We wtorek podkomisja stała ds. organizacji ochrony zdrowia zajęła się informacją resortu na temat kadr medycznych. – Powiało optymizmem – mówiła przewodnicząca Józefa Szczurek-Żelazko.
Posiedzenie podkomisji stałej ds. organizacji ochrony zdrowia, 19.03.2024 r. Fot. sejm.gov.pl
- Ministerstwo Zdrowia jest zadowolone ze skokowego wzrostu liczby studentów kierunków lekarskich i przewiduje, że już w 2025 roku będziemy obserwować wysycenie na pracę lekarzy
- W informacji MZ pominięto kwestię wątpliwości wokół jakości kształcenia i to, że trwa zarządzony przez MNiSW audyt nowych uczelni
- Również drugi kierunek „łatania” problemów kadrowych, obrany przez poprzedni rząd – czyli daleko posunięta liberalizacja wymagań dla lekarzy spoza UE – jest dla resortu zdrowia powodem do dumy
- Nie stać nas na bardzo drogie kształcenie lekarzy po to, by za kilka, kilkanaście lat nie mogli znaleźć pracy – stwierdził Krzysztof Bojarski
- Marek Wójcik zwrócił uwagę, że do tej pory nie udało się „uzgodnić” liczby lekarzy między GUS, rejestrem prowadzonym przez NIL i mapami potrzeb zdrowotnych
- Gdyby nie turystyka dyżurowa, trzeba byłoby zamykać w tej chwili wiele oddziałów – stwierdziła Grażyna Cebula-Kubat
- Klaudiusz Komor podkreślał, że w niektórych specjalizacjach – w tym w pediatrii, internie i chirurgii – mamy do czynienia z ujemną zastępowalnością specjalistów.
- Audyt Polskiej Komisji Akredytacyjnej i sprawa nowych kierunków jest poza sferą odpowiedzialności Ministerstwa Zdrowia, które nie nadzoruje tych uczelni – stwierdził przedstawiciel resortu zdrowia
Jeśli ktoś nie znałby wyników wyborów 15 października i włączył transmisję z wieczornego posiedzenia podkomisji, mógłby uznać, że Prawo i Sprawiedliwość rządzi trzecią kadencję. Zwłaszcza, gdy przedstawiciel resortu zdrowia, dyrektor Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych Mariusz Klencki przytaczał dane z przygotowanej na piśmie informacji dotyczące liczby lekarzy w Polsce oraz kształcenia na kierunkach lekarskich. – Liczba lekarzy w Polsce zwiększyła się w 2022 roku w stosunku do 2019 roku o 8 proc. (…) Wzrost liczby kadry lekarskiej (…) związany jest ze zwiększeniem limitów na studia medyczne oraz otwieraniem nowych uczelni medycznych w Polsce. Od roku akademickiego 2017/2018 kształcenie na kierunku lekarskim możliwe jest w każdym województwie w kraju. (…) Na przestrzeni lat 2005–2022 limity na kierunku lekarskim wzrosły o 162 proc. – chwali się Ministerstwo Zdrowia.
We fragmencie dotyczącym kształcenia przyszłych lekarzy nie ma ani słowa o wątpliwościach wokół jakości kształcenia i o tym, że trwa zarządzony przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego audyt nowych uczelni, który – przynajmniej werbalnie – niektórzy przedstawiciele resortu zdrowia również wspierali. Przedstawiciel ministerstwa podkreślał, że przy utrzymaniu tego tempa kształcenia już w ciągu kilku lat pojawi się wręcz nadpodaż lekarzy.
To jednak nie wszystko. Również drugi kierunek „łatania” problemów kadrowych, obrany przez poprzedni rząd – czyli daleko posunięta liberalizacja wymagań dla lekarzy spoza UE – jest dla resortu zdrowia powodem do dumy. – Mamy olbrzymi napływ lekarzy z Ukrainy. W tej chwili to 6 tys. wniosków, które albo zostały rozpatrzone, albo oczekują na rozpatrzenie, przepisy obowiązują do końca czerwca i spodziewamy się, że jeszcze trochę ich napłynie – mówił dyrektor Klencki, pytając retorycznie, czy to dobrze, czy źle i sam odpowiadając: – Czechy nam zazdroszczą tej sytuacji.
Przypomniał, że lekarze z Ukrainy mogą się zajmować obywatelami tego kraju, którzy w dużej liczbie pozostają w Polsce. Szacował, że część lekarzy po pięcioletnim okresie, w którym mogą pracować na specjalnych warunkach, zapewne wróci do kraju, ale „70-80 proc.” pozostanie. – Zwłaszcza, że pewnie pozostanie w Polsce wybierze również część uchodźców, zwłaszcza tych, którzy borykają się z chorobami przewlekłymi.
Tak dobrych danych, jak te dotyczące lekarzy, Ministerstwo Zdrowia nie przekazało w zakresie kadr pielęgniarskich, gdzie po pierwsze deficyt jest znacznie głębszy, struktura demograficzna jeszcze mniej korzystna, a tempo wchodzenia do zawodu młodych osób – niższe. Lepiej natomiast wygląda, w ocenie resortu, sytuacja innych zawodów medycznych, m.in. fizjoterapeutów czy diagnostów.
Uwaga podkomisji skupiła się jednak przede wszystkim na kadrach lekarskich. – Powiało optymizmem – cieszyła się przewodnicząca, Józefa Szczurek-Żelazko, była wiceminister zdrowia z PiS. Nie wszyscy posłowie tego ugrupowania byli jednak tak pozytywnie nastawieni. – Może w skali kraju jest lepiej, ale na Podkarpaciu nie ma szpitala, w którym by nie brakowało lekarzy – mówił Fryderyk Kapinos. – Powszechne jest podkupywanie lekarzy w obawie przed zamknięciem oddziałów. Trzeba te działania w zakresie kształcenia dalej realizować – radził, podkreślając, jak ważne jest kształcenie lokalne, bo „nie każdy lekarz przyjedzie z Warszawy w Bieszczady”. – W moim województwie do niektórych specjalistów czeka się rok.
– W Małopolsce jest najmniejszy przyrost liczby lekarzy. Czy to dlatego, że występowała całkowita dominacja Collegium Medicum UJ? Teraz powstały nowe kierunki, które powinny zasypać tę lukę – komentował Patryk Wicher, atakując wprost krakowską uczelnię za prowadzenie studiów na kierunku lekarskim w języku angielskim. – Jakie są tego proporcje? Dlaczego uczelnie mają dowolność w kształtowaniu liczby miejsc na studiach stacjonarnych, zaocznych i tych prowadzonych po angielsku? Ilu na tych ostatnich kształci się naszych obywateli, a ilu obcokrajowców? – dopytywał.
Wicher konkludował, że „otwieranie kierunków lekarskich, kierowanie środków do nowych uczelni, wzmacnianie ich na przestrzeni ostatnich kilku lat przyniosło efekty”. – Nie patrząc na partie, wszyscy powinniśmy dbać, by to podtrzymać – mówił, apelując do dyrektora Klenckiego: – Pan będzie współpracować z PKA w zakresie kontroli. Trzeba pilnować, żeby to było zrobione rzetelnie, żeby nie na rympał zamykać, tylko żeby popatrzeć, czy te kierunki nie mają jednak sensu w bardziej równomiernym rozłożeniu lekarzy.
– Jeśli mamy rozmawiać o tym, jak powinny wyglądać kadry medyczne w Polsce, nie stać nas na taką analizę – zwrócił jednak uwagę Krzysztof Bojarski (KO), odnosząc się do stwierdzenia dyrektora Klenckiego, że informacja, jaką przedstawia, nie zawiera wielu zmiennych, jakie mogą wpłynąć ostatecznie na sytuację kadrową. – Jeśli za jakiś niedługi czas mamy mieć nadpodaż 30 tys. lekarzy, to nie jest żadna radość. Nota bene, ten wynik jest przekłamany, bo brakuje głębokiej, wieloczynnikowej analizy – wskazywał. Takiej, która z jednej strony brałaby pod uwagę pojawienie się nowych zawodów medycznych, AI, z drugiej – epidemiologię. – Jestem dyrektorem szpitala i wiem, co to znaczy niedobór lekarzy. Ale nie stać nas na bardzo drogie kształcenie lekarzy po to, by za kilka, kilkanaście lat nie mogli znaleźć pracy – zwracał uwagę.
Widać jednak, że i w Koalicji Obywatelskiej nie ma entuzjazmu do zamykania nowych uczelni. Elżbieta Polak zwracała uwagę, że w najbliższych dwóch latach będzie do wydania w ochronie zdrowia kilkanaście miliardów złotych, z czego 3 mld zł – na poprawę warunków kształcenia. – To pieniądze ważne zwłaszcza dla nowych, młodych uczelni, bo tam potrzebne są instytuty i sprzęt. Trzeba zadbać o dobre warunki kształcenia, bo lekarz to zawód wielkiej odpowiedzialności – przekonywała, mówiąc o „wysypie” nowych uczelni, które nie mają „instytutów, nawet patomorfologii, nie mówiąc o bazie naukowej i dydaktycznej”.
Na chaos informacyjny zawarty w kilkunastostronicowej informacji MZ zwracał uwagę Marek Wójcik, ekspert Związku Miast Polskich. Przypomniał, że do tej pory nie udało się „uzgodnić” liczby lekarzy między GUS, rejestrem prowadzonym przez NIL i mapami potrzeb zdrowotnych – dane różnią się między sobą o kilkanaście procent.
– Z materiału wynika w zasadzie, że już mamy nadwyżkę podaży i to przy założeniu, że lekarz pracuje średnio 161 godzin w miesiącu w podmiocie publicznym. Czy państwo wzięli jednak pod uwagę, w prognozowaniu relacji między popytem a podażą takie czynniki jak zmiany demograficzne, standardy zatrudnienia? Czy może została uwzględniona zasada: jeden lekarz, jeden etat i to w takim znaczeniu, że lekarz, wybierający sektor publiczny, może pracować tylko w jednym podmiocie i na tym jego aktywność zawodowa się kończy?
Wójcik przypomniał, że szpitale samorządowe dosłownie biją się w tej chwili o lekarzy, oferując im stawki po 200-300 zł na godzinę. Zadał też pytanie o perspektywy migracyjne. – Czy ci, którzy się kształcą, wyjadą? Są takie uczelnie, w których proporcje między studiami w języku polskim i angielskim rozkładają się po połowie.
– Gdyby nie turystyka dyżurowa, trzeba byłoby zamykać w tej chwili wiele oddziałów – zwracała uwagę Grażyna Cebula-Kubat, przewodnicząca OZZL. Przypomniała też o jeszcze jednym, poza tymi, o których mówił Marek Wójcik, czynniku, jaki MZ zupełnie pominęło w swoich analizach. – Młodzi ludzie nie chcą pracować w wymiarze większym niż etat – mówiła, przyznając jednocześnie, że jednym z głównych czynników, jakie skłaniają lekarzy w ogóle, nie tylko młodych, do odejścia ze szpitali, czy to do AOS czy POZ lub sektora prywatnego, jest brak konieczności dyżurowania. Klaudiusz Komor, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, podkreślał z kolei, że w niektórych specjalizacjach – w tym w trzech absolutnie podstawowych, takich jak pediatria, interna i chirurgia, mamy do czynienia z ujemną zastępowalnością specjalistów.
Wojciech Wiśniewski, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich nawiązał z kolei do epidemiologii, przypominając, że w ostatnich latach liczba pacjentów onkologicznych już wzrosła skokowo, a trend będzie tylko gorszy, tymczasem młodzi lekarze nie chcą się specjalizować w onkologii. – Widać, że czynnik finansowy, dodatek za specjalizację priorytetową, już nie działa. Jakie niefinansowe zachęty rozważa ministerstwo, by jednak skłonić lekarzy do wyboru tej specjalizacji?
Bez wątpienia jednym z kluczowych wątków dwugodzinnej dyskusji była przyszłość nowych kierunków lekarskich (o której nic MZ w swojej informacji nie wspomniało). Ostatnia wypowiedź dyrektora Departamentu Rozwoju Kadr wyjaśniła tę kwestię. – Audyt Polskiej Komisji Akredytacyjnej i sprawa nowych kierunków jest poza sferą odpowiedzialności Ministerstwa Zdrowia, które nie nadzoruje tych uczelni – przypomniał, dodając, że resort „tylko opiniował przed uruchomieniem” nowych kierunków.