Odwieczny dylemat

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Pułap 5 proc. PKB wydatków publicznych na zdrowie jest istotnie niższy od średniej naszego regionu, państw o podobnym poziomie rozwoju – przypomina dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.


Fot. Adobe Stock

  • Minister zdrowia po raz kolejny stwierdziła, że ustawa 7 proc. PKB na zdrowie to „kreatywna księgowość”, a nakłady realne wynoszą nie ponad 6 proc. PKB, a nieco ponad 5 proc.
  • Zasygnalizowała też, że będzie chciała odwrócić skutki nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, która pod koniec 2022 r. przeniosła finansowanie wszystkich zadań, spoczywających wcześniej na budżecie państwa, do NFZ
  • Polacy nie są gotowi na akceptację wyższej składki zdrowotnej, choć i w tej sprawie są podzieleni. Na pewno więcej nie chcą płacić zamożni i średnio zamożni
  • Do tej pory nie policzyliśmy, ile potrzebujemy na ochronę zdrowia – czy jest to 5 proc. PKB jak obecnie, 7 proc., a może 15 proc.?
  • Nasz system ochrony zdrowia ma strukturę wydatków charakterystyczną raczej dla krajów rozwijających się niż wysokorozwiniętych
  • Zdjęcie limitów w AOS miało poprawić dostępność. Okazało się, że nie poprawiło, bo nie ma chętnych do pracy w publicznym systemie
  • Racjonalizacja dostępu uwolniłaby dużą część zasobów, dzięki czemu pacjenci rzeczywiście potrzebujący opieki specjalistycznej mieliby większą szansę otrzymać ją wtedy, gdy jej potrzebują

Eksperci podczas sesji poświęconej finansowaniu ochrony zdrowia podczas pierwszego dnia IX Kongresu Wyzwań Zdrowotnych próbowali znaleźć odpowiedzi nie tyle na pytanie, czy nakłady na zdrowie są wystarczające – tu raczej nie było kontrowersji, nie są – ale przede wszystkim: czy można coś zrobić, by były wyższe, a przede wszystkim – czy „podnosić i inaczej wydawać”, czy „najpierw inaczej wydawać, potem podnosić”. To „odwieczny” w polskiej dyskusji o zdrowiu dylemat: czy najpierw zapewnić lepszą, bardziej adekwatną do potrzeb redystrybucję tego, co mamy (pewnym osiągnięciem jest, że nie mówiono o „uszczelnianiu systemu”, przynajmniej nie wprost), a potem decydować się na podnoszenie nakładów (na przykład przez większe przepływy z budżetu państwa albo podniesienie składki zdrowotnej), czy też trzeba uznać, że bez większych pieniędzy systemu racjonalizować się nie da.

Już w trakcie wcześniejszych sesji podczas HCC padło wiele deklaracji i zapowiedzi dotyczących poziomu finansowania. Minister zdrowia Izabela Leszczyna po raz kolejny stwierdziła, że ustawa 7 proc. PKB na zdrowie to „kreatywna księgowość”, a nakłady realne wynoszą nie ponad 6 proc. PKB, a nieco ponad 5 proc. Mówiła też, że obniżenie składek zdrowotnych dla przedsiębiorców (co jest pewne, choć nie są jeszcze znane szczegóły, poza Lewicą wszystkie partie koalicji rządzącej obiecały „skasowanie” Polskiego Ładu w tym zakresie, a warto pamiętać, że wzrost składek od przedsiębiorców wart jest 10 mld zł rocznie) nie odbije się na przychodach NFZ, bo chroni je – ustawa nakładowa właśnie. Leszczyna zasygnalizowała też, że będzie chciała odwrócić skutki nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, która pod koniec 2022 roku przeniosła finansowanie wszystkich zadań, spoczywających wcześniej na budżecie państwa, do NFZ. Nie wiadomo, czy będzie to całkowite wycofanie, czy też budżet przejmie z powrotem tylko część zadań. Jednocześnie minister zdrowia wykluczyła możliwość wzrostu składki zdrowotnej.

– Składka zdrowotna 9 proc. jest jedną z niższych w Europie – mówiła tymczasem dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, wiceprzewodnicząca Rady NFZ, ekspertka zarządzania ochroną zdrowia z Uczelni Łazarskiego. Skutki tego, że jesteśmy – zarówno pod względem wydatków na zdrowie ogółem, jak i zwłaszcza jeśli chodzi o wydatki publiczne – w ogonie Europy, są mierzalne i namacalne. To krótsza średnia długość życia, mniejsza liczba lat życia w zdrowiu, późniejsze diagnozowanie chorób, co przekłada się na ich droższe i jednocześnie mniej skuteczne leczenie. – Nie powinniśmy porównywać się do Norwegii, Szwajcarii czy nawet Niemiec i Austrii. Patrzmy na Czechy, które co prawda są mniejszym krajem, ale swój sukces zawdzięczają temu, że udało się im osiągnąć konsensus w podstawowej sprawie: że w zdrowie warto inwestować – przekonywała.

Ekspertka przyznała, że Polacy nie są gotowi na akceptację wyższej składki, choć i w tej sprawie są podzieleni. – Na pewno więcej nie chcą płacić zamożni i średnio zamożni. Ci, którzy i tak korzystają z usług prywatnego sektora. Bardziej skłonni byliby dopłacić do składki zdrowotnej, pod warunkiem, że rzeczywiście mieliby z tego zwrot np. w postaci lepszej dostępności ci, którzy zarabiają wyraźnie mniej. Tych osób na prywatną ochronę zdrowia nie stać, więc racjonalnie analizują, że może warto byłoby zapłacić np. 30 zł więcej miesięcznie, gdyby to „coś” dało – mówiła. To wnioski z badań, przeprowadzonych kilka lat temu – ale nie wydaje się, by przestały być aktualne. Większą akceptację, jak mówiła dr Gałązka-Sobotka, miałoby wprowadzenie dodatkowego ubezpieczenia pielęgnacyjnego, na poczet opieki długoterminowej (której w tej chwili w praktyce nie zabezpieczamy, a finansowanie jest dramatycznie niskie).

Dr Roman Topór-Mądry, były prezes AOTMiT, zwracał uwagę, że do tej pory nie policzyliśmy, ile potrzebujemy na ochronę zdrowia. – Czy jest to 5 proc. PKB jak obecnie? 7 proc.? A może 15 proc.? – zastanawiał się, przypominając, że jeśli chodzi o całość nakładów na zdrowie Polska, biorąc pod uwagę odsetek PKB realny, wcale nie odstaje aż tak bardzo np. od Norwegii (Polska – 6,7 proc., Norwegia – 7,9 proc. PKB, według ostatniego raportu OECD). Oczywiście, w nakładach na głowę mieszkańca (USD/PPP) sprawa przedstawia się już zupełnie inaczej, bo Norwegia wydaje blisko trzy razy więcej. Ekspert zwracał też uwagę, że świadczeniom zdrowotnym brakuje analiz HTA, jakie mają przede wszystkim leki. Trudniej więc podejmować w pełni świadome decyzje, co finansujemy ze środków publicznych, na przykład.

W debacie publicznej pojawia się, dość często, argument przeciw podnoszeniu wydatków na zdrowie: „bo wszystko pójdzie na podwyżki”, albo – w wersji bardziej dosadnej – „lekarze wszystko przejedzą”. Wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, Klaudiusz Komor, przestrzegał przed takim tokiem myślenia. – Nasz system ochrony zdrowia ma strukturę wydatków charakterystyczną raczej dla krajów rozwijających się niż wysokorozwiniętych. Bardzo mało wydajemy na profilaktykę czy np. rehabilitację, gros środków idzie na leczenie, czyli obszar, gdzie pieniądze trafić muszą, bo gdyby ich nie było, negatywne skutki byłyby widoczne natychmiast – tłumaczył. Bez zwiększenia wydatków nie przesuniemy się do „wyższej ligi”, nie wykonamy skoku cywilizacyjnego. Problemem też są, a na pewno będą, kadry. – Zdjęcie limitów w AOS miało poprawić dostępność. Okazało się, że nie poprawiło, bo nie ma chętnych do pracy w publicznym systemie – przypomniał wiceszef lekarskiego samorządu.

Dr Małgorzata Gałązka-Sobotka również przyznała, że proste zdjęcie limitów, z którym wiązano ogromne nadzieje (a poprzednia ekipa rządząca przedstawiała jako gigantyczny sukces), nie sprawdziło się. – Zdjęliśmy limity z diagnostyki obrazowej – TK i RM. Okazało się, że czas oczekiwania na opis, z powodu braku lekarzy, znacząco się wydłużył – mówiła. Ekspertka postawiła też diagnozę: w jej ocenie w dużym stopniu za problemy z dostępnością świadczeń odpowiada… łatwość dostępu do nich. – Polski system ochrony zdrowia oferuje wszystkim dostęp do najbardziej zaawansowanych świadczeń, na wysokich poziomach referencyjnych, praktycznie bez ograniczeń. Niemal z ulicy można się dostać do szpitala klinicznego, można latami leczyć się w poradniach specjalistycznych, mimo że nie jest to potrzebne – wyliczała. To jest ukryty zasób – racjonalizacja dostępu (co oznaczałoby jego ograniczenie tam, gdzie jest wykorzystywany w sposób nieracjonalny) uwolniłaby dużą część zasobów (również kadrowych), dzięki czemu pacjenci rzeczywiście potrzebujący opieki specjalistycznej mieliby większą szansę otrzymać ją wtedy, gdy jej potrzebują – a nie za wiele miesięcy czy lat.

10.03.2024
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.