Młodzi absolwenci studiów pielęgniarskich nie chcą podejmować pracy w szpitalach. Jednym z powodów, jak tłumaczą przedstawiciele samorządu pielęgniarskiego, są zmiany w praktyce kształcenia. Dokładnie takie, jakie dotykają – czy za chwilę dotkną – studentów nowo otwartych kierunków lekarskich.
Przemawia Sebastian Goncerz, przewodniczący PR OZZL. Fot. Stach Leszczyński / PAP
W czwartek podczas konferencji „Wyzwania na rok 2024”, zorganizowanej przez redakcję „Pulsu Medycyny”, eksperci debatowali między innymi na temat problemów związanych z kadrami medycznymi. Tematu, który w tej chwili – obok poziomu finansowania – wydaje się najbardziej palącym punktem zapalnym systemu ochrony zdrowia.
Poszukiwano między innymi odpowiedzi na pytania o rzeczywiste zapotrzebowanie na kadry medyczne w systemie ochrony zdrowia i o to, czy reformy (zmiany) w systemie kształcenia na to zapotrzebowanie odpowiadają, a nawet – czy je uwzględniają.
Bo, jak mówił Sebastian Goncerz, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL, można mieć co do tego wątpliwość. – Trudno dokładnie wyliczyć liczbę lekarzy, jakiej potrzebuje czy będzie potrzebował system. Ale przed podejmowaniem jakichkolwiek decyzji, dotyczących zwiększania liczby miejsc na kierunkach lekarskich, powinny być wykonane takie analizy, a tego nie było – podkreślał.
Prof. Jerzy Stojko, prorektor ds. studiów i studentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, koncentrował się w swojej wypowiedzi na problemie jakości kształcenia i wykształcenia konkretnego absolwenta, zwracając uwagę na punkty krytyczne samego procesu – choćby na problemy z infrastrukturą i (przede wszystkim) kadrą dydaktyczną. – Jeśli chcemy mieć większą liczbę studiujących na kierunkach lekarskich, infrastrukturę trzeba nie tylko modernizować, ale i rozbudowywać – wskazywał. Kryzys, już w tej chwili, dotyka jednak – brak niespodzianki – kadr. – Odsetek młodych osób, które podejmują się prowadzenia dydaktyki, a następnie z tego rezygnują, jest bardzo duży. Kadra dydaktyczna się nam starzeje – wskazywał.
– Uczelnie nie są z gumy – mówili zgodnie i prof. Sojko, i przedstawiciel młodych lekarzy. Sebastian Goncerz zwrócił uwagę, że Ministerstwo Zdrowia musiało sobie zdawać sprawę z tego problemu, skoro zmieniło standardy kształcenia, wykreślając maksymalną liczebność grup klinicznych (do 5. roku, a na szóstym określając ją na 5 osób, ale z zaznaczeniem, że może to być w szczególnych okolicznościach 8 osób). – Podczas moich studiów na pierwszych latach grupa liczyła cztery, maksymalnie sześć osób. Na ostatnim roku grupy były dwuosobowe – przypomniał. Prof. Stojko podkreślił, że w tej chwili nie ma możliwości utrzymania tak niskiej liczebności grup, ale limit powinien wynosić 5-6 osób.
Goncerz tłumaczył też, dlaczego PR OZZL krytycznie odnosi się do zapewnień uczelni (a także części decydentów i ekspertów), że można kształcić przyszłych lekarzy nie posiadając na przykład prosektorium czy bazy klinicznej. – Obawiamy się po prostu, że takie cenne dodatki, narzędzia, które powinny służyć wzbogaceniu procesu kształcenia, jak wirtualne prosektoria czy centra symulacji, dla części uczelni staną się podstawą procesu nauczania – powiedział.
A konsekwencje tego mogą być nie tylko indywidualne (nieoptymalnie wykształcony absolwent), ale wręcz systemowe. Anna Janik, wiceprezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, zwróciła uwagę, że absolwenci pielęgniarstwa, jeśli decydują się podjąć pracę w ochronie zdrowia, najczęściej wybierają poradnie, opiekę ambulatoryjną. – Potrzebujemy pielęgniarek w POZ, w opiece długoterminowej, ale przede wszystkim potrzebujemy ich w szpitalach. Tymczasem młodzi ludzie, kobiety i mężczyźni, nie chcą tam pracować – mówiła. Powód? – Nie wchodzimy na praktyki do oddziałów szpitalnych. Kształcimy na pielęgniarstwie w centrach symulacji – stwierdziła. W efekcie absolwenci, którzy nie mieli na studiach kontaktu z pacjentami, nie mieli okazji poznać szpitali, boją się takiej pracy, zwłaszcza że już podczas studiów wiele słyszą o samodzielności zawodu i wiążącej się z nią odpowiedzialności.
Wiceprezes pielęgniarskiego samorządu przyznała, że na kierunkach pielęgniarskich kształci się coraz więcej osób, ale przestrzegała przed hurraoptymizmem. Duża część studentów to już osoby, które w systemie ochrony zdrowia pracują, wykonując inny zawód medyczny. – Mamy ratowników medycznych, dietetyków, którzy w systemie są całkowicie niewykorzystani. Mamy, co zdumiewające, również farmaceutów – stwierdziła.
Ten fakt potwierdziła Elżbieta Piotrowska-Rutkowska, prezes Naczelnej Rady Aptekarskiej. – Liczba chętnych do studiowania farmacji maleje, a farmaceuci odchodzą z zawodu. Podejmują pracę poza systemem ochrony zdrowia, ale też decydują się np. na studiowanie pielęgniarstwa czy kierunku lekarskiego – przyznała. Jednym z powodów jest fakt, że ciągle brakuje dla nich ścieżki rozwoju zawodowego, a próby rozszerzania ich kompetencji w systemie ochrony zdrowia (opieka farmaceutyczna jako taka lub jej poszczególne segmenty, jak szczepienia czy wprowadzony w ostatnich latach przegląd lekowy) grzęzną w ślepych uliczkach. – Ustawa określa możliwości wprowadzenia opieki farmaceutycznej, brakuje wdrożenia, by system mógł wykorzystać w pełni umiejętności i kwalifikacje farmaceutów. I oczywiście zapewnić finansowanie tego zadania ze środków publicznych – tłumaczyła.