Z pozoru odpowiedź na pytanie: „ile szpitali potrzeba w Polsce?” jest banalna. Od lat mamy przecież mapy potrzeb zdrowotnych, które miały powstać po to, by nie trzeba było długo szukać rozwiązania problemu. Tak jednak nie jest – na co eksperci już na etapie tworzenia map zwracali uwagę.
Fot. Adobe Stock
- MZ zapowiada, że likwidacji szpitali nie będzie, ale deklaruje, że brak likwidacji nie oznacza braku zmian
- Mimo że nakłady na ochronę zdrowia rosną, skokowej poprawy jakości oraz dostępności leczenia od lat nie widać
- NFZ obiecuje pomoc w konsolidacji, „racjonalnym łączeniu oddziałów lub całych placówek”
- Kilka lat temu powiaty zaproponowały koncepcję Powiatowych Centrów Zdrowia
- OZPSP: należy zintensyfikować prace nad zmniejszeniem liczby specjalizacji lekarskich
- ZSPWŚ: zmiany powinny być oparte na tworzonych na nowo, na poziomie regionów, mapach potrzeb zdrowotnych
- Zmian domaga się również finansowanie świadczeń zdrowotnych
Dlatego konieczność poszukiwania odpowiedzi na pytanie o liczbę potrzebnych szpitali, a w tle mimo wszystko założenie, że szpitali mamy po prostu za dużo (o czym się również mówi od lat, zarówno w kontekście liczby szpitali, jak i przede wszystkim łóżek szpitalnych). Pytanie ma uzasadnienie również w kontekście ostatnich deklaracji politycznych: najpierw obietnicy wyborczej Koalicji Obywatelskiej („zniesiemy limity na leczenie szpitalne”), a teraz zapowiedzi minister zdrowia dotyczącej odwracania piramidy świadczeń i zaproszenia samorządowców do prac nad koncepcją konsolidacji szpitali. Bo Izabela Leszczyna zapowiedziała co prawda, że likwidacji szpitali nie będzie, ale w kontekście Krajowego Planu Odbudowy, w który wpisano jako kamień milowy m.in. restrukturyzację szpitalnictwa, wyraźnie zadeklarowała, że brak likwidacji nie oznacza braku zmian.
– Mimo że nakłady na ochronę zdrowia, w tym na szpitalnictwo systematycznie i wyraźnie rosną, skokowej poprawy jakości oraz dostępności leczenia od lat nie widać, a wiele szpitali wciąż ma poważne problemy finansowe. Coś więc cały czas nie gra w tym systemie – mówił podczas panelu dotyczącego szpitalnictwa w trakcie Kongresu Wyzwań Zdrowotnych Marek Augustyn, zastępca prezesa NFZ, podkreślając, że choć nakłady rosną, środki publiczne „zawsze są ograniczone”, więc tym bardziej trzeba ustalić, czego chcemy od systemu ochrony zdrowia. – Tymczasem dodatkowe pieniądze gdzieś się rozchodzą w systemie opieki zdrowotnej. W ostatnim czasie znaczna ich część została przeznaczona na ustawowe podwyżki wynagrodzeń pracowników.
Augustyn podkreślił, że Ministerstwo Zdrowia nie chce likwidacji szpitali powiatowych, nawet takich, które dziś są nierentowne. – Nie oznacza to jednak, że nie należy – tam, gdzie jest to racjonalne finansowo i korzystne dla pacjentów – przeprowadzać zmian w strukturze szpitali – mówił, deklarując, że płatnik będzie pomagał w takiej konsolidacji, „racjonalnym łączeniu oddziałów lub całych placówek”. Przywoływał też pozytywne przykłady m.in. z województw pomorskiego i dolnośląskiego, gdzie konsolidacja pomogła wyjść szpitalom na prostą i zacząć się bilansować, a pacjenci mogli i mogą cieszyć się opieką zdrowotną na dobrym jakościowo poziomie.
Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych – zrzeszającego prawie dwieście placówek – zapewniał, że samorządy oraz menedżerowie lecznic powiatowych także są za transformacją tych placówek, przypominając, że już kilka lat temu powiaty zaproponowały koncepcję Powiatowych Centrów Zdrowia, które miałyby przejąć odpowiedzialność za koordynację opieki zdrowotnej nad całą populacją powiatów. Jednocześnie podkreślił, że w tej chwili powinniśmy porzucić dywagacje na temat zmniejszania liczby szpitali czy łóżek szpitalnych. Przypomniał, że w latach 2018-2019 (konferencja „Wspólnie dla zdrowia”) popularność zyskiwała koncepcja zmian na podobieństwo reformy przeprowadzonej w Danii, gdzie liczbę szpitali zredukowano o kilkadziesiąt procent, jednak w ocenie Malinowskiego pandemia COVID-19 położyła kres tej koncepcji. – WHO ostrzega przed nowymi zagrożeniami pandemicznymi. Mamy wojnę za wschodnią granicą i przekonanie, że ten konflikt może się rozszerzyć – przywoływał argumenty przemawiające za utrzymywaniem bazy szpitalnej (nie podniesiono jednak kwestii, że choćby w czasie pandemii duża część łóżek w szpitalach była bezużyteczna, bo nie były przystosowane do przyjmowania chorych wymagających specjalistycznego leczenia).
Malinowski ocenił, że zostawiając na boku liczbę szpitali, należy zintensyfikować prace nad zmniejszeniem liczby specjalizacji lekarskich. – Dziewięćdziesiąt specjalizacji to liczba absurdalna – stwierdził, postulując też powrót do starego modelu uzyskiwania specjalizacji: lekarze najpierw zostawaliby specjalistami interny czy chirurgii, a następnie zdobywali węższe specjalizacje, odpowiadające ich zainteresowaniem czy potrzebom systemu. – Teraz przychodzi na rozmowę o pracę chirurg i na pytanie, czy złoży rękę, odpowiada, że w zasadzie to się na tym nie zna, bo jest endoskopistą. Tak być nie powinno, nie może.
– Jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw, przybywać więc będzie w Polsce pacjentów z wielochorobowością, wymagających nie tylko opieki, ale też specjalistycznych świadczeń w warunkach szpitalnych – zwracał uwagę Władysław Perchaluk, prezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego, „dokładając” jeszcze jeden argument przemawiający przeciw likwidacji szpitali, ale deklarując również gotowość do rozmów na temat koniecznych zmian. Zmiany, w jego ocenie, powinny być oparte na tworzonych na nowo, na poziomie regionów, mapach potrzeb zdrowotnych. – Wciąż nie mamy takiego wiarygodnego narzędzia. Dzięki niemu zdecydowanie łatwiej niż obecnie będzie można określać rzeczywiście niezbędne publiczne nakłady między innymi na lecznictwo szpitalne.
Jednak, jak mówił, zmiany nie mogą dotyczyć wyłącznie kwestii organizacyjnych, bo zmian domaga się również finansowanie świadczeń zdrowotnych. – W tej chwili 85-95 proc. budżetu szpitali powiatowych pochłaniają koszty pracy – stwierdził. Problemem jest zaniżona – i to znacząco – wycena procedur medycznych. – Na przykład za jeden z dość powszechnych zabiegów NFZ płaci dziś 3 tys. zł, podczas gdy rzeczywiste koszty szpitala wynoszą 4,5 tys. zł. Dzieje się tak, ponieważ obecne wyceny nie uwzględniają inflacji, wzrostu kosztów materiałów i usług, a także szybko rosnących kosztów pracy – mówił.
Tajemnicą poliszynela jest, że w ostatnich dwóch latach AOTMiT przygotowywał – na podstawie danych pozyskanych od świadczeniodawców – wyceny dużo bardziej realistyczne, ale po konsultacjach z MZ i NFZ były one korygowane w dół, bo wycena musiała odzwierciedlać możliwości finansowe płatnika. – Mamy nadzieję, że tak już nie będzie – mówili uczestnicy panelu.