W sprawach światopoglądowych nie ma dyscypliny partyjnej ani koalicyjnych uzgodnień, więc jeśli rzeczywiście dojdzie – na najbliższym posiedzeniu, albo w niedalekiej przyszłości – do głosowań w sprawie złożonych przez kluby projektów aborcyjnych, możliwe będą zaskakujące rozstrzygnięcia.
Izbaela Leszczyna. Fot. twitter.com/MZ_GOV_PL
Największy brak zaskoczenia. Co Polacy sądzą o sprawach światopoglądowych? Centrum Badawczo-Rozwojowe Biostat przeprowadziło pod koniec lutego na reprezentatywnej próbie 1000 Polaków sondaż dotyczący stanowiska w kwestiach, m.in. aborcji i antykoncepcji, w tym – antykoncepcji awaryjnej. Wyniki? To, co można powiedzieć na pewno: powinny dać do myślenia politykom.
Dwie trzecie Polaków chce dostępności tabletki „dzień po” bez recepty. To, co dzieli, to wiek dostępności. Co czwarty badany uważa, że ten środek powinien być dostępny bez recepty od lat 18, co piąty, że tabletka powinna być dostępna bez ograniczeń, a 18 proc. – że od 15. roku życia. 10 proc. opowiada się za całkowitym zakazem sprzedaży pigułki, zaś pozostali uważają, że powinien on być dostępny na receptę dla kobiet pełnoletnich (17 proc.) lub powyżej 15 roku życia (8 proc.).
Z politycznego punktu patrząc ważne jest, jak rozkładają się odpowiedzi w elektoratach poszczególnych ugrupowań (pytano o poparcie dla komitetów wyborczych w październiku 2023). Blisko co czwarty wyborca PiS chciałby zakazu sprzedaży antykoncepcji awaryjnej, zaś co trzeci uważa, że ten środek powinien być dostępny tylko dla osób pełnoletnich na receptę (jedno i drugie stanowisko oznaczałoby zaostrzenie przepisów wobec stanu obecnego). Blisko 60 proc. wyborców KO (łącznie) uważa, że tabletka powinna być dostępna bez recepty od 15. roku życia lub bez ograniczeń, ale co czwarty wyborca ugrupowania Donalda Tuska chciałby ustawienia granicy dostępności bez recepty na 18. rż., takie samo zdanie ma 30 proc. wyborców Trzeciej Drogi. Wyraźnie więcej zwolenników dostępności bez żadnych ograniczeń jest w elektoracie Nowej Lewicy (38 proc.). Wyborcy Konfederacji najczęściej wskazywali opcję dostępu jedynie na receptę dla kobiet w wieku powyżej 18 lat (31 proc.) oraz dostępu bez recepty, ale dla kobiet w wieku powyżej 18 lat (30 proc.). Warto zauważyć, że w tym elektoracie odsetek zwolenników całkowitego zakazu sprzedaży jest dwukrotnie niższy niż w PiS (11 proc.).
Bardziej zróżnicowane są poglądy na temat szeroko rozumianej antykoncepcji. Czterech na dziesięciu Polaków uważa, że jej stosowanie jest (powinno być) osobistym wyborem (co można rozumieć jako utrzymanie status quo, gdy za większość środków trzeba płacić 100 proc. ceny), zaś co trzeci – że antykoncepcja powinna być powszechnie dostępna i refundowana. 15 proc. Polaków uważa, że antykoncepcja jest nieetyczna, choć jedynie 5 proc. chciałoby – z tego powodu – jej zakazu (10 proc. twierdzi, że nie stosuje z przyczyn etycznych, ale nie domagają się zakazu dla innych). 10 proc. deklaruje obojętność wobec tego tematu.
A jak to wygląda w elektoratach poszczególnych ugrupowań? Wyborcy PiS 2,5 razy częściej niż ogół badanych chcieliby zakazania antykoncepcji, zaś kolejnych blisko 20 proc. deklaruje, że z przyczyn etycznych nie stosuje środków antykoncepcyjnych, choć zakazu się nie domaga. Tego, by antykoncepcja była powszechnie dostępna i refundowana, chciałby co drugi wyborca Nowej Lewicy i KO oraz tylko nieco więcej niż co czwarty wyborca Trzeciej Drogi. Najmniej zwolenników szerokiej refundacji środków antykoncepcyjnych jest wśród wyborców PiS i Konferederacji (ok. 13 proc.), ale wyborcy Konfederacji dwukrotnie rzadziej niż wyborcy PiS chcieliby zakazu sprzedaży środków antykoncepcyjnych.
W kwestii aborcji panuje pozornie większa zgoda: 90 proc. badanych dopuszcza jej stosowanie, mniej niż 10 proc. chciałoby jej całkowitego zakazu. Niemal 47 proc. Polaków opowiada się za tym, by aborcja była dostępna na żądanie do 12. tygodnia ciąży (ewentualnie po konsultacji z psychologiem), 44 proc. uważa, że powinna być dostępna w niektórych przypadkach (np. gdy ciąża pochodzi z przestępstwa, zagraża życiu i zdrowiu kobiety.
Największa zgoda panuje w elektoratach KO i Nowej Lewicy, gdzie praktycznie nie ma zwolenników zakazu. Czterech na pięciu wyborców Lewicy chciałoby dostępności aborcji na żądanie, jedna czwarta opowiada się za tym, by była dostępna w niektórych przypadkach. W KO mniej jest zwolenników pełnej liberalizacji (dwie trzecie), więcej (jedna trzecia) opowiada się za ograniczoną dostępnością aborcji. Jeśli chodzi o Trzecią Drogę, całkowitego zakazu chciałoby 6 proc. wyborców, natomiast dwie opcje dostępności mają niemal tyle samo zwolenników: 45 proc. wyborców opowiada się za liberalizacją dostępu do przerywania ciąży, 48 proc. uważa, że powinny być one legalne tylko w określonych sytuacjach. Elektoraty ugrupowań uważających się za konserwatywne światopoglądowo są dużo bardziej zróżnicowane. Co czwarty wyborca PiS chciałby całkowitego zakazu aborcji, nieco więcej niż co piąty – pełnej liberalizacji. Większość (53 proc.) opowiada się za legalną aborcją w niektórych przypadkach. Wyborcy Konfederacji wyraźnie rzadziej niż wyborcy PiS (14 proc.) chcieliby całkowitego zakazu. Dwie trzecie z nich popiera dostępność do przerywania ciąży w określonych sytuacjach, mniej niż co piąty – aborcję na żądanie do 12 tygodnia ciąży.
Największy znak zapytania. Polityczne barykady. – Aborcja nie podzieli koalicji – zapewnia lider Nowej Lewicy, Włodzimierz Czarzasty. Jednak nie ma żadnej wątpliwości, że sprawy światopoglądowe będą poważnym stresstestem dla rządzącej większości. Dużo tu jednak zależy również od opozycji. Można sobie bowiem śmiało wyobrazić scenariusz, w którym PiS zarządza dyscyplinę w głosowaniu, by wesprzeć projekt Trzeciej Drogi dotyczący przywrócenia przepisów dotyczących aborcji do stanu sprzed października 2020 roku, czyli orzeczenia TK Julii Przyłębskiej. Patrząc racjonalnie, oczywiście szans na to nie powinno być żadnych: PiS zapowiadało nie raz, że w sprawach światopoglądowych dyscypliny nie będzie zarządzać, to raz. Dwa, to przecież właśnie posłowie tego ugrupowania (oraz Konfederacji) stali za wnioskiem do TK, duża część z nich musiałaby jawnie głosować wbrew sobie. Ale to polityka, a w polityce możliwe jest wszystko, na pewno w polskiej polityce. Paryż jest wart mszy – stwierdził Henryk IV przed wstąpieniem na tron francuski. Nie ma takiej ceny, jakiej nie zapłaciłby w tej chwili prezes PiS, żeby jego partia wróciła do gry.
Ale politycznych potyczek w tym obszarze jest więcej, a rozpoczynający się tydzień być może przyniesie choćby wstępne rozstrzygnięcia. Dla Koalicji Obywatelskiej i Lewicy niewątpliwym wyzwaniem będzie projekt ustawy Trzeciej Drogi, który przewiduje szeroką refundację środków antykoncepcyjnych – minister zdrowia Izabela Leszczyna w minionym tygodniu komentowała, że popiera to rozwiązanie, natomiast nie jest przesądzone, że znajdą się na nie pieniądze. Takie podejście, patrząc choćby na rozkład opinii w elektoratach KO i Lewicy, wydaje się politycznie ryzykowne. Ryzykuje też nieco Trzecia Droga (bo wyraźnie widać, że refundacja antykoncepcji nie jest dla wyborców priorytetem), ale o wiele mniej niż Koalicja Obywatelska.
Na kilka pytań powinni też odpowiedzieć (sobie) liderzy Konfederacji, której elektorat – zapewne z racji wieku – jest zdecydowanie bardziej progresywny, niż wynikałoby to z demonstrowanych w parlamencie poglądów posłów. Czy wyciągną oni jakieś wnioski, czy też uznają, że ich wyborcy przecież nie mają dokąd pójść?
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Dużo wcześniej, niż można było założyć, media zaczęły spekulować o możliwej, rychłej rekonstrukcji rządu. Co prawda jeszcze zanim rząd Donalda Tuska powstał, było wiadomo, że część ministrów jest w nim tylko „na chwilę”, czyli w praktyce do wyborów do Parlamentu Europejskiego, niemniej jednak pojawienie się na stole przed upływem stu dni rządu krótkiej listy kandydatów do wymiany daje do myślenia. Na liście nie ma minister zdrowia, co nie zaskakuje, bo Izabela Leszczyna z punktu widzenia premiera Donalda Tuska sprawuje się na tym stanowisku bez zarzutu.
Największy wyzwanie. Przyszłość szpitali. – Nie będziemy likwidować szpitali, a przekształcimy je, by się nie zadłużały, by były rentowne. Chcemy, żeby sieć szpitali odpowiadała mapie potrzeb mieszkańców – zapewniała w minionym tygodniu minister zdrowia Izabela Leszczyna. Restrukturyzacja nie tylko szpitali w skali mikro, ale całego szpitalnictwa jako segmentu systemu ochrony zdrowia jest jednym z kamieni milowych wpisanych przez rząd Zjednoczonej Prawicy do KPO, minister zapowiada więc, że będzie przekonywać Komisję Europejską, że Polska nie musi szpitali likwidować, by uzdrowić system i uczynić go, również pod względem ekonomicznym, bardziej odpornym na wstrząsy. Gdzieś w tle majaczy wizja powiatowych centrów zdrowia, ale czy przed wyborami samorządowymi ktoś odważy się powiedzieć, co ona dokładnie oznacza dla (niektórych) powiatów? Zapowiedzi minister Leszczyny brzmią mile dla ucha, bo nielikwidowanie zawsze jest bardziej akceptowalne niż likwidowanie, ale clou informacji, co pozostanie po przekształceniu, jaki produkt, jaka instytucja – pozostaje w sferze domysłów. I wiele wskazuje, że na konkrety przyjdzie jeszcze poczekać. A czy będzie wokół nich polityczna zgoda, czas pokaże.