Przyszli lekarze mogą być kształceni tylko w tych uczelniach, które zagwarantują wysoką jakość – mówią jednym głosem przedstawiciele samorządu lekarskiego, KRAUM, organizacji pracodawców i Ministerstwo Zdrowia. Pojawiają się nowe pomysły, jak uporać się z niechcianym „spadkiem” po poprzednikach.
Fot. twitter.com/MZ_GOV_PL
Jakość kształcenia, a konkretnie – problem szkół wyższych, które otrzymały w ostatnich dwóch, trzech latach zgodę ministra edukacji i nauki na otwarcie kierunków lekarskich – był jednym z tematów przewodnich dyskusji podczas konferencji „Priorytety w Ochronie Zdrowia 2024”, jaka odbyła się w środę w Warszawie.
Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej podkreślał wysiłki samorządu na rzecz zatrzymania pędu do uruchamiania kierunków lekarskich we wszystkich szkołach wyższych, które tylko wyraziły chęć kształcenia przyszłych lekarzy. Mówił m.in. o odwoływaniu się do Komisji Europejskiej i jednolitych standardów unijnych kształcenia przeddyplomowego lekarzy, o pomyśle weryfikowania przez izby umiejętności absolwentów uczelni, działających bez pozytywnej oceny Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Wskazywał, jak reagowali przedstawiciele rządu: – Gdy proponowaliśmy, by to opiekun stażu oceniał cyklicznie, jak przygotowani do zawodu są absolwenci nowych kierunków, Ministerstwo Zdrowia szybko poinformowało, że przygotowuje się do likwidacji stażu – przypominał.
Szef lekarskiego samorządu zaznaczył przy tym, że izby zdają sobie sprawę z potrzeb zdrowotnych – choćby z tego, że choć wskaźnik liczby lekarzy w przeliczeniu na populację Polska ma już niemal na poziomie unijnej średniej, to społeczeństwo polskie jest w dużo gorszej kondycji zdrowotnej, więc wymaga więcej opieki. – Pytanie, czy na pewno potrzebuje opieki najdroższych pracowników systemu ochrony zdrowia, jakimi są lekarze. Być może lepszym pomysłem byłoby zwiększanie liczby innych profesjonalistów medycznych, w tym asystentów lekarzy różnych specjalizacji – podpowiadał. I właśnie kształceniem asystentów lekarzy mogłyby się zająć między innymi uczelnie, które nie przejdą pozytywnej weryfikacji jakości kształcenia na kierunkach lekarskich.
Prof. Marcin Gruchała, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i rektor KRAUM, nie ukrywał, że decyzje poprzedniego rządu dotyczące liberalizacji wymogów stawianych uczelniom, które mogą kształcić lekarzy, akademickie uczelnie medyczne oceniały źle i przeciw tym decyzjom protestowały. – Bardzo nas niepokoiło powstawanie nowych kierunków, zwłaszcza w miejscach, które w żadnej mierze nie dawały gwarancji sukcesu – mówił, wskazując na szkoły wyższe, wcześniej niemające żadnego doświadczenia w kształceniu na kierunkach medycznych. Wyrazem tego niepokoju było zorganizowanie ogólnopolskiej konferencji poświęconej jakości kształcenia (wiosną 2023 roku), a następnie przedstawienie rekomendacji KRAUM. Przedstawiciele środowiska mocno zaangażowali się również w przygotowanie ministerialnych standardów kształcenia na kierunkach lekarskich. – Te standardy bez wątpienia wpływają na jakość – mówił prof. Gruchała, pozytywnie oceniając przede wszystkim położenie nacisku na upraktycznienie kształcenia lekarzy czy komunikację – zarówno z pacjentem, jak i pozostałymi członkami zespołu terapeutycznego. – Część szkół, o których rozmawiamy, ma szansę stworzyć dobre kierunki lekarskie, kształcące na wymaganym poziomie. Na pewno nie wszystkie należy zamknąć – podkreślał, podtrzymując jednocześnie deklarację KRAUM, że uczelnie akademickie są w stanie przyjąć studentów tych kierunków, które zamknięte zostaną.
– Dobrze i źle wykształcony lekarz to nie jest to samo dobro – stwierdziła wiceminister zdrowia Urszula Demkow. Przyznała, że resort zdrowia z uwagą patrzy na sytuację kadrową i widzi z jednej strony wskaźniki, że wcale nie jest w Polsce dramatycznie źle z liczbą lekarzy, z drugiej jednak – że mamy potężną lukę pokoleniową i kilka istotnych problemów, jak na przykład nierównomierne rozmieszczenie lekarzy i ich koncentracja w kilku dużych ośrodkach oraz duży rozrzut w popularności poszczególnych specjalizacji. – Są takie, jak na przykład kardiologia, gdzie widzimy, że specjalistów nie zabraknie. Biorąc pod uwagę tych, którzy odbywają szkolenie podyplomowe, nawet zwiększone potrzeby zdrowotne, wynikające ze starzenia się społeczeństwa, będą zabezpieczone.
Urszula Demkow zgodziła się z prezesem NRL, że odpowiedzią na wyzwania zdrowotne i potrzeby systemu (oraz pacjentów) mogą i powinny być rozbudowane zespoły terapeutyczne, niekoniecznie zaś zwiększanie w sposób gwałtowny liczby samych lekarzy. Wspomniała na przykład o dążeniu do samodzielności przez pielęgniarki. Również asystenci lekarza mogliby, zdaniem Urszuli Demkow, odciążyć lekarzy z części obowiązków. Co ze szkołami? Wiceminister mówiła o „zamknięciu ustawy” (czyli, jak wynikało z kontekstu, o nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym, która wycofałaby – częściowo lub kompletnie – liberalizację wymogów do stanu sprzed jesieni 2020 roku, kiedy to rząd PiS zaczął realizować politykę masowego zwiększania liczby miejsc na kierunkach lekarskich). – To, co zostało otwarte, trudno będzie zamknąć – przyznała.
Z tezą, że jakość jest kluczowa i nie można jej poświęcać na rzecz liczby lekarzy, zgodzili się też biorący udział w dyskusji przedstawiciele organizacji pracodawców, a więc środowiska, z którego w poprzednich latach wychodziły w tej sprawie sprzeczne sygnały, by przywołać tylko wypowiedź Anny Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED, która latem ubiegłego roku stwierdziła, że „woli lekarza niedouczonego, niż żadnego”. Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych, podkreślał, że szpitale – w tym szpitale powiatowe – potrzebują lekarzy, ale muszą być oni bardzo dobrze wykształceni, bo źle wykształcony lekarz stwarza zagrożenie przede wszystkim dla pacjenta, ale też dla placówki, która go zatrudnia. W jego ocenie wiele problemów z brakami kadrowymi, gnębiącymi placówki powiatowe, można byłoby rozwiązać, reformując na przykład obszar specjalizacji. – Mamy dziewięćdziesiąt specjalizacji. O połowę, przynajmniej, za dużo – mówił, wskazując, że przez zawężenie specjalizacji bardzo trudno jest w tej chwili na przykład pozyskać do pracy w szpitalu choćby tak kluczowych specjalistów jak interniści. Stabilizacji wymaga też plan zmian w ochronie zdrowia, bo młodzi adepci, zastanawiając się, jaką ścieżką pójść, nie mają pewności, czy wybrana przez nich specjalizacja za kilka, za dziesięć lat, nie będzie „zbędna” czy „mało ważna”.
– Gdy ówczesny minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiadał lawinowe zwiększanie liczby miejsc na kierunkach lekarskich, mówiłem, że „lawina” to bardzo niebezpieczne zjawisko, a jej uruchomienie zwykle przynosi groźne skutki – stwierdził prof. Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali.
Część tych skutków obserwujemy już dziś: w Polsce możliwość studiowania na kierunku lekarskim online reklamują uczelnie z Ukrainy, a jeśli ktoś nie chce studiować online, może wybrać studia stacjonarne – w Ukrainie lub Gruzji. Zgodnie z ofertą, uzyskanego w ten sposób dyplomu nie trzeba nostryfikować, a firmy prowadzące rekrutację zapewniają, że honorowane są również specjalizacje uzyskane w krajach leżących za naszą wschodnią granicą.