1 kwietnia. Jeden dzień w roku, w którym wypada choćby raz wprowadzić kogoś w błąd, oczywiście w żartach. Realia systemu ochrony zdrowia wprawdzie z jednej strony do żartów nie skłaniają, z drugiej – ich spora część wygląda wręcz jak rasowy żart, z trzeciej – traktując wszystko bardzo serio, można nieźle się omylić. Prima aprilis: co jest prawdą, co półprawdą a co – nieśmiesznym, choć prawdziwym, żartem?
Fot. Adobe Stock
- Śląski WIF nałożył karę na aptekę, która zachęcała do zakupu szczepionki przeciw grypie i zaszczepienia siebie oraz swoich bliskich
- Skoro średnie wydatki publiczne na zdrowie w UE oscylują wokół 8 proc. PKB, jak można upierać się, że wydając ok. 5 proc., można uzyskać dla swoich obywateli zbliżony efekt
- Mniej niż co piąty Polak sądzi, że rządowi uda się osiągnąć to, na czym polegli poprzednicy, czyli skrócić kolejki do specjalistów
- Weto prezydenta do nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne było do przewidzenia
Szczera prawda. Kara za promowanie szczepień. Brzmi jak skecz z Monty Pythona, a to tylko Polska. Śląski Wojewódzki Inspektor Farmaceutyczny nałożył karę w wysokości 5 tys. zł na aptekę, która zachęcała do zakupu szczepionki przeciw grypie i zaszczepienia siebie oraz swoich bliskich. WIF uznał, że apteka naruszyła w ten sposób zakaz reklamy aptek. Sprawa nie jest nowa, bo dotyczy kontroli prowadzonej pod koniec 2022 roku, gdy inspektorzy w jednej z aptek na stole ekspedycyjnym, przy okienkach do obsługi pacjentów, zlokalizowali plakaty dotyczące szczepionek przeciw grypie. Znalazły się na nich następujące treści: „Nie daj się zaskoczyć grypie! Zadbaj o siebie i swoich bliskich. Stop grypa. Szczepionki na grypę 2022/2023 już dostępne w sprzedaży. O szczegóły zapytaj farmaceutę”.
Śląski WIF uznał, że plakaty te stanowiły naruszenie zakazu reklamy aptek, czyli art. 94a ust. 1 Prawa farmaceutycznego. Inspektor wskazał, że właścicielka apteki w ten sposób reklamowała swoją działalność. – Zachowanie Strony miało charakter w istocie nakłaniający potencjalnego klienta (pacjenta) do skorzystania z usług tej konkretnej placówki i przez działanie marketingowe wpływało na wybór dokonywany przez pacjenta – wskazywał WIF.
Nie wiadomo, czy śląski WIF, a może i GIF są świadomi, że promowanie szczepień polega – co do zasady – na nakłanianiu osób (klientów czy też pacjentów) do skorzystania z nich. Nie da się tego zrobić przekazem telepatycznym bez użycia materiałów informacyjnych. Ba, podczas konferencji poświęconych haniebnie niskiemu poziomowi immunizacji przeciw grypie eksperci są skłonni rekomendować, by to właśnie w aptekach klienci-pacjenci przy każdej wizycie byli pytani, czy już zaszczepili się przeciw grypie i informowani, że można z takiego szczepienia skorzystać na miejscu (bądź kierowani do innych punktów, jeśli takiej możliwości nie ma).
Trudno nie odnotować argumentów obrony, które – zwłaszcza na tle wywodów WIF – porażają rozsądkiem. – Treść plakatów informacyjnych miała zachęcić jedynie do korzystania z możliwości szczepień ochronnych przeciwko grypie – przekonywał pełnomocnik apteki, który przypominał, że treść plakatów nie zawierała ani nazwy czy adresu apteki, ani też sformułowań typowo reklamowych („taniej”, „promocja” itd.). Śląski WIF odrzucił tę argumentację, uzasadniając, że komunikat zamieszczony przy okienku mógł mieć wpływ na podejmowane przez pacjentów decyzje co do ewentualnej realizacji recepty w tej aptece. Dowodzenie, że materiały promujące szczepienia przeciw grypie miały na celu podniesienie obrotu tej konkretnej apteki, w zestawieniu z danymi dotyczącymi poziomu zaszczepienia przeciw grypie jest operacją wymykającą się zdrowemu rozsądkowi, natomiast wpisuje się – doskonale – w ciąg działań i decyzji państwa w ostatnich kilku latach w obszarze szczepień ochronnych i jest przesłanką za jak najszybszą weryfikacją i tej polityki i przepisów. Bo jeśli rzeczywiście przepisy Prawa farmaceutycznego literalnie zabraniają promowania podstawowej formy profilaktyki, to należy je jak najszybciej zmienić. Jeśli natomiast to urzędnicy posunęli się zbyt daleko w swojej interpretacji, należy również nie ociągać się ze zmianami.
Śmiech przez łzy. Pieniądze na zdrowie. Nie ma powodu, by Polacy nie respektowali fundamentalnej zasady i nie wydawali na zdrowie 8 proc. PKB – mógłby powiedzieć w wywiadzie udzielonym największym europejskim redakcjom prasowym premier Donald Tusk. Mógłby, ale nie powiedział, bo wywiad poświęcony był pozornie zupełnie innym tematom, m.in. kwestiom obronności. „Nie ma powodu, żeby Europejczycy nie respektowali fundamentalnej zasady i nie wydawali na obronność minimum 2 proc. PKB. Od tego trzeba zacząć. Rozumiem, dlaczego nie wszystkie kraje chcą przyjąć polski model. My wydajemy 4 proc. – ale rozumiem, że nasza sytuacja bezpieczeństwa jest trudniejsza niż Hiszpanii czy Włoch. Ale 2 proc. PKB to po prostu mus. Nie rozumiem, jak można to kwestionować”.
Nie rozumiem – można strawestować – jak można upierać się, że skoro średnie wydatki publiczne na zdrowie w UE oscylują wokół 8 proc. PKB, Polska wydając ok. 5 proc., może uzyskać dla swoich obywateli zbliżony efekt – w postaci systemu ochrony zdrowia odpowiadającego potrzebom i aspiracjom. Potrzebom nie tylko związanym z medycyną naprawczą. W jednym z odcinków obsypanego nagrodami brytyjskiego serialu „Downtown Abbey” oswajający się z realiami po zakończeniu I wojny światowej arystokraci komentują decyzje rządu dotyczące poprawy warunków mieszkaniowych uboższych warstw społeczeństwa. – Z mieszkań kategorii C nie wyjdą rekruci kategorii A – pada w rozmowie myśl, którą swobodnie można byłoby, patrząc na dane dotyczące poziomu zdrowia fizycznego i psychicznego Polaków, również młodych, zaadaptować na potrzeby rozważań dotyczących potencjalnych – oby tylko potencjalnych – wyzwań.
Realizm. Czy rządowi uda się skrócić kolejki? Mniej niż co piąty Polak sądzi, że rządowi uda się osiągnąć to, na czym polegli poprzednicy, czyli skrócić kolejki do specjalistów – wynika z badania, przeprowadzonego na zlecenie branżowego portalu „Rynek Zdrowia”. Ten pesymistyczny realizm łączy rodaków ponad podziałami demograficznymi, choć oczywiście podziały polityczne odgrywają pewną rolę: w sukces rządu Donalda Tuska wierzy co trzeci wyborca KO, zaś wyborcy PiS i – zwłaszcza – Konfederacji wieszczą, w lwiej części, po prostu klęskę.
Brak oczekiwań jest dobry, bo nie generuje rozczarowań, aczkolwiek warto też zauważyć, że akurat w kwestiach związanych ze zdrowiem społeczeństwo złudzenia porzuciło już chyba dużo wcześniej. To – paradoksalnie – cenny kapitał polityczny dla rządu: każda zmiana na lepsze będzie mogła być zauważona, o ile będzie zmianą realną, namacalną dla przeciętnego obywatela. Są jednak obawy, że i na owe małe, ale realne zmiany (na lepsze) może nie starczyć kapitału – i nie chodzi bynajmniej tylko o finanse, tym razem, ale również o spójną koncepcję i zdolność jej wdrażania.
Ironia. Tabletka „dzień po”. Bez zaskoczenia, weto prezydenta do nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne było do przewidzenia. Warto przy tym zauważyć, że debata na ten temat została tak skrajnie upolityczniona, że można wręcz postawić tezę o wpuszczeniu Andrzeja Dudy w maliny, czyli – w weto. Na ostatniej prostej przed wyborami samorządowymi, tuż przed spotkaniami świątecznymi w rodzinnym gronie, prezydent dostarczył paliwa do mobilizacji wyborców ugrupowań, które o zmiany w dostępie do antykoncepcji awaryjnej walczyły z największą determinacją. Oczywiście, wybory samorządowe nie są ani o tabletce „dzień po”, ani o aborcji i prawach reprodukcyjnych kobiet – ale to właśnie głowa państwa zrobiła realnie najwięcej – by były.
To, czego zabrakło, to oddania głosu ekspertom medycznym, w sposób usystematyzowany i publiczny. Z całą pewnością nie mogła tego zastąpić wizyta grupy posłanek Lewicy u prezydenta. Nawet jeśli złożona w najlepszej wierze, świadczy albo o skrajnej naiwności tych, które udały się do Pałacu Prezydenckiego, albo o przyjęciu przez nie roli konia trojańskiego, bo jedyny efekt, jaki udało się uzyskać, to odwleczenie w czasie momentu ogłoszenia weta. Odwleczenia do czasu z punktu widzenia koalicji rządzącej optymalnego.