Samorząd lekarski obawia się scenariusza, w którym po dobrze brzmiących deklaracjach w duchu: „jakość jest najważniejsza” nastąpi czas niewspółbrzmiących z tymi deklaracjami decyzji.
Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. twitter.com/MZ_GOV_PL
- 11 kwietnia Sejm ma przeprowadzić pierwsze czytanie czterech projektów dotyczących zmian przepisów aborcyjnych
- Trudno bronić tezy, że parcie do debaty o legalizacji aborcji (lub rozwiązaniach pośrednich) nie ma podłoża politycznego
- Maciej Miłkowski po raz trzeci z rzędu wygrał „Listę Stu” najbardziej wpływowych osób w systemie ochrony zdrowia
- Miłkowskiego duża część środowiska wskazuje jako gwaranta stabilności i kontynuacji w obszarze newralgicznym i jednocześnie takim, który przynosi niezbyt częstą w ochronie zdrowia świadomość, że „coś” jednak się nam udaje
- To, że w „setce” nie znalazła się Izabela Leszczyna, jest w sumie naturalne, skoro urząd ministra objęła 13 grudnia, a wcześniej, będąc posłanką, z samym systemem nie miała praktycznie nic wspólnego
Największy znak zapytania. Kierunki lekarskie. Minister nauki i szkolnictwa wyższego odwołał potwierdzone wcześniej spotkanie z Naczelną Radą Lekarską z powodu nagłych, ważnych obowiązków, czy może dlatego, że dyskusja na temat przyszłości otwartych w dwóch ostatnich latach kierunków lekarskich jest niewygodna politycznie? Wiceminister zdrowia Urszula Demkow straciła nadzór nad obszarem kadr medycznych – również kształcenia – z powodu wpadki z obsadą funkcji konsultanta krajowego w dziedzinie psychoterapii czy może dlatego, że zbyt radykalnie wypowiadała się na temat jakości kształcenia przeddyplomowego? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
– Dostrzegamy próby przedstawienia narracji o pseudouczelni, która mogłaby służyć przedstawicielom Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego jako „podkładka” do niezamykania szkół o wątpliwej jakości programu nauczania przyszłych lekarzy – komentuje prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski, nawiązując do – przede wszystkim – wyemitowanego w poprzednim tygodniu materiału w Faktach TVN, w których jedną ze szkół będących na cenzurowanym przedstawiono w jasnych barwach, mówiąc bardzo oględnie, i postawiono tezę, że na przeszkodzie w prowadzeniu kształcenia może stanąć „brak akredytacji”. Nie wspominając, że brak pozytywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej nie wziął się znikąd, tylko miał uzasadnienie – nawet więcej niż jedno, zapewne. Oczywiście, prywatna telewizja zapewne działa zupełnie niezależnie, tak jak media działać powinny, jednak są pewne obawy co do powodów, dla których temat został podjęty w takim duchu. A samorząd lekarski obawia się (czy słusznie, to jeszcze jedno z długiej listy pytań) scenariusza, w którym po dobrze brzmiących deklaracjach w duchu: „jakość jest najważniejsza” nastąpi czas niewspółbrzmiących z tymi deklaracjami decyzji.
Największy brak zaskoczenia. Debata wokół aborcji. 11 kwietnia Sejm ma przeprowadzić pierwsze czytanie czterech projektów dotyczących zmian przepisów aborcyjnych. Takim ustaleniem zakończył się gorący tydzień sejmowy, w którym marszałek Szymon Hołownia z lubianego marszałka wszystkich demokratów stał się niemal złem wcielonym, gdyż powiedział na głos to, co wcześniej (niedużo wcześniej, mówimy o dniach czy nawet godzinach) mówiła np. minister zdrowia Izabela Leszczyna: debata nad projektami dotyczącymi aborcji powinna mieć miejsce po wyborach samorządowych, w każdym razie – po ich pierwszej turze. Wcześniej w podobnym duchu wypowiadał się zresztą sam premier. Sytuację zmieniła presja polityków i polityczek Lewicy – dyskusja o aborcji dla tej części strony politycznej to dosłownie „walka o oddech”, a konkretnie – o punkty procentowe w wyborach. Lewica jest w trudnej sytuacji, bo strategię oparła o wspólny start z Koalicją Obywatelską, z czego nic nie wyszło, ale trudno bronić tezy, że parcie do debaty o legalizacji aborcji (lub rozwiązaniach pośrednich) nie ma podłoża politycznego. Ma.
Zaskakiwać też może (i powinna) widoczna nieuzbrojonym okiem bierność liderów Koalicji Obywatelskiej w sporze między Lewicą i Trzecią Drogą. Obliczona, zapewne, na zysk polityczny – a może tylko na minimalizowanie strat? Zaskakuje, a nawet dziwi, niepodejmowanie próby uzyskania konsensusu wokół rozwiązania, co do którego można było odnieść wrażenie pod koniec ubiegłego roku, że porozumienie jest na wyciągnięcie ręki – oczywiście w ramach koalicji rządzącej, czyli depenalizacji i dekryminalizacji aborcji.
Ale zaskoczeń jest więcej. W piątek KO przeszła do werbalnej ofensywy, pouczając koalicjantów i zapowiadając (po raz kolejny), że szpitale nie będą mogły korzystać z tzw. klauzuli sumienia, a jeśli dojdzie do odmowy wykonania aborcji w przypadkach dozwolonych prawnie, szpital straci kontrakt na oddział ginekologiczno-położniczy. Złośliwi twierdzą oczywiście, że KO pokłada w tym nadzieję na likwidację najmniejszych porodówek, ale może się srodze zawieść, bo kobiety nie w takich szpitalach szukają pomocy w stanach zagrożenia zdrowia i życia. Złośliwości na bok, fakty są takie, że to rozwiązanie było już ogłaszane dobrych kilka tygodni temu – i warto postawić pytanie, dlaczego ciągle nie zostało wdrożone? Co do skuteczności pouczeń, można mieć wątpliwości, czy okażą się skuteczne, ale to w rękach KO są instrumenty konieczne do zmieniania praktyki dnia codziennego – a nie ma żadnych wątpliwości, że szpitale, które nie realizują koszyka świadczeń zdrowotnych, powinny ponosić tego konsekwencje.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. „Lista stu”. Maciej Miłkowski po raz trzeci z rzędu wygrał „Listę Stu” najbardziej wpływowych osób w systemie ochrony zdrowia „Pulsu Medycyny”. Lista, a w zasadzie dwie listy, bo osobno przedstawiana jest „setka” najbardziej wpływowych osób w polskiej medycynie (laur za ubiegły rok przypadł prof. Maciejowi Banachowi), ogłaszana jest zwykle w lutym lub na początku marca – i budzi mnóstwo emocji, a jeszcze więcej – refleksji.
Co najnowsza edycja mówi o systemie ochrony zdrowia? Trzecie, rok po roku, zwycięstwo „wiceministra od leków” można uznać za zaskoczenie. Gdy Miłkowski wygrywał edycję 2021, sensacji nie było – system w pandemii buksował, a w obszarze polityki lekowej działo się sporo i działo się – na ogół – dobrze, bo na listach refundacyjnych zaczęło się pojawiać wyraźnie więcej innowacyjnych cząsteczek. Wygrana rok później została odebrana jako potwierdzenie tego stanu rzeczy, a objęcie refundacją wszystkich leków na SMA było wisienką na torcie, przy którym wiceminister Miłkowski mógł celebrować swoją supremację – również nad ówczesnym zwierzchnikiem. Trzecie zwycięstwo z rzędu mówi o systemie więcej niż o pozycji samego „wiceministra od leków”. Pozostający w dryfie nie od miesięcy, a od lat, wypatruje prawdziwego lidera. Macieja Miłkowskiego duża część środowiska wskazuje jako gwaranta stabilności i kontynuacji w obszarze newralgicznym i jednocześnie takim, który przynosi niezbyt częstą w ochronie zdrowia świadomość, że „coś” jednak się nam udaje. Można się oczywiście zastanawiać, czy rzeczywiście w systemie nie było nikogo, kto w 2023 roku wywarłby większy – pozytywny – wpływ, ale takie dywagacje towarzyszą publikacji wyników „setki” praktycznie zawsze.
Miłkowski, bardzo politycznie, podczas czwartkowej debaty na Kongresie Wyzwań Zdrowotnych w Katowicach stwierdził, że naturalnym liderem dla systemu ochrony zdrowia jest minister zdrowia (nota bene, w plebiscycie PM po raz ostatni minister zdrowia zwyciężył w edycji 2020 – jednak warto pamiętać, że Adam Niedzielski przez osiem miesięcy tegoż roku był prezesem NFZ, więc nie wiadomo, która funkcja przysporzyła mu najwięcej „punktów” za wpływy). Najnowsza edycja nie pozostawia cienia wątpliwości: minister zdrowia powinien być liderem, centralnym punktem – ale nie jest. To, że w „setce” nie znalazła się Izabela Leszczyna, jest w sumie naturalne, skoro urząd ministra objęła 13 grudnia, a wcześniej, będąc posłanką i nawet zabierając głos w debatach dotyczących zdrowia, z samym systemem nie miała praktycznie nic wspólnego. Na liście nie ma też Katarzyny Sójki, która pełniła funkcję ministra przez trzy miesiące – i trzeba się zgodzić z werdyktem, że jej brak w „setce” dokładnie odzwierciedla jakość tego urzędowania. 95 miejsce „dwutygodniowej” minister, czyli byłej szefowej GIF też można uznać za symboliczne.
Zgrzytem jest natomiast pozycja Adama Niedzielskiego (26 miejsce). Nie ma żadnej wątpliwości, że akurat odwołany w atmosferze skandalu minister wywierał w ubiegłym roku ogromny wpływ na system ochrony zdrowia. I jednocześnie można się zastanowić, czy powód, dla którego opuścił stanowisko, nie powinien go wykluczyć z jakichkolwiek rankingów. Tak czy inaczej, nieobecność ministrów zdrowia w pierwszej dziesiątce rankingu to papierek lakmusowy jakości systemu ochrony zdrowia i najlepsza wskazówka, w jakim miejscu jesteśmy i jak dużo musi się zmienić, by wróciła normalność.
Czy takim liderem jest/będzie Izabela Leszczyna? Minister zdrowia mówi twardo: – W kierownictwie ministerstwa możemy toczyć dyskusje, ale ministrem jestem ja. Decyzje muszą być jednoznaczne i muszą, przede wszystkim, być.
Czas pokaże, czy słowa i zapowiedzi – brzmiące obiecująco – będą mieć ciąg dalszy.