Współpraca zawodów musi być osadzona na podziale – lub współdzieleniu – kompetencji (i odpowiedzialności), ale oprócz takich ramowych rozwiązań niezbędna jest współpraca konkretnych ludzi, którzy muszą się tej współpracy nauczyć.
Fot. Adobe Stock / daizuoxin
- Według ostatnich danych Eurostatu w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada 3,5 lekarza i 5,8 – pielęgniarki. Unijna średnia to odpowiednio 4 i 8,5
- Nożyce między liczbą lekarzy w przeliczeniu na populację między Polską a średnią unijną nieco się rozwarły, jednak dużo większym problemem są kadry pielęgniarskie
- Problemem jest też bardzo powolny proces wzmacniania i rozbudowy potencjału pozostałych zawodów medycznych. I, oczywiście, współpraca między tymi, które już w systemie funkcjonują
- Kształceni osobno lekarze i pielęgniarki mówią zupełnie rożnymi językami i choćby na poziomie komunikacyjnym trudno o porozumienie na oddziale
- Uczelnie, które prowadzą, jeśli chodzi o obszar medycyny, tylko kierunek lekarski, nie będą w stanie nigdy dobrze kształcić lekarzy, bo czas silosowego kształcenia jest już za nami
- Pielęgniarki są gotowe do przyjęcia nowych obowiązków. W niepublicznych podmiotach już to się zresztą dzieje i przekłada się, również, na dobre wyniki finansowe – zaznaczyła Krystyna Ptok
Najnowsze dane dotyczące liczebności dwóch podstawowych zawodów medycznych dr hab. n. o zdr. Iwona Kowalska-Bobko, prof. UJ, dyrektor Instytutu Zdrowia Publicznego, Wydziału Nauk o Zdrowiu UJ CM, przywołała podczas dyskusji poświęconej współpracy między zawodami medycznymi, jaka odbyła się podczas Kongresu Wyzwań Zdrowotnych w Katowicach, opierając się na opracowaniu „Profil zdrowotny Polski 2023”, którego jest współautorką i które agreguje dane pochodzące z najbardziej miarodajnych źródeł polskich i międzynarodowych. Co prawda pokazują one, że nożyce między liczbą lekarzy w przeliczeniu na populację między Polską a średnią unijną nieco się rozwarły (jeszcze do niedawna średnia unijna wynosiła 3,7), jednak dużo większym problemem są kadry pielęgniarskie (jeszcze szybciej starzejące się niż lekarskie i, co kluczowe, z mniejszym potencjałem wzrostu liczby wchodzących do zawodu). Problemem jest też bardzo powolny proces wzmacniania i rozbudowy potencjału pozostałych zawodów medycznych. I, oczywiście, współpraca między tymi, które już w systemie funkcjonują.
Współpraca zawodów musi być osadzona na podziale – lub współdzieleniu – kompetencji (i odpowiedzialności), ale z dyskusji wynikało jasno, że oprócz takich ramowych rozwiązań niezbędna jest współpraca konkretnych ludzi – którzy muszą się tej współpracy nauczyć. Prof. Marcin Gruchała, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego podkreślał, że kierowana przez niego uczelnia już od lat kładzie nacisk na kształcenie do współpracy, bo praktyka kliniczna pokazała, że kształceni osobno lekarze i pielęgniarki – chociażby – mówią zupełnie rożnymi językami i choćby na poziomie komunikacyjnym trudno o porozumienie na oddziale, przy łóżku chorego. – Część zajęć fakultatywnych jest otwarta dla studentów różnych kierunków medycznych, nie tylko lekarzy, pielęgniarek, ale też np. farmaceutów – podkreślał, dodając, że podobne rozwiązania są wdrażane również na innych uczelniach medycznych. – Kluczowe jest jednak to, że o konieczności kształcenia do współpracy mówią nowe standardy nauczania dla kierunków lekarskich i lekarsko-dentystycznych. To oznacza, że część przedmiotów musi czy powinna być prowadzona wspólnie.
Jak zaznaczył rektor GUMed i jednocześnie przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych to jeden z powodów, dla których poważne zastrzeżenia i wątpliwości budzą nowe kierunki lekarskie, zwłaszcza otwierane w szkołach, które – poza lekarzami – nie kształcą i nie zamierzają kształcić żadnych innych przyszłych profesjonalistów medycznych. – Monokultura na małym, izolowanym kierunku lekarskim prowadzonym np. na politechnice nie jest właściwa – stwierdził.
W podobnym duchu wypowiadał się prof. Ryszard Gellert, dyrektor CMKP, który zastrzegł, że „nie potępia w czambuł” dążenia do zwiększania liczby kierunków lekarskich, ale ocenił równocześnie, że uczelnie, które prowadzą, jeśli chodzi o obszar medycyny, tylko kierunek lekarski, nie będą w stanie nigdy dobrze kształcić lekarzy, bo czas silosowego kształcenia jest już za nami. – Nikt nie leczy pacjenta sam.
Szef CMKP podkreślał, że „kiedyś”, nie tak wcale dawno, było naturalne, że lekarze kształcili się osobno, pielęgniarki – osobno, przedstawiciele obu zawodów spotykali się na rządzonym feudalnie oddziale, gdzie współpraca między nimi docierała się – lepiej i gorzej – na warunkach dyktowanych przez ordynatora. – Wiele się zmieniło w systemie od tego czasu, najmniej zmienili się ludzie – zastrzegł, zwracając uwagę, że w tej chwili zwłaszcza lekarze, ale w dużym stopniu pielęgniarki w systemie funkcjonują jako „jednoosobowe przedsiębiorstwa”, które stawiają się w szpitalach świadczyć usługi, na przykład dyżury. – O jakich zespołach interdyscyplinarnych mamy mówić, skoro na dyżur przychodzi lekarz, który ani nie zna pacjentów, ani nie zna szpitala, ani pielęgniarek, z którymi dyżuruje? Jeśli coś się wydarzy, musi iść do dyżurki pielęgniarskiej, a tam również może spotkać kogoś, kto przychodzi do tego szpitala raz czy dwa razy w miesiącu.
Prof. Gellert zwrócił też uwagę na wagę doskonalenia zawodowego (którego częścią, jak mówił, również powinno być nabieranie kompetencji do współpracy, nie tylko między zawodami, ale też międzypokoleniowej, choćby w ramach jednego zawodu). – Lekarze, przedstawiciele wszystkich zawodów medycznych muszą mieć czas na doskonalenie zawodowe. Nie można wymagać, byśmy robili to w czasie wolnym od pracy, po zakończeniu świadczenia usług. Rolą regulatora jest zapewnienie finansowania oraz czasu na to doskonalenie – stwierdził.
Dr hab. Iwona Kowalska-Bobko zwracała uwagę, że w ostatnim okresie nastąpił co prawda progres w myśleniu strategicznym o kadrach medycznych – czego wyrazem jest uchwalona ustawa o niektórych zawodach medycznych, obejmująca szesnaście zawodów – brakuje ciągle jednak kropki nad i, i nie tylko dlatego, że do ustawy nie ma jeszcze rozporządzeń. Ekspertka zwróciła uwagę, że od dwóch, trzech lat jednym z motywów przewodnich debat o systemie jest koordynacja – czy to na poziomie leczenia onkologicznego, czy w podstawowej opiece zdrowotnej. Mimo to w ustawie nie znalazł się zawód koordynatora (co chce zmienić jak najbardziej słusznie Polskie Stowarzyszenie Koordynatorów Opieki Onkologicznej). – W tej chwili to jest funkcja, stanowisko pracy. A rola koordynatora we wdrażanych rozwiązaniach jest kluczowa – podkreślała.
Współpraca zawodów to również współdzielenie kompetencji. – Pielęgniarki są gotowe do przyjęcia nowych obowiązków. W niepublicznych podmiotach już to się zresztą dzieje i przekłada się, również, na dobre wyniki finansowe – mówiła Krystyna Ptok, przewodnicząca OZZPiP, podkreślając jednak, że zawód pielęgniarki nie jest rezerwuarem kadrowym, co pokazują dane Eurostatu – jest ich w Polsce radykalnie mniej niż wynosi średnia europejska. – I będzie jeszcze mniej. Młode pokolenie chce mieć wyznaczoną z góry ścieżkę awansu zawodowego, jasno określone zadania i chce pracować w znanym z góry wymiarze czasu. Nie chce, zdecydowanie, pracować w trzech miejscach w wymiarze dwóch etatów – mówiła. W ocenie jednej z liderek środowiska pielęgniarskiego pracodawcy, ale też decydenci, powinni najpierw zmienić podejście do kwestii zatrudniania personelu (nie tylko pielęgniarskiego), a dopiero potem zastanawiać się, jak budować interdyscyplinarne zespoły. Które, w jej ocenie, staną się możliwe, jeśli odejdziemy od „lekarzocentryzmu” w stronę „pacjentocentryzmu”.
– Na razie nie można mieć szpitali bez lekarzy – ripostowała Grażyna Cebula-Kubat, przewodnicząca OZZL. Ale co do meritum, podpisała się pod diagnozą przedstawioną i przez prof. Ryszarda Gellerta, i przez Krystynę Ptok. – Nie możemy budować zespołów z ludźmi, których nie znamy.
O tym, że dobra współpraca jest możliwa, przekonywał z kolei prof. Krzysztof Składowski, konsultant krajowy w dziedzinie radioterapii onkologicznej, zastępca dyrektora NIO im. Marii Skłodowskiej-Curie – PIB Oddział Gliwice. Jak podkreślał, onkologia jest dziedziną, w której w sposób szczególny widać wagę wielospecjalistycznego, angażującego przedstawicieli wszystkich, a na pewno licznych, zawodów medycznych, koordynowanego leczenia, w którego centrum pozostaje pacjent. – Od kilkunastu lat w klinice zatrudniamy psychologa i psychoterapeutę. Od dziesięciu, higienistę stomatologicznego, neurologopedę, dietetyka – wyliczał. Praca tych osób uzupełnia, dopełnia, pracę lekarzy i pielęgniarek. Jak podkreślał, rolą menadżera jest emancypowanie i wspieranie reprezentantów tych zawodów tak, by mogli wykorzystać w pełni swój potencjał.