został zatrzymany trend rezygnowania z pracy w publicznym sektorze na rzecz sektora prywatnego czy zwłaszcza wyjazdów za granicę. Teraz może się to odwrócić, lekarze mają rozważać utrzymanie zatrudnienia w Polsce, na przykład w wymiarze jednego etatu w jednym czy dwóch szpitalach i wyjazdy do pracy za granicę, na przykład do Szwecji czy Niemiec. Z drugiej strony można usłyszeć coś takiego: przy tak dużej zmianie jakieś straty muszą być. Jeśli na taki krok zdecyduje się 2-3 tys. lekarzy, system się utrzyma. Ale czy również wtedy, gdy wśród tych powiedzmy 3 tys. będzie np. tysiąc anestezjologów? Zwłaszcza, że plany wobec tej specjalizacji nie ograniczają się tylko do „przycięcia” możliwości pracy kontraktowej. Mówię o poluzowaniu standardów opieki. Dobrze pamiętam lata 1997-1999, kiedy anestezjolodzy walczyli o wzmocnienie swojej specjalizacji w systemie.
Jeśli już mówimy o przeszłości, przypomnijmy – w czasie pandemii specjalista anestezjolog mógł nadzorować więcej niż jeden zabieg. Teraz znów nie może. Dlaczego? Myślę, że tu nie musimy wyważać otwartych drzwi, wystarczy jeśli będziemy stosować standardy międzynarodowe. Chcemy się na nich oprzeć czy też do nich odwoływać – do tego, co obowiązuje w innych państwach europejskich, gdzie z całą pewnością dba się o bezpieczeństwo pacjentów. I nie postrzegałbym tej sprawy jako chęci okrojenia kompetencji określonej grupie specjalistów.
Jednocześnie chciałbym podkreślić, w jakiej sytuacji się znajdujemy. To nie jest tak, że NFZ prognozuje katastrofę i jak zwykle nic się szczególnego nie wydarzy, jakoś ten system funkcjonuje i będzie funkcjonować. No właśnie nie będzie. Przez zmiany na przestrzeni 5-6 lat system znalazł się w takim miejscu, że korekta kursu, bardzo poważna korekta, jest niezbędna. Musimy się zastanowić, jak – nie psując tego, co się udało wypracować i osiągnąć – wdrożyć takie rozwiązania, które pozwolą nie tylko przetrwać, ale funkcjonalnie działać.
W ostatnich miesiącach, podczas maratonu różnych systemowych konferencji, wiele razy słyszałem zapowiedzi, w kontekście ustawy o wynagrodzeniach minimalnych: „nie oddamy niczego”, „nie posuniemy się nawet o krok”. Jeśli „nie oddamy niczego”, to za chwilę znajdziemy się w sytuacji, w której oddać trzeba będzie znacznie więcej. I dobrze rozumiem partykularyzmy. Musimy jednak przemyśleć, czy łyżka, którą czerpiemy z systemu, będzie większa czy mniejsza. I zgodzić się, że nie musi to być za każdym razem chochla.
My wciąż jesteśmy, mam wrażenie, na etapie wypierania. Tymczasem już czas, by wszyscy interesariusze zrozumieli, że przyszłość systemu jest naszą wspólną odpowiedzialnością. I ta odpowiedzialność to sprawa równie ważna jak interesy poszczególnych grup czy organizacji.
Wróćmy jednak jeszcze do zarysowanych scenariuszy, co może się wydarzyć, jeśli zmiany zasad zatrudniania lekarzy wejdą w życie. Wielu lekarzy ma za sobą doświadczenie pracy za granicą, wielu dzieliło swoje życie zawodowe między Polskę a któryś z bliższych nam krajów UE czy nawet Wielką Brytanię. Ale chyba wszyscy, a w każdym razie znakomita większość cały czas pracuje w sektorze publicznym i prywatnym. Czy to się zmieni? Pytam o możliwość spuszczenia „żelaznej kurtyny” między sektorami. To też jest pomysł, który w dyskusji się przewija. Ta kurtyna może oznaczać, że lekarz wybiera pracę w publicznym lub prywatnym sektorze, ale może też oznaczać, że świadczeniodawca ma możliwość pracy tylko na podstawie jednego źródła finansowania. Albo kontrakt z NFZ, albo prywatna odpłatność, czy to out of pocket, polisy, abonamenty. Podobno nawet NFZ ma policzone, a w każdym razie oszacowane, konsekwencje takiego rozwiązania...
Mogę powiedzieć tyle, że na takie dyskusje i konkrety jest jeszcze za wcześnie. Mamy na pewno bardzo duży kłopot, bo jeśli chodzi o sektor prywatny, to widzimy jedynie skalę wydatków po tej stronie. Jeśli chcielibyśmy przeanalizować, jak wygląda struktura świadczeń, czyli – na co Polacy wydają pieniądze, ale tak dokładnie, na jakie świadczenia – takiej wiedzy nie mamy. Wydaje się, że relacje między sektorem publicznym a prywatnym powinny zostać uporządkowane, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, by rozstrzygnąć, w jaki sposób.
Nie jestem przekonana. Jeden z możliwych skutków regulacji dotyczących pracy lekarzy w sektorze publicznym to przecież odpływ do „prywaty”.
W tej chwili obserwujemy zjawisko zgoła odwrotne, jest czy w ostatnim okresie był bardzo mocny przepływ nie tylko lekarzy, ale i pacjentów z sektora prywatnego w związku ze zdjęciem limitów z wielu świadczeń zdrowotnych.
I oczywiście wiem, że zdaniem przedstawicieli środowiska lekarskiego wprowadzenie CAP zniechęci lekarzy do pracy w sektorze publicznym, ale coś tu się nie zgadza. Bo ci sami przedstawiciele samorządu lekarskiego twierdzą, że ekstremalnie wysokie zarobki dotyczą ułamka procenta lekarzy, a zdecydowana większość lekarzy, niezależnie od formy zatrudnienia, osiąga między 30 a 50 tys. zł. To jak CAP określony na 48 tys. zł ma spowodować exodus z sektora publicznego? Ktoś tu mówi nieprawdę...
... chyba jednak niekoniecznie. Bo samorząd lekarski twierdzi, że zarobki ekstremalnie wysokie, czyli powyżej 100 tys. zł miesięcznie dotyczą kilkuset lekarzy w skali kraju. Między 50 tys. zł a 100 tys. zł jest jednak spora różnica i – jak rozumiem – przestrzeń, w której znajdują się zarobki dużej grupy, choć zapewne ciągle mniejszości, lekarzy. I dla tej grupy CAP na poziomie 48 tys. zł – mniej lub bardziej – ale będzie odczuwalny.
Do tego stopnia, że lekarz nie będzie chciał pracować?
Będzie chciał. W wymiarze jednego etatu, powiedzmy. I niekoniecznie już będzie gotowy resztę swojego czasu, który teraz dzielił na pracę w różnych miejscach, ale w systemie publicznym, również angażować w tym sektorze. Może wybierze sektor prywatny, może zdecyduje się na jakąś formę pracy poza granicami kraju. Takie są prognozy. Za nimi idzie prosta konstatacja – ucieszą się ubezpieczyciele. Może to będzie impuls do rozwoju dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.
Mówimy o zdarzeniach przyszłych i niepewnych. Zacznijmy może od podstaw – jeśli w szpitalu, zakładając, że te zmiany staną się ciałem i wejdą w życie ograniczenia zarobków lekarzy, dyrektor nie będzie mógł zapłacić lekarzowi 100 tys. zł, tylko 48 tys. zł miesięcznie – maksimum – to zostaną mu pieniądze, mówiąc w dużym uproszczeniu. Będzie mógł w tym samym zatrudnić innych specjalistów, może lekarzy, może inny personel medyczny.
Teraz z drugiej strony. Polska w raportach OECD mieściła się wśród państw, które mają stosunkowo wysoki udział finansowania prywatnego, jeśli chodzi o świadczenia zdrowotne. To są proporcje 70/30 proc. mniej więcej. Dużo jak na Europę. Ale jeśli spojrzeć trochę głębiej w strukturę tych wydatków prywatnych, to zauważymy, że w dużej części są to wydatki na leki i usługi stomatologiczne. Jeśli odejmiemy te dwie kategorie, to robi się nam proporcja 90/10 procent...
... pewnie raczej 85/15 procent...
Niech będzie 85/15 procent. To nadal oznacza, że nie ma dziś przestrzeni, potencjału, na zwiększanie wolumenu świadczeń finansowanych ze środków prywatnych. Wydajemy dużo, zgoda, ale w wybranych zakresach. Jeśli chodzi o dostępność świadczeń, to jest ona gwarantowana głównie, w lwiej części, w sektorze publicznym.
A może po prostu tego nie widzimy? Bo choćby w psychiatrii, wydaje się, ten proces już mocno ruszył.
Zgadzam się, my wielu rzeczy nie widzimy, więc nie możemy ich liczyć. Mamy dane dotyczące sektora publicznego. Niestety, skłonność podmiotów do tego, żeby sprawozdawać zdarzenia na P1 jest umiarkowana, eufemistycznie rzecz ujmując, nie widzimy więc wolumenu świadczeń udzielanych w sektorze prywatnym.
I jeszcze jedno: nie będzie znaczącego rozwoju ubezpieczeń zdrowotnych bez zmiany koszyka świadczeń gwarantowanych. A to, co mogę, nomen omen, zagwarantować – nikt go nie zmieni w taki sposób, by cokolwiek z niego wyjąć.
Rozmawiała Małgorzata Solecka