Agresja warunkowana systemowo

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Nie ma refleksji, że ta agresja ma głębsze korzenie, niż chcielibyśmy przyznać. Że to nie są jednostkowe przypadki, że to nie jest kwestia niepoczytalności czy odurzenia środkami psychoaktywnymi – mówi Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.


Prezes NRL Łukasz Jankowski. Fot. twitter.com/naczelnal

  • Można domniemywać, że gdyby organy państwa reagowały adekwatnie na wcześniejsze epizody agresji wobec lekarzy, dziś nie musielibyśmy komentować tej niewyobrażalnej tragedii
  • Przede wszystkim chcemy się zastanowić nad przyczynami, określić, co doprowadziło do tak nieprawdopodobnej eskalacji przemocy, po drugie – jakie procedury wprowadzić, by położyć tamę tej agresji
  • Fakt, że można bezkarnie atakować profesjonalistów medycznych, bez żadnych konsekwencji, na pewno nie jest bez znaczenia
  • Nie ma refleksji, że ta agresja ma głębsze korzenie, niż chcielibyśmy przyznać
  • Przez lata podważanie zaufania do naszej grupy zawodowej było wręcz elementem strategii politycznej, było w tę strategię wpisane
  • Akceptując fakt, że hejt istnieje i jest w pewnych sytuacjach publicznych wręcz normą, mimowolnie przyzwalamy na wywoływane przez hejt tragiczne skutki

Małgorzata Solecka: Lekarz umiera, ginie, od ciosów nożem zadanych przez pacjenta. Trudno zrozumieć, jak do tego mogło dojść. Paradoksalnie trudno być zaskoczonym, że doszło. Wtorkowy apel samorządu lekarskiego o położenie tamy agresji wobec pracowników medycznych przychodzi niedługo po poprzednim stanowisku NIL, wydanym zaraz po incydencie w szpitalu w Oleśnicy, do którego wtargnął jeden z europosłów. To nie są tożsame sytuacje, ale trudno, znów, oprzeć się wrażeniu, że jedno zdarzenie zachodzi na drugie.

Łukasz Jankowski: Oczywiście, że zachodzi. Można tylko domniemywać, że gdyby organy państwa reagowały adekwatnie na wcześniejsze epizody agresji wobec lekarzy, czy to ze strony polityków, czy zwykłych obywateli, dziś nie musielibyśmy komentować tej niewyobrażalnej tragedii. Przecież agresja przeciwko naszej grupie zawodowej narastała od miesięcy!

Po tragedii w Siedlcach, gdy nożownik zabił ratownika medycznego, Ministerstwo Zdrowia spotkało się z delegacją tej grupy zawodowej. Takie spotkanie jest planowane również teraz.

Spotkanie ma się odbyć prawdopodobnie w poniedziałek. Mamy rozmawiać w gronie przedstawicieli resortów zdrowia i sprawiedliwości o zmianach w przepisach, w tym o zaostrzeniu kar za ataki na personel medyczny. Oczywiście weźmiemy udział w tym spotkaniu, przedstawimy nasze stanowisko i oczekiwania. Przede wszystkim jednak chcemy się zastanowić nad przyczynami, określić, co doprowadziło do tak nieprawdopodobnej eskalacji przemocy, po drugie – jakie procedury wprowadzić, by położyć tamę tej agresji wobec pracowników medycznych.

Może należy się zastanowić, jaki wpływ na obywateli ma to, co mogą usłyszeć z ust posłów albo zapraszanych przez nich do parlamentu ekspertów. „Śmierć chodzi dziś w białym kitlu”, „denazyfikacja medycyny”… długo by wymieniać.

Fakt, że można bezkarnie atakować lekarzy czy też szerzej – profesjonalistów medycznych, bez żadnych konsekwencji, na pewno nie jest bez znaczenia dla takich sytuacji. Są lekarze, którzy doświadczają agresji ze strony pacjentów, oczywiście nie tak skrajnej, ale doświadczają zachowań nieakceptowalnych, i sami przyznają, zgłaszając te przypadki do izb, że robią to wyłącznie dla formalności. Są pewni, że prokuratura postępowanie umorzy, że organy państwa nic z tym nie zrobią. Więc gdy myślę o spotkaniu na temat zaostrzania kar, mam poważne wątpliwości, bo kary muszą być egzekwowane, żeby były skuteczne. Może wystarczyłoby poważnie traktować zgłoszenia dotyczące zachowań wobec personelu medycznego, wykraczających poza normy społeczne, i dziś nie musielibyśmy szukać analogii między kolejnymi atakami na szpitale czy lekarzy, nie musielibyśmy zastanawiać się, na ile bierność wobec nazywania lekarzy mordercami ma wpływ na to, jak postrzegają nas pacjenci. A przecież analogii jest więcej. Był w styczniu atak na ratownika medycznego, również poprzedzony wieloma przypadkami daleko posuniętej agresji wobec członków zespołów ratownictwa medycznego.

Padły obietnice zmian.

Jak najbardziej. Tylko nie ma refleksji, że ta agresja ma głębsze korzenie, niż chcielibyśmy przyznać. Że to nie są jednostkowe przypadki, że to nie jest kwestia niepoczytalności czy odurzenia środkami psychoaktywnymi. Agresja jest, w mojej ocenie, warunkowana systemowo.

Premier i prezydent, odnosząc się do wydarzeń w Krakowie, podkreślają, że są wstrząśnięci. Jednocześnie wśród lekarzy panuje przekonanie, że atak na lekarza, zakończony jego zgonem, to efekt trwającej nie miesiące ale lata nagonki na środowisko. Lekarze, rozmawialiśmy o tym zresztą nie raz, stali się dla polityków wygodnym celem.

Powiem więcej. Przez lata podważanie zaufania do naszej grupy zawodowej było wręcz elementem strategii politycznej, było w tę strategię wpisane. Dziś część lekarzy mówi wprost, że przez lata szczuto na nas opinię publiczną. Nie mówimy oczywiście o wszystkich politykach, ale łatwo wskazać takich, którzy powinni zrobić z tego rachunek sumienia.

Politycy, którzy ponoszą odpowiedzialność za kształt systemu i jego funkcjonowanie, za jego – w naszym przypadku – słabości i braki, doszli w pewnym momencie do wniosku, że będzie najlepiej, gdy winą za niedobory systemu obarczy się lekarzy. To jest łatwe, jesteśmy na pierwszej linii, mamy kontakt z pacjentami i pacjenci w bardzo prosty sposób mogą na nas odreagować swoje frustracje. Jak się okazuje, mogą to zrobić również w skrajny sposób. Pacjenci nie muszą rozumieć i najczęściej nie rozumieją, od czyich decyzji tak naprawdę zależy to, w jaki sposób, kiedy i w jakich warunkach są leczeni. Z tych nieporozumień i z tych celowych strategii zohydzania lekarzy narodził się hejt i agresja.

Może trudno w to uwierzyć, ale mierzymy się z hejtem również dziś, po tragedii w Krakowie. Czytamy komentarze, jakie w internecie umieszczają zwyrodnialcy – nie znajduję innego słowa i nawet nie staram się go znaleźć, komentarze pełne satysfakcji z tego, co się stało. Uprzedzając pytanie, oczywiście że zgłosimy te komentarze do prokuratury, zgłosimy nawoływania do eskalacji agresji wobec lekarzy. Co zrobi prokuratura? Obawiam się, że znamy odpowiedź na to pytanie. Będzie to oznaczać, w oczywisty sposób, zielone światło dla dalszej spirali nienawiści.

Te ataki naprawdę zaczynają się od hejtu w internecie, od nienawistnych okrzyków na szpitalnych oddziałach ratunkowych, od wyzywania lekarzy i pielęgniarek. Aż przychodzi 29 kwietnia 2025 roku i lekarz ginie od ciosów nożem w swoim gabinecie. A my możemy tylko powiedzieć, że relacja pacjent-lekarz legła w gruzach, możemy zastanawiać się, czy szpitale mają się zmienić w fortece, gdzie umieścić wykrywacze metalu i jakie kamizelki mają nosić lekarze.

Zatrzymajmy się chwilę przy hejcie. Dosłownie kilka dni temu wysłuchałam niezwykle ciekawego wykładu na temat aktywności lekarzy w mediach społecznościowych w kontekście szczepień. Jeden z najbardziej uderzających wątków dotyczył właśnie hejtu, który niejako miałby być, czy jest, wpisany w tę aktywność. Lekarz, który edukuje użytkowników internetu w kwestii szczepień, po prostu musi przyjąć, że będzie dostawał hejterskie komentarze, często zresztą w wiadomościach wysyłanych prywatnymi kanałami.

To jest dość powszechne przekonanie. Powszechne, ale błędne, a nawet tragiczne. Słyszymy, że decydując się na aktywność publiczną, musisz mieć twardą skórę, nie możesz się przejmować. Tymczasem nie ma osób odpornych na hejt. Jedynym remedium jest nieczytanie hejterskich wpisów, komentarzy, wiadomości. To bardzo trudne. Akceptując fakt, że hejt istnieje i jest w pewnych sytuacjach publicznych wręcz normą, mimowolnie przyzwalamy na wywoływane przez hejt tragiczne skutki.

Hejt jest jak wirus, namnaża się i prowadzi do choroby, która ma powikłania nawet kończące się zgonem.

Zaczyna się od tego, że ktoś w telewizji mówi często i negatywnie o jakiejś osobie albo grupie zawodowej, w sieci roi się od komentarzy, które powielają te zarzuty, a na końcu ktoś zupełnie inny wprowadza w życie te setki i tysiące gróźb pozbawienia życia…

… tak jak w przypadku śp. prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza.

Nie da się uniknąć tego skojarzenia.

Rozmawiała Małgorzata Solecka

30.04.2025
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.
  • Psychiatra – czym się zajmuje, kiedy szukać pomocy
    Psychiatra to lekarz, który zajmuje się badaniem, diagnostyką i leczeniem zaburzeń i chorób psychicznych. Objawy, które sugerują konieczność konsultacji z psychiatrą to m.in. zaburzenia nastroju, lęk, zaburzenia snu, uzależnienia, przewlekłe uczucie zmęczenia. Wizyta u psychiatry nie wymaga skierowania.