Za kadry i kształcenie nie odpowiada już Urszula Demkow, tylko Marek Kos. Minister zdrowia Izabela Leszczyna po raz kolejny zmieniła zarządzenie w sprawie podziału obowiązków, ale teraz nie chodzi wcale o porządkowanie i racjonalizację podziału zadań, a najwyraźniej – o utratę zaufania.
Urszula Demkow. Fot. Marcin Kmieciński / PAP
6 marca minister podpisała zarządzenie kompetencyjne, odbierając Urszuli Demkow nadzór nad Departamentem Kadr Medycznych (kilka dni temu minister odwołała jego dyrektorkę, Małgorzatę Zadorożną) oraz wszystkimi instytucjami, które ta nadzorowała (m.in. uczelniami medycznymi i Centrum Egzaminów Medycznych w Łodzi). Obszar kadr medycznych i kształcenia został oddany w ręce wiceministra Marka Kosa. To przesunięcie, można powiedzieć, wewnętrzne – Demkow i Kos są desygnowani przez Trzecią Drogę, ale Demkow przez Polskę2050, a Kos – PSL. Nie ma więc mowy o uszczuplaniu zakresu kompetencji koalicjanta. Prawdopodobnie dlatego zostały one oddane całym „blokiem”, być może tymczasowo.
Po dwóch miesiącach funkcjonowania resortu zdrowia widać wyraźnie, że – tak jak przewidywaliśmy, gdy podpisywana była umowa koalicyjna i decydowano, że w kierownictwach resortów będą reprezentowani wszyscy koalicjanci – polityczna układanka jest dysfunkcjonalna. Być może są ministerstwa, w których się ona sprawdza, ale w Ministerstwie Zdrowia – nie, co potwierdza ciągle nieproporcjonalny rozkład kompetencji między minister Leszczyną a jej współpracownikami, a także decyzje personalne zapadające na nieco niższym szczeblu.
Przykładem może być choćby stworzenie stanowiska pełnomocnika ministra zdrowia do spraw profilaktyki zdrowotnej i współpracy międzyresortowej w tym zakresie, które objął były asystent i dyrektor biura poselskiego Izabeli Leszczyny, jeden z jej najbliższych współpracowników. Z informacji, jakie uzyskaliśmy od rzecznika prasowego MZ, nie wynika, by miał jakiekolwiek przygotowanie do zajmowania się profilaktyką zdrowotną, natomiast cieszy się zaufaniem szefowej resortu zdrowia. Zaufanie lub jego brak czy niedostatek w sytuacji, gdy zamiast autorskiej drużyny trzeba pracować z desygnowanymi przez koalicjantów politykami, jest czynnikiem kluczowym.
Izabela Leszczyna nie zostawiła Urszuli Demkow jej dawnych kompetencji, natomiast wydzieliła z Departamentu Lecznictwa obszar chorób rzadkich, za które od 6 marca oficjalnie odpowiada Urszula Demkow (już wcześniej wypowiadała się w tych sprawach, reprezentując ministerstwo, na przykład podczas konferencji towarzyszących Światowemu Dniu Chorób Rzadkich).
Skąd te nagłe decyzje? Bezpośrednim powodem jest niewątpliwa kompromitacja Ministerstwa Zdrowia związana z obsadą stanowiska konsultanta krajowego w dziedzinie psychoterapii, a konkretnie trwająca dwa dni „kadencja” prof. Wiesława Cubały, który zastąpił pod koniec lutego powołaną w grudniu Renatę Mizerską. Cała operacja odbyła się bez wiedzy, jak oficjalnie poinformowało MZ, Izabeli Leszczyny. Miała to być kropka nad „i” przy odwołaniu ze stanowiska Małgorzaty Zadorożnej (w jej przypadku główne zarzuty dotyczyły jednak obszaru kształcenia i roli, jaką odgrywała w realizowaniu polityki poprzedników), ale było jasne, że na tym się nie skończy.
Jednoczesne odebranie całego zakresu dotychczasowych kompetencji może świadczyć jednak o tym, że nie chodzi tylko o jednostkową decyzję, a o brak „chemii” czy też po prostu zaufania między polityczkami. Lub nawet o coś większego. Urszula Demkow w ciągu dwóch miesięcy kilka razy mocno – bodaj najmocniej z całego kierownictwa resortu – wypowiadała się w sprawie nowych kierunków lekarskich, otwartych w ciągu ostatnich dwóch lat. Mówiła o konieczności weryfikacji jakości, punktowała obniżanie przez nowe uczelnie wymagań wobec studentów, sugerowała wręcz konieczność przywrócenia w ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym obowiązujących do 2020 roku kryteriów, jakie muszą spełniać uczelnie, by móc myśleć o prowadzeniu studiów na kierunku lekarskim.
Można się zastanawiać, na ile to stanowisko było spójne nie tyle z oficjalnymi deklaracjami, płynącymi z resortów zdrowia i nauki, co z decyzjami, jakie są planowane i będą wdrażane. Bo lekarze – obserwujący z uwagą zapowiadaną weryfikację szkół, które otrzymały od poprzedniej ekipy zgody na kształcenie przyszłych lekarzy mimo negatywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej – zwracają uwagę, że weryfikacja może wcale nie zakończyć się decyzjami o zamknięciu nawet części kierunków lekarskich. Że obecnemu rządowi, być może, będzie zależeć na ich utrzymaniu, lub symbolicznym zamknięciu tylko jednego, dwóch kierunków, mimo że akademickie uczelnie medyczne zadeklarowały gotowość przyjęcia wręcz wszystkich studentów ze szkół, które funkcjonują bez pozytywnej opinii PKA.
Trudno mówić o zaskoczeniu – większość wystąpień polityków obecnej koalicji rządzącej na temat problemu jakości kształcenia na nowych kierunkach lekarskich zawiera w sobie zapewnienia, że nikt nie myśli o „hurtowym zamykaniu”. Ale brak „hurtowego zamykania” środowisko lekarskie, a w każdym razie jego część zaangażowana w obronę jakości kształcenia, rozumie jako zamknięcie wszystkich, które nie spełniają norm jakości, zaś politycy mogą to rozumieć jako zamknięcie tych, które nie spełniają norm, nie są w stanie spełnić ich z wydatną pomocą (od rządu, samorządu, uczelni zrzeszonych w KRAUM etc.) i nie zadeklarują, że będą w stanie to zrobić w dającej się przewidzieć przyszłości. W pierwszym przypadku do zamknięcia byłoby co najmniej kilka z kilkunastu szkół, w drugim – być może żadna. W piątek na ten właśnie temat Naczelna Rada Lekarska zamierza rozmawiać z ministrem nauki Dariuszem Wieczorkiem, który przyjął zaproszenie izby.