W zdrowiu nie dzieje się nic, czego nie można byłoby przewidzieć, a i tak – momentami – trudno uniknąć rozczarowania. Zupełnie jak w tym memach z nosaczem Januszem. Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził.
Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. MZ
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Pieniądze na zdrowie. Sejmowa Komisja Finansów Publicznych rozpatrzyła opinię Komisji Zdrowia o rządowym projekcie ustawy budżetowej na rok 2024. Nakłady na ochronę zdrowia wyniosą ponad 195 mld zł (razem z 3 mld zł, zapisanymi w projekcie ustawy okołobudżetowej, które mają być przeznaczone m.in. na onkologię i psychiatrię dziecięcą) i są o prawie 30 mld zł większe niż w roku ubiegłym.
Te wzrosty jednak nie oznaczają, że pieniędzy w systemie ochrony zdrowia będzie realnie więcej, czyli że wzrośnie realny odsetek PKB przeznaczany ze środków publicznych na zdrowie. Na to, jak pisaliśmy wielokrotnie w ostatnich tygodniach, praktycznie nie ma szans ani w tym roku, ani – trzeba się obawiać – w latach kolejnych. Jak inaczej można rozumieć niedawną wypowiedź minister zdrowia Izabeli Leszczyny, która – pytana przez posłankę PiS Józefę Szczurek-Żelazko, czy większość parlamentarna zmieni ustawę 7 proc. PKB na zdrowie (w domyśle – wykreślając regułę N-2, którą zresztą kilkadziesiąt minut wcześniej, na tym samym posiedzeniu Komisji Zdrowia Izabela Leszczyna skrytykowała, wręcz napiętnowała, podkreślając – słusznie – że „mąci ludziom w głowie”), odpowiedziała jasno, że nie. – Czy my zmienimy tę ustawę? To by było tak, że później – jak znam życie, a polityczne znam od kilkunastu lat – okazałoby się, że przeznaczaliście na ochronę zdrowia 6 proc. PKB, a my na przykład 4 i bardzo trudno byłoby wytłumaczyć opinii publicznej, że to nie jest tak. Powiedziałam wyraźnie, że będę podkreślała za każdym razem, jak mówimy, że przeznaczamy 6,24 proc. PKB na zdrowie, to mówimy o PKB sprzed dwóch lat.
Mówienie takiej prawdy jest oczywiście chwalebne, ale – chyba zgodzą się wszyscy, którzy przez ostatnich kilka lat śledzili dyskusje wokół nakładów na ochronę zdrowia i filipiki posłów opozycji i ekspertów z nią związanych – z punktu widzenia systemu kompletnie nie ma znaczenia. System i jego interesariusze liczyli na takie zmiany w ustawie, w modelu finansowania ochrony zdrowia, które urealnią wskaźnik finansowania. Urealnią, czyli po pierwsze bez żadnych zabiegów księgowych pokażą, ile na zdrowie wydajemy REALNIE i nakreślą REALNĄ drogę dojścia do koniecznego, odpowiadającego polskiemu potencjałowi i potrzebom polskiego społeczeństwa, poziomu. Twierdzenie, że możemy osiągnąć poziom zaspokojenia potrzeb zdrowotnych i zadowolenia pacjentów, wydając nieco ponad 5 proc. PKB (czy też, jak mówi pani minister, „6,24 proc. PKB sprzed dwóch lat”), jest manifestacją niczym nie uzasadnionej megalomanii. I to nie jest kamyczek do ogródka ani obecnej ministra, ani nawet całego rządu i obecnego premiera, ale przede wszystkim tych, którzy przez osiem ostatnich lat uprawiali na tym polu prymitywną propagandę. Mówiąc bardziej wprost – kłamali.
Aż dziw bierze, że politycy obecnie rządzącej większości nie chcą tego kłamstwa obnażyć. Pokazać czarno na białym, jak bardzo król był nagi. Jedyne wyjaśnienie, dlaczego się na to nie decydują, jest smutne – to plany utrzymania status quo. Jeśli pieniędzy więcej, to w formie kroplówek. Których zadaniem jest wyłącznie utrzymanie pacjenta – systemu – przy życiu.
Największe wyzwanie. Komunikacja. Mówiąc precyzyjnie: informacja, nie – propaganda. Tej było w ostatnich latach po prostu zbyt wiele, by można było przejść do porządku dziennego nad stwierdzeniem rzecznika prasowego MZ, że każdy, kto chce lub powinien się zaszczepić przeciwko COVID-19, może to zrobić. A zwłaszcza nad tym, że zaszczepić się jest bardzo łatwo. No nie jest, nadal nie jest. I choć w żadnym wypadku nie można za to obarczać odpowiedzialnością obecnej minister zdrowia, nie można też malować trawy na zielono. Można i trzeba natomiast podejmować (i komunikować) decyzje, które by proces szczepień ułatwiały i przyspieszały – tak bardzo, jak to jest tylko możliwe.
Największy błąd. Stan zawieszenia. W tym tygodniu minie miesiąc od zaprzysiężenia rządu, a Ministerstwo Zdrowia ciągle nie ma kompletu wiceministrów. A raczej – premier ciągle nie podpisał jednego wniosku personalnego Izabeli Leszczyny. Dopiero pod koniec ubiegłego tygodnia podpisane zostały wnioski w sprawie wiceministrów koalicyjnych, Urszuli Demkow i Marka Kosa. Trudno bronić tezy, że zdrowie ma dla rządu priorytet, skoro minister nie może dokonać podziału obowiązków w kierownictwie, i nawet jeśli zadania deleguje, trwa w stanie zawieszenia. Nie powinno to tak wyglądać, bo zdrowie to jeden z tych obszarów, który dosłownie krzyczy o porządki.
Nie tylko ze względu na bilans ostatnich ośmiu lat rządów PiS, ale może przede wszystkim dlatego, że stan zawieszenia w tym resorcie trwał od początku sierpnia, czyli bitych pięć miesięcy. Gdy do tego dodać co najmniej dwa miesiące, w których odwołany Adam Niedzielski zajmował się przede wszystkim swoją polityczną karierą i kampanią wyborczą – nieuzbrojonym okiem widać – na przykład w obszarze szczepień – skutki braku rządów, braku merytorycznych rozstrzygnięć. Następczyni ministra Niedzielskiego z ledwością administrowała, „dwutygodniowa” minister zdrowia – nawet nie tyle.
Największy znak zapytania. ABM. Dymisja i zawiadomienie do prokuratury w sprawie prezesa to dopiero początek „fajerwerków”, jakich można się spodziewać wokół Agencji Badań Medycznych. W minionym tygodniu przypomnieliśmy burzliwe początki jej powstawania. Historia zatacza koło i po pięciu latach ci, którzy wtedy wyrażali swoje wątpliwości i formułowali pytania o cele i powody powoływania dodatkowej agencji, domagali się wycofania decyzji o finansowaniu jej działalności z pieniędzy pochodzących ze składek zdrowotnych, przejrzystości procedur etc. – mogą rozliczać poprzedników i (przede wszystkim) ustawić ABM na właściwych torach. Bo – przynajmniej w tej chwili, gdy „sprzątanie” w instytucjach podległych w poprzednim rozdaniu ministrowi nauki wydaje się o wiele bardziej wymagającym zadaniem – trudno sobie wyobrazić decyzję o wchłonięciu ABM przez, na przykład, NCBiR. Choć, oczywiście, wszystko może się zdarzyć.
Kierując się jednak wskazówką, jakiej udzieliła Izabela Leszczyna (rząd Tuska nie wycofa metodologii N-2 z ustawy, bo wtedy opozycja grzmiałaby, że w jej czasach było 6 proc. PKB na zdrowie, a w tej chwili – mniej), likwidacja ABM jest mało prawdopodobna. Badania kliniczne w ostatnich pięciu latach przeżywają prawdziwy boom, zarówno niekomercyjne (to dla ich rozwoju w 2019 roku powstawała, głównie, ABM) jak i komercyjne. Proporcje ciągle są dalekie od celu, jakim jest wyrównanie poziomów z krajami Europy Zachodniej: niekomercyjne badania kliniczne w Polsce stanowią ok. 8 proc. całego rynku badań klinicznych, podczas gdy w krajach Europy Zachodniej jest to nawet 40 proc. Podczas konferencji ABM, jaka odbyła się na początku grudnia, tłumaczono, że choć w ciągu kilku lat liczba badań niekomercyjnych się potroiła, cały „tort” również urósł, bo Polska stała się atrakcyjnym krajem dla badań komercyjnych.
Przy okazji czwartkowego posiedzenia Komisji Zdrowia, które ma być poświęcone w całości tematowi ABM, pojawia się jeszcze jeden mały znak zapytania: czy Janusz Cieszyński (PiS) złoży, po raz trzeci, formalny wniosek o natychmiastowe przystąpienie do prac nad obywatelskim projektem nowelizacji ustawy o wynagrodzeniach w ochronie zdrowia? Smaczku dodaje fakt, że to właśnie Cieszyński w 2019 roku reprezentował rząd podczas prac nad ustawą o ABM (choć nie był, z całą pewnością, głównym adwersarzem ówczesnej opozycji, w tej roli godnie zastępowali go posłowie PiS, w tej kadencji zresztą nieobecni). Nie ma jednak wątpliwości, śledząc sejmowe wystąpienia Janusza Cieszyńskiego, że od konfrontacji uchylać się z pewnością nie będzie.