Z ostrożną dozą optymizmu patrzymy na to, że zapewne będziemy rozmawiać, ale mamy świadomość, że ten dialog jest wymuszony sytuacją. Gotowości do dialogu nie było i nie przypuszczamy, by samoistnie pojawiła się po stronie resortu zdrowia – zaznacza Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.
Prezes NRL Łukasz Jankowski. Fot. arch. wł.
- Po raz pierwszy „ministra od dialogu” powołał Adam Niedzielski. I to było jednoznaczne: strona społeczna ma wiceministra, z którym może rozmawiać do woli, natomiast minister dialogiem się nie zajmuje
- Gdy konflikt eskaluje, minister nagle zaczyna rozmawiać, składa obietnice, deklaruje udział w posiedzeniach NRL czy powrót do cyklicznych spotkań
- To jest fałszywa alternatywa – albo tniemy wynagrodzenia, albo ograniczamy dostępność świadczeń. A może po prostu – zwiększamy finansowanie?
- Realną konsolidację szpitali z pewnością byśmy poparli. Taką, za którą stałyby dane i przede wszystkim za którą ktoś – decydenci, rząd – wzięliby odpowiedzialność
- Minister wyraziła wolę wprowadzenia systemu no fault. To już bodaj czwarty minister z rzędu, który deklaruje wolę polityczną i nic się nie wydarza
- Słyszymy pomysły, że pielęgniarki powinny rozpoznawać choroby, a nie tylko potrzeby zdrowotne. To jest wejście na grunt lekarski
- Młodzi lekarze chcą stażu, nie czują się dostatecznie przygotowani do zawodu, a centra symulacji i cały proces kształcenia na razie nie są przygotowane do tego, żeby staż zastąpić
Małgorzata Solecka: Co z tym dialogiem? Jest? Nie ma? Ministerstwo Zdrowia odmówiło samorządowi uczestnictwa w pracach Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, ale minister Jolanta Sobierańska-Grenda przyszła na posiedzenie Naczelnej Rady Lekarskiej, na którym lekarze usłyszeli to, co chcieli – zmian w kontraktach nie będzie.
Łukasz Jankowski: Rzeczywiście 21 listopada ministerstwo zadeklarowało wycofanie się z wielu złych propozycji, które funkcjonowały w przestrzeni publicznej. Muszę jednak powiedzieć, że nie ma poczucia satysfakcji. Mamy wrażenie przypominające nieco funkcjonowanie w rodzinie, w której przez kilkanaście lat trwają nieustające awantury, po których jedna ze stron przynosi do domu kwiaty i uważa, że wszystko jest w porządku, bo przecież są kwiaty…
… brzmi jak „Dom dobry”.
Porównanie samo się narzuca. Skutek jest taki, że jesteśmy nieufni co do intencji ministerstwa. Na pewno nie jest tak, że zapominamy o wszystkim i uważamy, że od teraz będzie świetnie, nowy początek i do przodu. Z ostrożną dozą optymizmu patrzymy na to, że zapewne będziemy rozmawiać, ale mamy świadomość, że ten dialog jest wymuszony sytuacją. Gotowości do dialogu nie było i nie przypuszczamy, by samoistnie pojawiła się po stronie resortu zdrowia.
Z tym dialogiem to jest w ogóle ciekawa historia, może warto do niej sięgnąć i przypomnieć, że po raz pierwszy „ministra od dialogu” powołał Adam Niedzielski. I to było jednoznaczne: strona społeczna ma wiceministra, z którym może rozmawiać do woli, natomiast minister dialogiem się nie zajmuje. Od tamtej pory jest właśnie tak – jednemu z wiceministrów podlega Departament Dialogu Społecznego, minister zdrowia „pozbył się” formalnie odpowiedzialności za dialog. Co ciekawe, opinia publiczna przyjęła taką konstrukcję zadań w resorcie za naturalną, choć jest całkowicie sztuczna, a dialog z interesariuszami to przecież jedno z najważniejszych zadań ministra. Mimo to kolejni ministrowie ten dialog – w różnym stopniu, ale jednak – podejmowali, bo odpowiedzialność i decyzyjność leży po stronie ministra zdrowia. Teraz realnego dialogu nie ma, mówimy o tym nie tylko my.
Jest departament.
Minister czuje się zwolniony czy zwolniona z obowiązku prowadzenia dialogu. Taką odpowiedź zresztą uzyskaliśmy na piśmie – do tej pory, do listopadowego posiedzenia Naczelnej Rady Lekarskiej nie spotykała się z nami, ponieważ – jak byliśmy informowani – za dialog w resorcie odpowiedzialna jest wiceminister Katarzyna Kęcka.
Być może odpowiedzialna na papierze, bo do odpowiedzialności za dialog absolutnie się w ostatnich tygodniach niepoczuwająca. W mediach znana jest już historia, w której pani wiceminister zaprasza nas na spotkanie o z góry ustalonej godzinie, następnie próbuje negocjować jego miejsce (m.in. Centrum Dialogu Społecznego), by ostatecznie przesłać agendę z informacją, że tematem spotkania ma być „dialog między MZ a NIL”. Ma być więc dialog o dialogu. Struktura i podział obowiązków zwalnia więc urząd ministra z rozmów, a na szczeblu wiceministra mnożą się problemy i brak jest poczucia odpowiedzialności za prowadzenie rozmów. Gdy konflikt eskaluje, minister nagle zaczyna rozmawiać, składa obietnice, deklaruje udział w posiedzeniach NRL, powrót do cyklicznych spotkań, w tym tych w NIL. Mówimy „sprawdzam” tym zapewnieniom i wysłaliśmy już do MZ prośbę o rozpoczęcie cyklicznych spotkań – propozycja to drugi tydzień grudnia. Na razie brak odpowiedzi. Obiecano dialog – czas pokaże, czy ta obietnica zostanie spełniona.
Nie chodziło tylko o dialog, bo przecież dostaliście też zapewnienia, że propozycje dotyczące kontraktów tak naprawdę nie były propozycjami Ministerstwa Zdrowia.
Podczas posiedzenia mocno wybrzmiała prośba, by pani minister pamiętała, że mówi do lekarzy. Jesteśmy osobami wykształconymi, rozumiejącymi, co się dzieje wokół nas, a także to, co przez całe tygodnie słyszymy i od kogo.
Mamy poczucie jakiejś wielkiej mistyfikacji. Jest deklarujące apolityczność ministerstwo, które prowadzi politykę, choćby zdrowotną, ale przecież nie tylko. Ministerstwo przedstawia do konsultacji propozycje, a na końcu się okazuje, że to nie są jego propozycje. Ministerstwo spotyka się w Centrum Dialogu Społecznego i prowadzi dialog, którego nie ma. Dużo słów, bez treści.
Mam zresztą wrażenie, że opinia publiczna zbyt szybko przyjmuje pewne kwestie za pewnik. Przykładem może być konsolidacja Szpitali Pomorskich, uznana i przedstawiana jako pewnik. Nie ma wątpliwości, że organizacyjnie, finansowo, to rzeczywiście jest sukces, a Jolanta Sobierańska-Grenda z tym sukcesem została niejako utożsamiona. Jednak do samorządu lekarskiego docierają sygnały i od lekarzy tam pracujących, i od pacjentów, że to, co udało się osiągnąć na poziomie budżetu czy tabel w Excelu, niekoniecznie przekłada się na jakość. Tu znów warto poczekać z ogłaszaniem sukcesu.
Może jest za wcześnie, bo przecież ta konsolidacja wydarzyła się niedawno.
Zgadzam się, to świeża sprawa i byłoby rozsądnie wstrzymać się z oceną. Chodzi o to, żeby nie tworzyć mitów.
Mitem na pewno nie jest trudna sytuacja finansowa NFZ. Najnowszy raport OECD pokazuje nasz niebywały sukces – nakłady na zdrowie przebiły 8 proc., oczywiście łączne, publiczne to 6 proc. PKB, realnie. A w kasie Funduszu hula wiatr, luka się powiększa. Decydenci szukają oszczędności. Stąd zapowiedzi zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych. Pani minister podczas jednego ze spotkań eksperckich stwierdziła, że jeśli nie uda się zrównoważyć budżetu NFZ – czytaj, jeśli nie uda się ściąć kosztów podwyżek, kosztów pracy – trzeba będzie, cytuję: „poobniżać pewnie ryczałty, będzie trzeba limitować świadczenia. Nie wiem, co będzie, natomiast nie będzie dobrze dla pacjenta. W związku z tym będziemy mieli puste szpitale z dobrze wynagradzanym personelem, natomiast nie będzie za co leczyć pacjentów”.
Pani minister z jednej strony wycofuje się z zapowiedzi dotyczących kontraktów i zapewnia, że ministerstwo nigdy nie twierdziło, że lekarze odpowiadają za wydrenowanie finansów systemu, z drugiej strony brnie w narrację, że personel medyczny zjadł wszystkie pieniądze na ochronę zdrowia i to nawet nie poprzez wygórowane oczekiwania, tylko poprzez ustawę o płacy minimalnej w ochronie zdrowia. Dodam, że ustawa o wynagrodzeniach minimalnych tylko w małym stopniu dotyczy lekarzy.
W tej wypowiedzi kluczowe wydaje się jednak zarysowanie wyraźnej alternatywy: jeśli nie dojdzie do nowelizacji tzw. ustawy podwyżkowej – a w tej chwili wydaje się, że osiągnięcie konsensusu w Trójstronnym Zespole jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne – koszty systemu będą przycinane po stronie podaży świadczeń. Przywrócenie limitów, brak płatności za nadwykonania świadczeń limitowanych. Wiadomo, że jeśli za „ponadlimity” NFZ będzie płacić 20–25 proc. ceny kontraktowej, chętnych do ich wykonywania raczej nie będzie łatwo znaleźć. Zarówno wśród szpitali, jak i lekarzy, którzy w tej chwili takie procedury wykonują w kilku szpitalach. Zmian w kontraktach nie będzie…
To jest fałszywa alternatywa – albo tniemy wynagrodzenia, albo ograniczamy dostępność świadczeń. A może po prostu – zwiększamy finansowanie?
Myślę, że takiej opcji na stole w tej chwili nie ma. Dość symptomatyczne jest to, że podczas tegoż spotkania wiceprezes NFZ Jakub Szulc, mówiąc o sytuacji finansowej NFZ w ubiegłym i w tym roku, podkreślał, że do tej pory udawało się, dzięki wysiłkom byłej i obecnej minister zdrowia „wydębić” pieniądze z budżetu. My w tych kategoriach operujmy.
Tu zresztą warto jeszcze zaznaczyć, że tylko dzięki temu „wydębianiu” dobiliśmy do realnych 6 proc. PKB – bo to jest ta „górka”, dokładana w trakcie roku, wymuszana przez ustawę podwyżkową i nielimitowanie świadczeń. I chodzi o to, żeby tej górki nie było, albo żeby była ona znacząco mniejsza. Chodzi o to, żebyśmy tak dużo nie wydawali, bo tych pieniędzy nie ma.
My to już słyszeliśmy w latach 2016–2017, rozmawiając o podwyżkach dla rezydentów. Minister Jarosław Pinkas mówił, że pieniędzy nie ma, nie będzie, albo że będą – ale za cztery lata, za pięć, jeśli się uda. Powtórzę raz jeszcze: albo cięcia w wynagrodzeniach, albo cięcia w dostępności świadczeń, to jest fałszywy wybór. Trzeba naciskać na polityków w sprawie finansowania ochrony zdrowia. Wiemy, że 6 proc. PKB to za mało – my o tym mówiliśmy już w 2017 roku, protestując pod hasłem „6,8 proc. PKB na zdrowie, teraz!”.
Znów zacytuję: „Nie możemy myśleć, że utrzymamy system oparty na 600 pełnoprofilowych szpitalach, kiedy wydajemy na niego 6 proc. PKB. Za te pieniądze moglibyśmy dostarczyć opiekę zdrowotną na takim samym albo wyższym poziomie, pod warunkiem ograniczenia bazy” – Jakub Szulc, wiceprezes NFZ. Tymczasem, wiele na to wskazuje, z ograniczeniem bazy może być kłopot. Zwrot w sprawie kontraktów, niezależnie od skutecznego sprzeciwu środowiska lekarskiego, wynika również – w ogromnym stopniu – ze sprzeciwu dyrektorów szpitali i mobilizowanych przez nich polityków lokalnych. Jakub Szulc zresztą pośrednio do tego nawiązał, mówiąc, że nie można popierać konsolidacji szpitali pod warunkiem, że nie dotyczy to „mojego” powiatu.
Ale konsolidacja szpitali to tak naprawdę biała flaga Ministerstwa Zdrowia. Ustawa, która weszła w życie, jest nie bez powodu nazywana „kadłubkową”, bo żadnych procesów konsolidacji nie gwarantuje.
Dlatego resort i NFZ mogą sięgnąć po realne narzędzia. Zmiany w kontraktach miały temu właśnie służyć. Jeśli ich nie będzie, być może temu posłuży przywrócenie limitów i ich rygorystyczne egzekwowanie. Przestanie się opłacać wykonywanie procedur, skoro nie będą opłacane lub będą opłacane znacząco niżej. Nie pytam o metodę, ale czy samorząd lekarski widzi potrzebę i możliwość wsparcia takich procesów konsolidacyjnych?
Realną konsolidację szpitali z pewnością byśmy poparli. Taką, za którą stałyby dane i przede wszystkim za którą ktoś – decydenci, rząd – wzięliby odpowiedzialność. Już od dłuższego czasu mówimy głośno, że czas pomyśleć o zmianie struktury nadzoru właścicielskiego szpitali, o konsolidacji w jednym ręku. Zapewne nie wojewody, ale może marszałka województwa. Model, w którym byłby szpital-patron i związane z nim szpitale-filie, byłby racjonalny i z pewnością minimalizowałby takie negatywne zjawiska, jak rywalizacja o kadrę medyczną, zasoby, ale też o pacjenta.
Wiemy, że wielu samorządowców z ulgą oddałoby pod taki ujednolicony zarząd swoje szpitale, które dziś są obciążeniem, przede wszystkim finansowym.
Na pewno jest obciążeniem. I jednocześnie jest pewne, że gdyby przyszło co do czego, w obronie szpitala, do którego trzeba dokładać, lwia część samorządowców czy lokalnych polityków by się przykuła łańcuchami, niczym ekolodzy do drzew.
To bardzo prawdopodobne. Niestety, mówimy o polityce. To zresztą bardzo często wraca w rozmowach, jakie prowadzimy z politykami. W ostatnich dniach rozmawialiśmy z prezydentem Karolem Nawrockim, z marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym, również w rozmowach z innymi politykami słyszymy, że trzeba byłoby przeorganizować szpitalnictwo w Polsce, ale jest to trudne politycznie. Pani minister na posiedzeniu NRL mówiła zresztą dokładnie to samo, że trzeba przeprowadzić konsolidację, ale nie wie, czy będzie wola polityczna w tej sprawie. Pytam – kto ma tę wolę mieć, jeśli nie politycy?
Skoro o politykach mowa… 5 grudnia odbędzie się szczyt w sprawie zdrowia w Pałacu Prezydenckim, zaproszenia już zostały wysłane. Choć minister, pytana o obecność na tym wydarzeniu, jeszcze dosłownie chwilę temu mówiła, że to na razie medialne doniesienia…
Będzie. Może warto zaznaczyć, że pierwotnie prezydent Karol Nawrocki rozważał pomysł zaproszenia nas na posiedzenie Rady Gabinetowej…
… na posiedzenie Rady Ministrów, któremu przewodniczy Prezydent RP?
Tak, ale przedstawiłem w tej sprawie bardzo wyraźne stanowisko, że byłoby to odebrane jako teatr polityczny. Bylibyśmy, jako samorząd, jako środowisko, wrzuceni w polityczną, partyjną wręcz zawieruchę. I tak narodził się pomysł szczytu, czyli spokojnej i merytorycznej dyskusji o zdrowiu wszystkich interesariuszy na neutralnym terenie.
Szczyt ma być rozszerzeniem formuły naszej rozmowy, w której padły zapewnienia o otwartości na przykład na zmianę modelu finansowania. Prezydent jest poinformowany, że składka zdrowotna już nie spełnia swojej funkcji. Zdaje sobie też sprawę z konsekwencji „skoku na kasę”, czyli przekazania przez rząd, pod koniec 2022 roku, całej listy zadań do realizowania „ze środków własnych NFZ”. Rozmawialiśmy też o strukturze szpitalnictwa, o nadzorze właścicielskim. Prezydent pytał, czy Rada ds. Zdrowia nie powinna zebrać tematów, które zostaną omówione, i przygotować w formie inicjatywy ustawodawczej. Nie nam w tej sprawie decydować, ale widzimy, że projekty prezydenckie nie cieszą się poparciem sejmowej większości.
Dla nas kluczowe jest, że pojawiła się przestrzeń do dialogu, którego – wracam do początku naszej rozmowy – czujemy ogromny niedostatek. Choć oczywiście przełomów się nie spodziewam.
A może to wydarzenie stanie się okazją do politycznego ping-ponga między ośrodkiem prezydenckim a rządem? Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie widzi możliwości spotkania przedstawicieli samorządu lekarskiego z premierem, bo za dialog odpowiada Ministerstwo Zdrowia, które wskazuje roboczy poziom tego dialogu, a tu zaproszenie od głowy państwa. Aż chce się powiedzieć – prezydent dobry, rząd niedobry. Zwłaszcza, jeśli przedstawicieli rządu w Pałacu Prezydenckim nie będzie.
Zakładamy, że będą. Bo gdyby faktycznie miało nie być, to raczej by burzyło tę ideę, o której mówił premier, dokonując rekonstrukcji w resorcie zdrowia, że oto zdrowie przechodzi w ręce apolitycznych fachowców. My wierzymy, czy chcemy wierzyć, że to było powiedziane serio, a obecność Jolanty Sobierańskiej-Grendy to potwierdzi.
Przed 5 grudnia jest jeszcze kolejne posiedzenie Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia i ciąg dalszy rozmów o wynagrodzeniach. Można zakładać, że resort będzie egzaminowany z – jak mówią przedstawiciele związków zawodowych – wolty w sprawie kontraktów. Temat nie zniknie z agendy i, jak rozumiem, tego dotyczyło również spotkanie z przewodniczącą OZZL Grażyną Cebulą-Kubat?
Ustaliliśmy wspólne postulaty i prezentujemy jeden front, jeśli chodzi o kierunek zmian w ochronie zdrowia. Oczekujemy przede wszystkim, że Ministerstwo Zdrowia weźmie odpowiedzialność i skończy narrację, że rozmowy dotyczą propozycji, pomysłów, które nie są autorstwa resortu, tylko enigmatycznej „strony społecznej”. Pani minister zobowiązała się do rezygnacji ze szkodliwych, naszym zdaniem, nie tylko dla lekarzy, ale też dla systemu i pacjentów, pomysłów i czekamy, że przedstawi partnerom społecznym nowe rozwiązania. Jeszcze raz podkreślę, że pomysły dążące do ograniczenia wolumenu pracy lekarzy w systemie publicznym są destrukcyjne.
Tylko że, wsłuchując się w głos decydentów, one nie znikają. Czym innym będzie przywrócenie limitów i ich przestrzeganie za pomocą konsekwentnie stosowanej degresji finansowania?
Ale to już ustaliliśmy: nie przyjmujemy do wiadomości takiego wyboru. Dwudziesta gospodarka świata ma inne wyjście i może zwiększyć nakłady. Wręcz powinna. Może trzeba wrócić do rozmowy o składce zdrowotnej. Może, jak mówił nam podczas spotkania marszałek Włodzimierz Czarzasty, zacząć rozmowę o prostym i jednolitym podatku zdrowotnym? Może trzeba rozmawiać jeszcze o innych nowych rozwiązaniach. Niech politycy się nad tym głowią, ale niech nie zamykają drzwi, mówiąc, że nas nie stać. Rozmawiajmy o konsolidacji szpitali i ją róbmy. Rozmawiajmy o zmianach w wycenie procedur. Domknijmy rozmowy o wynagrodzeniach w ochronie zdrowia. Skończmy te dyskusje z korzyścią dla wszystkich.
Zwłaszcza, że nie brakuje innych tematów, nad którymi też rozmawiamy już od lat. Choćby system no fault.
Pani minister wyraziła wolę jego wprowadzenia. To już bodaj czwarty minister z rzędu, który nam to deklaruje, który deklaruje wolę polityczną i nic się nie wydarza. Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego poinformowała samorząd lekarski, że będzie pracowała nad rozwiązaniami z zakresu odpowiedzialności karnej lekarzy. To było chyba w lutym. Mija już prawie rok i nadal nic się nie zdarzyło. Wraz ze Stowarzyszeniem Sędziów Polskich Justitia, które również zajmowało się tematem no fault, poprosiliśmy o spotkanie z ministrem Waldemarem Żurkiem. Czekamy na termin.
Inny temat, też obecny w dyskursie od lat, wokół którego jednak ostatnio zrobiło się nieco głośniej, czyli przekazywanie kompetencji między zawodami medycznymi.
Kaskadowe przekazywanie kompetencji, czyli – miejmy świadomość – w warunkach polskich próby ociosywania lekarzy z kompetencji w celu potanienia systemu. Ale nie jest tak, że środowisko lekarskie nie dostrzega problemu. Przeciwnie, widzimy, jak bardzo potrzebne jest wsparcie, zwłaszcza dla zawodu pielęgniarskiego, w którym kryzys kadrowy jest zdecydowanie największy. O tym mówią same pielęgniarki – opublikowany w ostatnich dniach raport związku pielęgniarek i położnych mówi o niedoborach rzędu 150 tys. osób. Uważamy, że zdecydowanie należy wspomóc pracę pielęgniarek na oddziałach szpitalnych, dlatego proponujemy, by ratownicy medyczni mogli pracować na stanowiskach pielęgniarskich we wszystkich oddziałach szpitalnych, przejmując kompetencje pielęgniarek…
… rozumiem, częściowo?
Albo częściowo, albo całkowicie. Naprawdę, ratownicy są dobrze przygotowani i jest ich wystarczająco dużo. Tę grupę trzeba optymalnie wykorzystać i zwiększyć ich uprawnienia w sposób zdecydowany. Obserwujemy też w związku ze zmianami demograficznymi wręcz nadmiar położnych, które mogłyby ze swoją wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami być dużo lepiej wykorzystane. I tu również zaapelowaliśmy do Ministerstwa Zdrowia o poszerzenie ich kompetencji, tak żeby mogły pracować ramię w ramię z pielęgniarkami na oddziałach szpitalnych.
A co się dzieje w sprawie zaawansowanej praktyki pielęgniarskiej? Przy inauguracji prac ministerialnego zespołu, który pracuje nad kaskadowym przekazywaniem kompetencji pojawił się wątek wątpliwości środowiska lekarskiego w tej sprawie. Może nawet wręcz oporu.
Słyszymy pomysły, że pielęgniarki powinny rozpoznawać choroby, a nie tylko potrzeby zdrowotne. To jest wejście na grunt lekarski. Oczywiście możemy sobie wyobrazić system, w którym nawet student trzeciego roku otrzymuje wszystkie kompetencje i uprawnienia, przypisane lekarzowi. To jest typowa felczeryzacja systemu. Mieliśmy z tym do czynienia w czasach powojennych, czyli – nadzwyczajnych. To nie jest droga dbania o jakość. Po to lekarze kończą specyficzne studia i mają dyplom lekarza, po to mają prawo wykonywania zawodu, żeby leczyć. Po to są pielęgniarki, żeby pielęgnować i rozpoznawać potrzeby zdrowotne populacji. Jesteśmy przeciw felczeryzacji, jesteśmy za jasnymi uprawnieniami i możliwościami. Dlatego jeżeli ratownicy mają umiejętności do opieki nad pacjentem na oddziale szpitalnym, to powinni z tych uprawnień i możliwości korzystać. Chcemy działać na rzecz usprawniania systemu, rozpoznawać jego potrzeby i na nie odpowiadać, ale nie zgadzamy się na jego potanianie i odpowiadanie na potrzeby jednej grupy zawodowej i jej liderów.
Domknę temat „obszarów wiecznie żywych” w dyskusji i zapytam o skrócenie stażu. MZ mówi teraz, że nie likwidacja, a skrócenie o pół roku. To też, jak rozumiem, sposób na potanianie?
Pomysł jest dla nas zupełnie nowy, zaskakujący wręcz. Podtrzymujemy nasze stanowisko w sprawie – młodzi lekarze chcą stażu, nie czują się dostatecznie przygotowani do zawodu, a centra symulacji i cały proces kształcenia na razie nie są przygotowane do tego, żeby staż zastąpić. Jesteśmy przeciwko skracaniu stażu do 6 miesięcy, zresztą ta sprawa też jest przykładem dialogu „poprzez media”. Rozumiemy, że na razie MZ sonduje reakcje środowiska. A ta reakcja jest jednoznaczna – to nie jest dobry pomysł.
I ostatnie pytanie, skoro za chwilę koniec roku… Czego się Pan spodziewa po kolejnym?
Mam nieodparte wrażenie, że już takie pytanie kiedyś padło. Odpowiedź pewnie będzie identyczna, bo spodziewam się pogłębiającego się chaosu. Widzimy, że premier naznaczył jedno zadanie przed Ministerstwem Zdrowia i tym zadaniem są oszczędności. To oznacza, że ten scenariusz, o jakim cały czas mówię, jako o trzecim wyjściu, czyli zwiększenie finansowania i prace nad budową sprawnego systemu w obecnym układzie politycznym – jest niemożliwy. Będzie walka, będzie poszukiwanie sposobów oszczędzania, czy to na pracownikach, czy na pacjentach. Najpewniej zarówno na pracownikach, jak i na pacjentach.
Rozmawiała Małgorzata Solecka