Mam poczucie, że w tej chwili zostaliśmy postawieni w roli strażaka, który będzie starał się gasić pożary wzniecane przez resort zdrowia. Część pożarów będzie można ugasić stosunkowo łatwo, natomiast pytanie, czy to ma sens, pozostaje w mocy – mówi Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.
Prezes NRL Łukasz Jankowski. Fot. Karolina Bartyzel / NIL
Małgorzata Solecka: Ministerstwo Zdrowia zapowiada rozpoczęcie prac legislacyjnych nad pakietem dotyczącym kształcenia lekarzy. Zmiany w LEK, czyli odejście od bazy pytań, likwidacja zwolnienia z ustnej części PES osób, które otrzymały co najmniej dobrą ocenę z części pisemnej, skrócenie stażu do pół roku – to tylko część propozycji resortu. Może zacznę od kwestii w sumie mniej istotnej – czy są szanse, by prace rzeczywiście ruszyły jesienią?
Łukasz Jankowski: W mojej ocenie są one raczej nikłe.
Zasygnalizowane rozwiązania są częściowo zbieżne z postulatami środowiska lekarskiego, na przykład likwidacja bazy pytań do LEK. Ale są też takie, które wzbudziły już na wstępnym etapie duże poruszenie. O których możecie rozmawiać, a którym będziecie przeciwni?
Na pewno nie zgodzimy się na likwidację zwolnienia z ustnej części PES osób, które pisemną część zdały na ocenę co najmniej dobrą. Pomysł Ministerstwa Zdrowia nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia. Mamy dane z dziewięciu sesji egzaminacyjnych sprzed wprowadzenia zwolnienia, z których wynika, że wśród osób, które pisemny PES zdały z wynikiem bardzo dobrym, ustnej części nie zdawało zaledwie 0,4 proc. Ci, którzy uzyskali na pisemnym „czwórkę plus”, mieli zdawalność ustnej części niewiele niższą, bo porażką zakończyły się egzaminy 0,7 proc. W przypadku osób z oceną dobrą było to 1,3 proc.
Nie ma najmniejszego powodu, by osoby, które dobrze i bardzo dobrze zdały pisemny, trudny egzamin, do którego nie ma żadnej bazy pytań, czekały jeszcze dodatkowych kilka tygodni i pozostawały w zawieszeniu, nie wiedząc, czy mają wracać do pracy, czy odświeżać opanowaną już w dobrym stopniu wiedzę przed kolejnym egzaminem, który i tak według przywołanych danych był tylko formalnością. Formalnością utrudniającą życie lekarzom, którzy mają pracę – zwykle zawieszoną na czas nauki – mają też rodziny, normalne życie. Przeciw temu pomysłowi jest też doświadczenie: od kilku lat część lekarzy nie zdaje ustnego PES i nic nie wiadomo o tym, by gorzej leczyli pacjentów.
Myślę, że ministerstwo, zamiast wysuwać tego typu nieprzemyślane propozycje, powinno raczej usiąść z nami, z lekarzami, do stołu i podjąć rozmowy na temat gruntownej reformy egzaminu specjalizacyjnego. W poprzedniej kadencji takie rozmowy były prowadzone, mówiliśmy o zmianie formuły egzaminu na bardziej praktyczną.
Analizując pomysły, jakie ministerstwo położyło na stole, zastanawiam się, jaki jest ich wspólny mianownik. Bo z jednej strony resort proponuje likwidację bazy pytań do LEK, i to mogłoby świadczyć o dążeniu do podwyższania jakości kształcenia lekarzy, z drugiej – proponuje skrócenie stażu do pół roku. W sytuacji, trzeba dodać, gdy nie wszystkie uczelnie prowadzące kierunki lekarskie gwarantują optymalną jakość kształcenia i staż jest, a w każdym razie powinien być, czasem weryfikacji tej jakości…
To bardzo trafne podsumowanie pierwszych reakcji środowiska lekarskiego na propozycje, jakie usłyszeliśmy. Nie bardzo potrafimy znaleźć myśl przewodnią, każda z tych propozycji wydaje się mieć nieco inny wektor i cel. Bo w gruncie rzeczy nie rozmawiamy przecież o jakości kształcenia, tylko o tym – w przypadku skrócenia stażu – że mamy za mało miejsc stażowych przy obecnej liczbie studentów na kierunkach lekarskich i trzeba znaleźć rozwiązanie tej kwadratury koła. Najlepszym rozwiązaniem, oczywiście z punktu widzenia ministerstwa, byłaby likwidacja stażu…
… tego jednak z przyczyn politycznych raczej nikt nie zaproponuje.
Zapewne nie, ale jeśli rzeczywiście staż byłby skrócony o pół roku, straci zupełnie sens i wtedy kolejny rząd, kolejny minister zdrowia będzie już miał rozwiązane ręce, bo likwidacja takiego bezsensownego wtedy stażu to czysta oszczędność, a więc zysk. Z naszych ankiet wynika, że i studenci, i stażyści chcą stażu, młodzi lekarze oceniają, że staż był im potrzebny. Rozmawiajmy o zmianach w stażu, o jego modernizacji, która zresztą częściowo jest już realizowana, bo przecież mamy tzw. staż personalizowany. Trzeba pamiętać, że dyskusja o skracaniu stażu musiałaby się wiązać z pytaniem, jakie dziedziny są z niego usuwane.
Mam poczucie, że w tej chwili zostaliśmy postawieni w roli strażaka, który będzie starał się gasić pożary wzniecane przez resort zdrowia. Nie neguję dobrych intencji resortu, widzę też potrzeby zmian w kształceniu, ale powinny być to zmiany na lepsze, kroki naprzód, a nie wstecz. Każdy z poruszanych obecnie tematów rozpala wyobraźnię jakiejś grupy lekarzy czy przyszłych lekarzy, jak na przykład likwidacja bazy pytań do LEK. Część pożarów będzie można ugasić stosunkowo łatwo, natomiast pytanie, czy to ma sens, pozostaje w mocy. Bo my przecież nie rozmawiamy ani o jakości kształcenia, ani o równości szans w dostępie do wykonywania zawodu lekarza.
Wciąż mamy problem ze specjalnymi ułatwieniami dla lekarzy spoza UE, którym Ministerstwo Zdrowia kilka lat temu otworzyło nie furtki, ale bramy w postaci ułatwionych trybów. Nadal jest problem z tym, że osoby kształcące się w Polsce wkładają przez kilkanaście lat mnóstwo pracy, by stać się specjalistami, a dla lekarzy spoza UE są specjalne rozwiązania. Jeśli pani pyta o spójną strategię Ministerstwa Zdrowia w temacie kształcenia lekarzy, to bardzo chciałbym ją poznać. Myślę, że te rozwiązania, po dogłębnym przepracowaniu, być może mają szansę w taką strategię się ułożyć. Dogłębne przepracowanie zajmie jednak sporo czasu, stąd też mój sceptycyzm co do podawanych terminów.
Wróćmy więc do konkretnych propozycji.
Patrząc na ten zestaw mam wrażenie, że nie ma w nim niczego nowego. Cały czas kręcimy się w kółko. Jeśli zwolennicy ustnego PES zyskują wpływy, pada propozycja powrotu do tego rozwiązania. Brakuje realnego spojrzenia na realne problemy. W ostatnim czasie Porozumienie Rezydentów OZZL zbierało sygnały od lekarzy w trakcie specjalizacji z anestezjologii na temat dostępności szkolenia, czyli na temat możliwości wykonywania konkretnych procedur.
Tak, trzech rezydentów przy jednym znieczuleniu.
Mówiąc bardzo łagodnie, sygnały na temat jakości kształcenia nie napawały i nie napawają optymizmem i powinny być impulsem do zupełnie innej dyskusji.
Ale mamy listę propozycji, a wśród nich takie, które zdecydowanie popieramy, na przykład szkolenie z medycyny pola walki. To jest realna propozycja dla lekarzy, każdy z nas powinien takie szkolenie przejść i nie wymaga to żadnych szeroko zakrojonych zmian w przepisach, a przyniesie realną korzyść.
Do zmian, które popieramy, należy też likwidacja bazy pytań do LEK. Pomysł bazy pojawił się w czasach, gdy drzwi do zawodu lekarza nie były jeszcze tak szeroko otwarte. Wydawało się, że wprowadzenie pewnego ułatwienia nie jest złym pomysłem. Jednak dziś sytuacja jest diametralnie inna, liczba studiujących na kierunkach lekarskich eksplodowała. Aby LEK miał sens, bazę trzeba zlikwidować.
A wskaźnik 0,7 dla tych, którzy zdawali z bazą, a będą ubiegać się o miejsce specjalizacyjne?
Wprowadzenie tego przelicznika jest oczywiście konieczne, bo osoby, które będą zdawać LEK bez bazy pytań, de facto będą zdawać egzamin dużo trudniejszy. Czy 0,7? Tutaj chyba trzeba uwierzyć w analizy ministerstwa, że właśnie taka wartość będzie gwarantować równe szanse, umożliwi porównanie wyników. Będziemy się jednak temu przyglądać i przedstawimy również własne wyliczenia.
Na ministerialnej liście są też rozwiązania, o których możemy rozmawiać, choć pojawia się pytanie – po co. Możliwość zdawania egzaminów na odległość w sytuacji, gdy pojawiają się takie „nowinki” jak okulary z chatem GPT, wydaje się pomysłem trudnym do wprowadzenia, choć nie niemożliwym.
Zdecydowanie jednak mamy inne, bardziej palące, kwestie do rozwiązania. Choćby dotyczące lekarzy spoza UE.
Ministerstwo chciało rozwiązać problem przy okazji tzw. ustawy szpitalnej.
Tak, wiemy, że to przez nowelizację przepisów dotyczących likwidacji uproszczonych trybów przyznawania prawa wykonywania zawodu lekarza i lekarza dentysty ustawa szpitalna spadła z obrad rządu. Cieszy nas fakt, że Ministerstwo Zdrowia widzi problem w tym, że za jego zgodą pracują w Polsce osoby, pozostające praktycznie poza kontrolą jeśli chodzi o jakość kształcenia, o jakość wykonywania zawodu – izby lekarskie nie mają nad nimi żadnej jurysdykcji, resort zdrowia teoretyczne powinien, skoro wydał zgodę, ale w praktyce też niczego i nikogo nie kontroluje. Jak pokazały doświadczenia ostatnich miesięcy, skutek dla pacjentów może być opłakany, że przypomnę prowokację dziennikarską i uzyskanie w receptomacie, od osoby, która podawała się za lekarza spoza UE i otrzymała zgodę resortu zdrowia na wykonywane zawodu, recept na silne środki opioidowe.
Trudno jednak nie zadać pytania, czy włączenie przepisów porządkujących sytuację, jeśli chodzi o przyznawane PWZ, akurat do ustawy szpitalnej, było dobrym pomysłem. Rośne grono sceptyków, którzy nie wierzą, że ona kiedykolwiek zostanie uchwalona.
Nas interesuje zakończenie tych warunkowych trybów wykonywania zawodu. Czy one znajdą się w ustawie o szpitalnictwie, czy w jakiejkolwiek innej ustawie, jest drugorzędne. Ważne, żeby zakończyć ten szkodliwy wytrych do systemu, który stworzono. Rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Zdrowia są dość optymistyczne, bo widać wolę unormowania sytuacji. Przede wszystkim dlatego, że resort już zdaje sobie sprawę, że razem z przejęciem prawa do wpuszczania do systemu lekarzy z zagranicy przejęło również odpowiedzialność za nich. Na każdym spotkaniu poruszamy tę kwestię i na pewno nie przestaniemy, aż wszystkie sprawy, które dotyczą lekarzy pracujących w Polsce znajdą się z powrotem w gestii izb lekarskich.
A jak będzie rozwiązana sprawa lekarzy, którzy w tej chwili pracują? To kilkaset osób…
Te osoby powinny otrzymać czas na przystąpienie do egzaminu z języka polskiego i nostryfikować dyplom. Ewentualnie możemy rozmawiać o jakiejś formie egzaminu, którego zdanie uprawniałoby do kontynuowania pracy w Polsce z pełnoprawnym wpisem do rejestru Naczelnej Izby Lekarskiej.
Trudno rozmawiać o kształceniu i równych szansach w dostępie do zawodu lekarza bez poruszenia sprawy kształcenia przeddyplomowego. Tutaj nadal nie ma żadnych twardych rozwiązań i mam wrażenie, że dyskusja nad nimi ucichła.
Wrażenie uzasadnione, bo temat zdecydowanie zniknął z pola zainteresowania, przede wszystkim polityków. Samorząd lekarski i Porozumienie Rezydentów na pewno nie straciły czujności, ale widzimy, że decydenci absolutnie nie poczuwają się do obowiązku doprowadzenia sprawy do końca i wywiązania się ze składanych obietnic. A te były takie, że Ministerstwo Nauki będzie stać na straży wysokiej jakości kształcenia przyszłych lekarzy.
Domagamy się cały czas, by proces akredytacji i weryfikacji tych uczelni, które dostały, lub też tych, które próbują jeszcze dostać pozwolenie na otwarcie kierunku, zdecydowanie przyspieszył. Wiemy, że ewentualna realizacja naszych postulatów nie przyniesie politykom sukcesów. Przeciwnie, będą mieć problemy, bo decyzja o zamknięciu kierunku lekarskiego zakończy czyjeś marzenia i nie chodzi tu tylko, czy nawet nie przede wszystkim, o studentów. A w związku z tym, że odtrąbiono już pewien sukces i zmienił się klimat wokół sprawy, wiadomo, że nowe kierunki nie będą powstawać jak grzyby po deszczu, wydaje się, że politycy nie są zbyt rychliwi z kolejnymi działaniami.
Zastanawiamy się, w jaki sposób wywrzeć nacisk na Ministerstwo Nauki, żeby ruszyło tę sprawę. Za czasów poprzedniego ministra, Dariusza Wieczorka, mieliśmy przynajmniej okazję do wymiany opinii, bo odbywały się spotkania. Teraz kontakt jest bardzo ograniczony.
A jaki jest kontakt samorządu lekarskiego z Ministerstwem Sprawiedliwości?
Pytanie dotyczy oczywiście no fault czy też klauzuli wyższego dobra… Nasze pytania w tej sprawie albo pozostają bez odpowiedzi, albo otrzymujemy informacje, że działa zespół, sprawa jest w komisji kodyfikacyjnej prawa karnego lub też, że został powołany zespół wspólny resortów zdrowia i sprawiedliwości. Na ostatnim, kwietniowym, spotkaniu w Ministerstwie Zdrowia zostaliśmy poinformowani, że mamy wskazać dwie osoby do zespołu ministra zdrowia do wprowadzenia no fault...
Do tego wspólnego zespołu?
Nie, odrębnego. Zespołu Ministerstwa Zdrowia, którym kieruje wiceminister Jerzy Szafranowicz. Oczywiście, weźmiemy udział w pracach. Rozumiemy okoliczności. Wiemy, że Ministerstwo Sprawiedliwości ma ogrom pracy. Mamy poczucie, że merytorycznie przekonaliśmy wszystkich w Ministerstwie Sprawiedliwości, po stronie klauzuli wyższego dobra deklarował się również sam minister Adam Bodnar.
W ramach przekonywania wszystkich nie zmieniło się nic, ale nie składamy broni. Planujemy w tej chwili pójść już do posłów. Mamy argumenty, w tym badania opinii publicznej, zrealizowane przez CBOS. Ci, którzy rozumieją, na czym polega klauzula wyższego dobra, popierają ją – a to już bardzo dużo. Mamy poparcie organizacji pacjentów. Rozmawiamy na ten temat z Rzecznikiem Praw Pacjenta, z którym budujemy bliskie relacje, zakładające ścisłą współpracę w wielu obszarach na rzecz jakości opieki i bezpieczeństwa pacjenta, w które klauzula wyższego dobra nie tylko się wpisuje, ale których stanowi istotną część, wręcz fundament. Planujemy wspólną konferencję w Senacie – „Fundusz Kompensacyjny i co dalej?”. Zaryzykuję stwierdzenie, że brakuje nam tylko kropki nad i… I nie wiem, kto tę kropkę postawi. Słyszymy od wiceministra Wojciecha Koniecznego, że decyzja jest naprawdę blisko. Zobaczymy.
Myśli Pan, że rok wystarczy na postawienie tej kropki?
Myślę, że tak.
Rozmawiała Małgorzata Solecka