Wizji w exposé Donalda Tuska próżno szukać. Optymiści skupią się na obietnicy, że „pieniądze publiczne (…) będą w jeszcze większym stopniu zaangażowane w ochronę zdrowia”. Pesymiści będą analizować, co dokładnie znaczy „mądre, zdecydowane dysponowanie finansami publicznymi”.
Fot. Piotr Tracz / Kancelaria Sejmu
- Jeśli poniedziałkowe wystąpienie Mateusza Morawieckiego było rekapitulacją przeszłości, wtorkowe exposé Donalda Tuska można nazwać jedynie narodowymi rekolekcjami
- Słuchając uważnie exposé premiera, można było odnieść wrażenie, że zwraca się przede wszystkim do osób starszych
- Szef rządu wskazał, że „konkrety”, których domagali się posłowie PiS, są powszechnie znane i należy ich szukać na liście stu konkretów na sto dni rządu (KO) i w programach pozostałych dwóch koalicjantów
- Kluczową sprawą w skutecznej ochronie zdrowia jest mądre, zdecydowane dysponowanie finansami publicznymi – zaznaczył Tusk
Przez pierwszą godzinę swojego przemówienia lider sejmowej większości kreślił potrzebę i fundamenty odbudowy wspólnoty opartej na solidarności i uznaniu różnic przez wszystkie strony skonfliktowanego społeczeństwa. Programowi rządu nie poświęcił zbyt wiele uwagi.
Tusk przypomniał, że jego pierwsze exposé trwało trzy godziny i od bliskich usłyszał, że Polacy zapamiętają z tego tyle, że przemawiał trzy godziny. Z trzeciego już exposé Tuska z pewnością zapamiętane zostanie znacznie więcej: powołany w poniedziałek wieczorem przez Sejm premier, za którym zagłosowało 248 posłów, pozwolił sobie na krok naprawdę ryzykowny, w całości odczytując Manifest Szarego Człowieka – Piotra Szczęsnego, który jesienią 2017 roku, protestując przeciw łamiącym zasady państwa prawa decyzjom PiS, podpalił się w geście protestu.
Media społecznościowe zawrzały, zarzucając Tuskowi romantyzowanie samobójstwa. W podobnym duchu tuż po akcie samospalenia wypowiadało się wielu psychiatrów, przywołując Zespół Wertera i fakt, że zgodnie z aktualną wiedzą medyczną samobójstwo jest efektem procesu chorobowego, nie można więc nadawać mu „wyższych” znaczeń.
Może tutaj widać najlepiej, jak bardzo Donald Tusk jest politykiem z przeszłości. Takim, dla którego nazwiska Ryszarda Siwca i Jana Palacha, którzy dokonali w Warszawie i Pradze aktu samospalenia, protestując przeciw interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, czy Walentego Badylaka, który zdecydował się na ten sam krok wiosną 1980 roku w proteście przeciw kłamstwom o zbrodni katyńskiej, nie brzmią abstrakcyjnie – to część pokoleniowego doświadczenia. Nikt ani wtedy, ani dziś, nie stawiał przy ich poczytalności znaku zapytania.
Młodszy polityk zapewne dwa razy by się zastanowił, niż sięgnął po głęboki i prawdziwy dokument, który jednak obciąża fakt targnięcia się na własne życie. A nawet, jeśli by się jednak zdecydował ów dokument przywołać, postarałby się o wyraźną cezurę między nim a samym aktem protestu. Tusk o to nie zadbał.
Dlaczego? Słuchając uważnie exposé premiera, można było odnieść wrażenie, że zwraca się – wbrew przecież tym, którzy 15 października zdecydowali o odebraniu władzy Prawu i Sprawiedliwości, czyli w ogromnej części ludziom młodym – przede wszystkim do osób starszych. To nie tylko świadectwo Piotra Szczęsnego, ale jeszcze bardziej – dwukrotne przywołanie słów Jana Pawła II z dwóch pielgrzymek do Polski. O „naszym papieżu” Tusk mówił ciepło, zaznaczając, że zdaje sobie sprawę z różnych ocen dorobku papieża-Polaka.
Raczej do starszych niż do młodych był adresowany przekaz o konieczności budowy wspólnoty opartej na solidarności i wszystkie odwołania do historycznych doświadczeń kilku ostatnich dekad. Tusk, na co zwracali uwagę komentujący, ponad PiS zwracał się do wyborców – faktycznych i potencjalnych – oferując im to, co obiecywał już w kampanii: pojednanie, pokój i spokój. Powiedział o tym zresztą wprost, że spory polityczne powinny się zatrzymywać na poziomie sali sejmowej. Nie powinny schodzić do polskich domów i zatruwać przestrzeni publicznej.
To był zupełnie inny polityk niż ten, który emanował energią podczas spotkań z wyborcami podczas wielomiesięcznej kampanii. Na ile to efekt zmęczenia, a na ile celowy zabieg? Tusk doskonale wiedział, wychodząc na mównicę, że po jego wystąpieniu – niezależnie od tego, co powie – wyleją się na niego i jego rząd hektolitry hejtu („skromną” próbkę odebrał zresztą już w poniedziałek, gdy po tym, jak dziękował za powierzenie mu misji tworzenia rządu i wspominał swoją rodzinę, przede wszystkim dziadków – na mównicę wszedł Jarosław Kaczyński, by bez żadnego trybu rzucić w twarz: – Pan jest niemieckim agentem). Być może stonował – do granic wytrzymałości, trzeba przyznać – przekaz, by tym bardziej pokazać, kto w sporze jest agresorem?
Tak czy inaczej, wizji w exposé Tuska próżno szukać. Szef rządu wskazał, że „konkrety”, których domagali się posłowie PiS, są powszechnie znane i należy ich szukać na liście stu konkretów na sto dni rządu (Koalicja Obywatelska) i w programach pozostałych dwóch koalicjantów. I że on nie boi się rozliczeń z wypełniania tych obietnic, bo zamierza je zrealizować. Obiecał zresztą co miesiąc zdawać sprawozdanie z postępów.
Gdy nie ma zapowiedzi wprost, trzeba czytać między wierszami. Przedstawiając ministrów w swoim rządzie, przy Izabeli Leszczynie, która pokieruje Ministerstwem Zdrowia, premier stwierdził, że „kluczową sprawą w skutecznej ochronie zdrowia jest, oczywiście, mądre, zdecydowane dysponowanie finansami publicznymi”. – Wielu z was sądziło, że pani Izabela Leszczyna będzie odpowiedzialna za finanse. Ale, jak wiecie, finanse, pieniądze publiczne, które są i będą w jeszcze większym stopniu zaangażowane w ochronę zdrowia wymagają nadzwyczajnej kompetencji, ale też empatii i zrozumienia. (…) Kiedy pani poseł powiedziała, że bierze to na swoje barki, to od razu wiedziałem, że to nie jest misja straceńcza i że dzięki pani poseł Leszczynie damy radę – mówił Tusk.
Optymiści skupią się na obietnicy, że „pieniądze publiczne (…) będą w jeszcze większym stopniu zaangażowane w ochronę zdrowia”. Konkretów zero, ale można przynajmniej zakładać, że nowy rząd nie zamrozi finansowania ochrony zdrowia na dotychczasowym poziomie.
Pesymiści będą analizować z każdej strony, co to dokładnie znaczy „mądre, zdecydowane dysponowanie finansami publicznymi”. Nikt nie ma wątpliwości, że zawsze jest pole do poprawy efektywności wydawania środków publicznych, poszukiwania zasadnych oszczędności i tropienia marnotrawstwa. Jednak zakładanie, że kraje, które na zdrowie wydają ze środków publicznych 2-3-4 punkty procentowe swojego PKB więcej niż Polska, szastają środkami publicznymi, a my osiągniemy te same cele, co na przykład Czechy (żeby przywołać tu wyłącznie brak kolejek oraz znacząco lepszą dostępność innowacyjnych terapii), byłoby przesadną pychą.
Realiści? Realiści przynajmniej nie są zaskoczeni: Izabela Leszczyna została ministrem zdrowia z jasno określoną misją optymalizowania wydawania środków publicznych bez specjalnego widoku na ich zwiększanie.