Szczepionki przeciw Krakenowi trafiły do Polski, ale kiedy trafią do punktów szczepień? Kiedy chętni będą mogli z nich realnie skorzystać?
Spotkanie premiera z kierownictwem MZ. Fot. twitter.com/PiotrMuller
Największe wyzwanie. 6 grudnia. Narodowy Fundusz Zdrowia pochwalił się w mijającym tygodniu podpisaniem pierwszych umów z aptekami na prowadzenie szczepień. 24 umów, co warto zaznaczyć. Kolejnych siedemset jest przygotowywanych, ale do 6 grudnia, kiedy to według zapowiedzi Ministerstwa Zdrowia mają ruszyć szczepienia szczepionką dostosowaną do nowych wariantów SARS-CoV-2, nie zostało, mówiąc oględnie, zbyt wiele czasu. I nawet jeśli liczba podpisanych umów zwiększy się nie o sto, ale kilkaset procent – czego byśmy sobie wszyscy życzyli – chętni na przyjęcie szczepienia mogą tego nie odczuć.
Zwłaszcza, że ciągle nie wiadomo, czy 6 grudnia rzeczywiście szczepionki będą w punktach szczepień – czyli aptekach i poradniach POZ – dostępne. Na razie wiadomo tylko, dzięki ustaleniom mediów, że 30 listopada rzeczywiście transport szczepionek trafił do Polski. Jednak dystrybucja zajmuje co najmniej kilka dni, a sygnały, jakie napływają od tych, którzy chcą szczepić, i to jak najszybciej, można streścić krótko: Nikt nic nie wie. Przede wszystkim, kiedy będzie można zacząć składać zamówienia.
To, o czym alarmujemy od tygodni, czyli sytuacja, w której szczepionki są w Polsce, ale szczepienia nie są dostępne, nie jest żadnym czarnowidztwem, tylko najbardziej prawdopodobną perspektywą. Mówił o tym w minionym tygodniu m.in. dr Paweł Grzesiowski, ekspert NRL ds. zagrożeń epidemicznych, wskazując, że z jednej strony apteki nie mają podpisanych umów, z drugiej poradnie POZ są sparaliżowane natłokiem pacjentów z infekcjami, z trzeciej – Ministerstwo Zdrowia zdecydowało, że tylko w tych dwóch miejscach będzie dostępna nowa szczepionka. Populacyjne punkty szczepień zostały „wyłączone z gry”.
Niedostatek informacji na temat szczepień trudno wyjaśnić inaczej niż strategią chowania głowy w piasek przez ustępujące kierownictwo Ministerstwa Zdrowia. A może wręcz – jawnym, demonstracyjnym wręcz lekceważeniem zagrożenia dla zdrowia obywateli. Bo o ile nawet można się zgodzić, że COVID-19 przestał wprost zagrażać zdrowiu publicznemu i nie jest już chorobą, która paraliżuje kraj (choć media informują, na przykład, o pojedynczych przypadkach przechodzenia szkół na zdalną naukę z powodu masowych zachorowań kadry pedagogicznej), nadal stanowi zagrożenie, zwłaszcza dla niektórych grup – ze względu na wiek czy choroby współistniejące.
Największy znak zapytania. Ministerstwo Zdrowia. Kończy się czas oczekiwania – w tym tygodniu powinno stać się jasne nie tylko to, kto ostatecznie pokieruje Ministerstwem Zdrowia (i będzie musiał z marszu wziąć się za sprzątanie i naprawianie skutków najbardziej oczywistych zaniechań z ostatnich kilku miesięcy), ale też z kim będzie współpracować. Wszystko wskazuje, że na czele resortu stanie Izabela Leszczyna (choć są też głosy, że będzie to Bartosz Arłukowicz, Leszczyna zostanie sekretarzem stanu i za kilka miesięcy zmieni Arłukowicza na tym stanowisku). Czy wiceministrą zostanie Joanna Mucha z Polski2050, która ewidentnie dawała w ostatnim tygodniu sygnały, że jest gotowa merytorycznie? Mucha musiałaby wejść do ministerstwa jako sekretarz stanu (bo tylko w tej randze mogłaby zachować mandat poselski). Pytanie, czy Koalicja Obywatelska zgodzi się na takie umocowanie polityczki partii, której liderowi nowy szef resortu będzie zawdzięczać potężny ból głowy w związku z szybkim uruchomieniem prac nad pielęgniarskimi poprawkami do ustawy podwyżkowej, pozostaje na razie bez odpowiedzi.
Pojawia się też inne pytanie: jeśli Bartosz Arłukowicz pozostanie szefem Komisji Zdrowia (a szanse na to są, jak można wnioskować z kuluarowych rozmów, większe niż na transfer do resortu zdrowia), na ile kierownictwo ministerstwa będzie ponownie nie tylko „nie-lekarskie”, „nie-medyczne”, ale też nie mające bezpośrednich doświadczeń z zarządzaniem ochroną zdrowia, i jakie będą tego skutki. Nie muszą być negatywne, jeśli ministerstwo otworzy się na dialog z profesjonalistami, zarówno reprezentantami zawodów medycznych, jak i menedżerami ochrony zdrowia. Ostatnie lata – i to w perspektywie dłuższej niż dwie kadencje – nauczyły nas, że minister-lekarz nie daje żadnych gwarancji podejmowania dobrych dla systemu, dla pacjentów, dla pracowników decyzji. I tak samo takich gwarancji nie daje minister nie-lekarz.
Największy brak zaskoczenia. Wniosek do TK. Czy Zbigniew Ziobro chce likwidacji samorządu lekarskiego, czy „tylko” tego, by lekarze o „innym światopoglądzie” mogli założyć odrębną izbę? Lektura wniosku złożonego przez byłego już ministra sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego nie pozostawia wątpliwości, że przede wszystkim tak rozumienie idei samorządności, jak i orientacja, czym jest (a może przede wszystkim, czym nie jest) medycyna, nie są mocnymi stronami tego polityka. A jeśli są, to należałoby postawić pytanie o akceptowalny w życiu publicznym poziom cynizmu.
Ziobro dowodzi bowiem, że konstytucja nie przesądza, że zawód zaufania publicznego ma mieć jeden samorząd. Możliwy, w jego ocenie, jest pluralizm, co media streściły w dość uproszczony sposób, że Ziobro chce osobnej izby dla lekarzy antyszczepionkowców. To oczywiście najprostszy trop, bo przecież przez wiele miesięcy 2023 roku Ministerstwo Sprawiedliwości dawało mocne sygnały, że bacznie przygląda się aktywności sądów lekarskich (i szerzej – pionu odpowiedzialności zawodowej lekarzy), które zaczęły wyciągać konsekwencje wobec tych, którzy publicznie w czasie pandemii podważali bezpieczeństwo i skuteczność szczepień. Politycy Suwerennej Polski nie dopuszczali się tego, w czym celował jeden z posłów Konfederacji, czyli najść na izby lekarskie, być może dlatego, że nie musieli – wniosek do TK jest bronią o wiele bardziej skuteczną. A raczej byłby, gdyby został zgłoszony wcześniej lub gdyby Prawo i Sprawiedliwość miało szansę na trzecią kadencję rządów.
Największy sukces. Prawomocny wyrok za fikcyjne hospitalizacje. Sąd prawomocnie uniewinnił dwóch lekarzy ze szpitala w Krynicy-Zdroju, którzy w latach 2010-2013 fikcyjnie przyjmowali pacjentów na Oddział Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej. Byli oskarżeni o poświadczenie nieprawdy i wyłudzenie pieniędzy z NFZ dla szpitala, jednak sądy pierwszej i drugiej instancji na sprawę spojrzały z zupełnie innej perspektywy i stwierdziły – nie kwestionując stanu faktycznego, czyli tego, że dochodziło do fikcyjnych przyjęć – że lekarze robili, co musieli, dla ratowania zdrowia i życia pacjentów.
Sprawa nie odbiła się głośnym echem w mediach, a szkoda. Choć rzecz dotyczy zamierzchłej, zdawać by się mogło, przeszłości – bo lat 2010-2013, rzuca światło na warunki, w jakich przynajmniej część lekarzy musi wykonywać swoje obowiązki. I przywraca tym obowiązkom właściwą hierarchię. Sądy bowiem nie miały wątpliwości, że pierwszą powinnością lekarza jest ratowanie pacjenta, procedury są ważne, ale nie mogą stać w konflikcie z tą wartością nadrzędną.
Jak podało w minionym tygodniu Radio Kraków, „najpierw Sąd Rejonowy w Tarnowie, a teraz także Okręgowy sięgnął po rzadko stosowany przepis i artykuł w kodeksie karnym: stanu wyższej konieczności. Kiedy podczas konfliktowej sytuacji wybiera się między różnymi dobrami. Z jednej strony zdrowiem pacjentów, z drugiej przepisami i procedurami”. – Istotny był cel działania tych lekarzy. Nie osiągnęli korzyści majątkowej dla siebie, takiego zarzutu im nie postawiono. Działali oni w trudnej sytuacji motywacyjnej, bo mieli do wyboru albo ratowanie życia i zdrowia pacjentów, albo działanie zgodnie z procedurami przewidzianymi w kontraktach NFZ. Sąd uznał tutaj, że dobrem wyższym było życie i zdrowie pacjentów niż przestrzeganie procedur – mówi cytowana przez rozgłośnię rzeczniczka Sądu Okręgowego w Tarnowie, Małgorzata Stanisławczyk-Karpiel.
Ponieważ krynicka placówka nie posiadała szpitalnego oddziału ratunkowego, przyjęcie pacjentów, którzy wymagali pilnego badania rezonansem magnetycznym na szpitalny oddział było jedyną drogą zapewnienia im tej diagnostyki w ramach publicznego systemu. Dlaczego fikcyjna, a nie normalna hospitalizacja? Jak ustalono w trakcie postępowania, lekarze nie chcieli blokować łóżek, które były potrzebne dla naprawdę wymagających leczenia szpitalnego pacjentów – i były one cały czas wykorzystywane. Pacjentów hospitalizowanych fikcyjnie rejestrowano, wydawano skierowania na konieczne badanie i wydawano im natychmiast przepustki, mogli się nawet nie zorientować, że „byli w szpitalu”. Trwało to ponad dwa lata, NFZ zakwestionował kilkaset hospitalizacji, zaś liczba 77 pacjentów, których dotyczył akt oskarżenia, to ci, których fikcyjne przyjęcie udało się ustalić w sposób niepodważalny.
Prokuratura nie wyklucza kasacji.