Można sobie wyobrazić, że pieniądze na przesuwanie świadczeń do AOS będą pochodzić z uszczuplenia puli, jaką NFZ przekazuje szpitalom. To jest wykonalne, tyle tylko że ryzykowne – i patrząc z punktu widzenia bezpieczeństwa pacjenta, stabilności, i... notowań politycznych.
Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. twitter.com/MZ_GOV_PL
- Dopiero po odwróceniu piramidy świadczeń i przesunięciu dużej części z nich do AOS można byłoby, według zapowiedzi MZ, podjąć decyzję o zdjęciu limitów na świadczenia szpitalne
- Złote okno, jakim była pewna nadwyżka środków w NFZ – wydrenowana w 2023 r. – zamyka się i prędko się nie otworzy
- Zmiany w wycenach świadczeń, które mogą być wykonywane w AOS (zamiast w szpitalach), powinny być nie tylko zauważalne, ale – radykalne
- Nie chodzi o to, by „było mniej pacjentów w szpitalach”, by szpitale stały puste (a już dziś w dużej części nie są wcale ani pełne, ani optymalnie wykorzystywane), tylko żeby szpitali było mniej, po prostu
Zniesiemy limity na świadczenia szpitalne – obiecywała podczas kampanii Koalicja Obywatelska. Ze strony polityków padały zapewnienia, że szpitale mogłyby wykonywać o jedną trzecią świadczeń więcej, gdyby nie ograniczenia narzucane przez NFZ.
Jak to pogodzić z faktem, że 2023 rok po raz kolejny Fundusz zamknie najprawdopodobniej sporymi niedowykonaniami? Wielu ekspertów zwracało również uwagę, że mnożenie świadczeń szpitalnych jest drogą donikąd. Przeciwnie – ich liczba powinna się zmniejszać na korzyść AOS. To część operacji „odwracanie piramidy świadczeń”, o której słyszymy od lat – i która od lat pozostaje w sferze deklaracji.
Coś się zmieni? W poniedziałek minister zdrowia Izabela Leszczyna, goszcząc w programie WP Tłit wyjaśniła, nad jaką koncepcją pracuje w tej chwili resort zdrowia. – Na całym świecie jest tak, że najwięcej pacjentów mamy w przychodniach POZ. Na samym końcu powinien być szpital, tam powinny trafiać cięższe przypadki. Staramy się przez wycenę świadczeń odwracać tę piramidę. Na pewno już w tym roku będę chciała odejść od limitów w opiece hospicyjnej – mówiła minister. Dopiero po odwróceniu piramidy i przesunięciu dużej części świadczeń do AOS można byłoby, według zapowiedzi minister Leszczyny, podjąć decyzję o zdjęciu limitów na świadczenia szpitalne.
To dobry trop. Są jednak spore znaki zapytania. Po pierwsze, widać wyraźnie, że składanie miło dla ucha brzmiących obietnic w kampanii wyborczej, z których trzeba się wycofywać rakiem, jest drogą donikąd – i Koalicja Obywatelska (rząd Donalda Tuska) będzie w najbliższych miesiącach płacić polityczną cenę w postaci przywoływania obietnicy „zniesienia limitów na leczenie szpitalne”. Przeciwnicy polityczni dostali cenny prezent.
Oczywiście, rząd może się bronić, wskazując, że z obietnicy się nie wycofał, tylko odłożył ją w czasie do momentu zracjonalizowania struktury świadczeń zdrowotnych. Tyle że tu pojawia się kolejny znak zapytania – jakie będą koszty tej racjonalizacji. W ostatnim roku wiele razy na portalu MP.PL rozmawialiśmy z ekspertami, którzy wskazywali, że złote okno, jakim była pewna nadwyżka środków w NFZ – wydrenowana w 2023 roku – zamyka się i prędko się nie otworzy. Bo zmiany w wycenach świadczeń, które mogą być wykonywane w AOS (zamiast w szpitalach), powinny być nie tylko zauważalne, ale – radykalne. Mówiąc wprost, powinny sięgnąć (niemal) wycen świadczeń szpitalnych, oczywiście z pewną korektą dotyczącą dużo niższych kosztów ich udzielania. Takie „podwójne finansowanie” pozwala podjąć zarządzającym szpitalami decyzję o przesunięciu części świadczeń do wykonywania w poradniach, a pacjentom zapewnia bezpieczeństwo (świadczenia mogą cały czas być wykonywane w szpitalach tam, gdzie takie decyzje nie mogą być podjęte lub z różnych względów są podejmowane z opóźnieniem). Na taki krok kilka lat temu zdecydowała się Dania, prowadząc zakrojoną na szeroką skalę reformę swojego systemu ochrony zdrowia, której jednym z elementów była radykalna redukcja liczby szpitali. Jednak operacja ta wymaga zabezpieczenia finansowego, czyli tego, czego polskiemu systemowi ochrony zdrowia brakuje najbardziej.
Można sobie oczywiście wyobrazić, że pieniądze na przesuwanie świadczeń do AOS będą pochodzić z uszczuplenia puli, jaką NFZ przekazuje szpitalom. To jest wykonalne, tyle tylko że ryzykowne – i patrząc z punktu widzenia bezpieczeństwa pacjenta, stabilności systemu, i... notowań politycznych. Szpitale, zdecydowana ich większość, nie mają marginesu bezpieczeństwa finansowego, kontrakty – w optymistycznej wersji – z ledwością pokrywają koszty (albo ich nie pokrywają). Racjonalizacja struktury udzielania świadczeń bez poduszki finansowej to operacja bardzo wysokiego ryzyka, a mamy przed sobą dwa lata wyborcze. Kto takie ryzyko podejmie, jeśli w dodatku wiadomo, że efekty – pozytywne – jeśli się pojawią, to z opóźnieniem?
Nie jest też pewne, czy politycy zdają sobie sprawę, jak gorzką pigułkę (nawet jeśli bardzo skuteczną i taką, bez której szans na wyzdrowienie nie ma) zaserwują systemowi ochrony zdrowia. – Trzeba spowodować wycenami świadczeń dobrą organizację tego systemu, aby sprawić, że lekarze – zamiast w szpitalach – więcej pacjentów będą leczyli w ambulatoryjnych ośrodkach specjalistycznych. Wtedy lekarz nie musi być 24 godziny na dyżurze, skoro będzie mniej pacjentów w szpitalach – tłumaczyła minister Leszczyna w programie. Tyle że wcale przecież nie chodzi o to, by „było mniej pacjentów w szpitalach”, by szpitale stały puste (a już dziś w dużej części nie są wcale ani pełne, ani optymalnie wykorzystywane), tylko żeby szpitali było mniej, po prostu. Dopiero wtedy uwolnione zostaną specjalistyczne kadry, absorbowane w tej chwili – ponad miarę – na dyżurach, dopiero wtedy pieniądze będą mogły być w systemie wydawane w sposób bardziej racjonalny.