Brak określenia maksymalnych stawek wynagrodzeń powoduje, że dyrektorzy szpitali uprawiają kanibalizm płacowy – uważa Dorota Gałczyńska-Zych, dyrektorka Szpitala Bielańskiego im. ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie.
Dorota Gałczyńska-Zych. Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl
- Regulacja, która weszła w życie kilka lat temu, od 2022 r. przysparza wielu dyrektorom szpitali potężnych problemów. Co ciekawe, nie wszystkim
- Prezes NFZ podkreślał, że sam wzrost wynagrodzeń jest pożądany i pozytywny. Zwrócił jednak uwagę, że kluczowe jest tempo, w jakim płace rosną
- Im bardziej i szybciej windujemy wynagrodzenia, które są przecież finansowane z tych samych pieniędzy, które przeznaczamy na poprawę dostępności świadczeń, tym mniej świadczeń możemy kupić – stwierdził
Gdyby maksymalne stawki zostały określone, tłumaczyła dyrektor Gałczyńska-Zych, dyrektor mógłby rzeczywiście decydować o zarobkach pracowników na poszczególnych stanowiskach. – Dzisiaj stosujemy wobec siebie kanibalizm płacowy, dlatego że proponujemy coraz większe stawki tylko po to, aby zabezpieczyć świadczenia medyczne. Można było nałożyć kaganiec na dyrektorów, bo ja reprezentuję tę grupę, która podlega kominówce, to rozciągnijmy rozwiązanie to na wszystkich pracowników w ochronie zdrowia, nareszcie wtedy będziemy mogli zarządzać – postulowała.
To najostrzejszy głos, jaki wybrzmiał przeciw ustawie o minimalnych wynagrodzeniach – również w kontekście procedowanej w Sejmie nowelizacji, której projekt przygotowało środowisko pielęgniarskie. Ale Dorota Gałczyńska-Zych nie krytykowała projektu obywatelskiego, a regulację, która weszła w życie kilka lat temu, a od 2022 roku przysparza wielu dyrektorom szpitali potężnych problemów. Co ciekawe, nie wszystkim. Podczas sesji „dyrektorskiej” IX Kongresu Wyzwań Zdrowotnych w Katowicach nie zabrakło wypowiedzi neutralnych lub wręcz zadowolonych z regulacji.
– Dla mnie, dyrektora, ważne jest wykonanie ustawy. Muszę przygotować pieniądze. Jestem w komfortowej sytuacji jako szpital powiatowy. Mam 22 oddziały i duże środki finansowe, więc mogę sobie pozwolić na dystrybucję pieniędzy zgodnie z wytycznymi – podkreślił Jerzy Szafranowicz, dyrektor Zespołu Szpitali Miejskich w Chorzowie. Jak mówił, jedynym dylematem jest brak precyzji w określeniu, jakie podwyżki należą się pracownikom niemedycznym. – W ustawie jest słowo „adekwatnie”. Radzę sobie w ten sposób, że daję pewną proporcję finansową, więc wykonanie tej ustawy traktuję jako mój obowiązek dyrektorski i cieszę się, że moi pracownicy co roku mają zwyżkę 10-12-proc., w przeciwieństwie do innych grup zawodowych, które takiego przywileju nie mają – mówił.
– Poprzednie edycje podwyżek przeżyliśmy bardzo dobrze, powiedziałbym nawet, z nawiązką – podkreślił prof. Krzysztof Składowski, konsultant krajowy w dziedzinie radioterapii onkologicznej i zastępca dyrektora Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie. – O ile kilka lat temu w Instytucie cierpieliśmy na brak pielęgniarek, dzisiaj jesteśmy dość atrakcyjnym pracodawcą. Praktycznie co tydzień przyjmuję nowe panie do pracy. I wcale nie dlatego, że chcemy ich mieć bardzo dużo, bo ciągle nie spełniamy wszystkich norm, jakie wypracowało środowisko i jakie zostały wprowadzone. Widzimy zapotrzebowanie Instytutu i staramy się jak najlepiej gospodarować zasobami.
W kwestii zawodów niemedycznych, jak stwierdził dyrektor, Instytut kieruje się tzw. solidarnością zawodową. – Stać nas na to, budżet Instytutu jest dość korzystny. Podnosimy pensje w zawodach niemedycznych, tak aby pracownicy nie czuli się pomijani i, przede wszystkim, żeby nie czuli się wyalienowani ze środowiska, w którym jest w tej chwili prawie dwa tysiące pracowników, razem z kontraktowcami – stwierdził. Jak dodał, obawy mogą budzić proporcje wynagrodzeń między poszczególnymi grupami.
Filip Nowak, prezes Narodowego Funduszu Zdrowia, podkreślał, że sam wzrost wynagrodzeń jest pożądany i pozytywny. Zwrócił jednak uwagę, że kluczowe jest tempo, w jakim płace w ochronie zdrowia rosną. – Im bardziej i szybciej windujemy wynagrodzenia, które są przecież finansowane z tych samych pieniędzy, które przeznaczamy na poprawę dostępności świadczeń, tym mniej świadczeń możemy kupić – mówił. – Nikomu nie odmawiając prawa do lepszych zarobków, musimy pamiętać, że wówczas nie możemy poprawiać dostępności, czyli kupić większej liczby świadczeń, co wcale nie oznacza, że nie musimy podnosić minimalnego wynagrodzenia – stwierdził.
W jego ocenie wszystkie sprawy związane z wynagrodzeniami powinny być poddawane szerokim konsultacjom, tak z organizacjami pracowników, jak i pracodawców. – Chodzi zarówno o skalę podwyżek, jak i to, w jaki sposób środki na wynagrodzenia są przekazywane – mówił, nawiązując do pojawiających się – ze strony związków zawodowych – postulatów przywrócenia przekazywania pieniędzy na podwyżki „na PESEL” (zamiast w cenie świadczeń).