70 proc. lekarzy pracuje w systemie publicznym na podstawie kontraktów – i podczas Kongresu Rzecznicy Zdrowia wróciło pytanie, czy właśnie ta informacja oraz maksymalna wysokość stawek, jakie szpitale wypłacają „kontraktowcom”, nie powinny stać się główną osią dyskusji o problemie kosztów pracy w szpitalach.
Fot. Twitter/rzecznicyZDR
- "S" i OPZZ zdecydowanie sprzeciwiają się obywatelskiemu projektowi zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych
- Prace nad kształtem ustawy były prowadzone z pominięciem największych związków reprezentujących zawody medyczne
- W tle dyskusji wybrzmiewało cały czas pytanie, czy kontrakty to patologia, która niszczy system
- Maria Ochman: do związkowców dochodzą informacje o lekarzach żądających za godzinę pracy stawek rzędu 700-1700 zł
- W ocenie przedstawicielki Solidarności problemem jest też multiplikowanie zakresów świadczeń, jakie szpitale gwarantują
- Elżbieta Gelert: stawki, o których wspominała Ochman, mogą się rzeczywiście zdarzać, ale incydentalnie
– Ustawa o wynagrodzeniach minimalnych jest ceną spokoju społecznego i będziemy jej bronić jak niepodległości – zapowiadała w środę, w przeddzień posiedzenia specjalnej podkomisji, pracującej nad obywatelskim projektem nowelizacji tejże ustawy, Maria Ochman z NSZZ Solidarność Ochrony Zdrowia. Bronić, jak wynikało z dyskusji, również przed zmianami zaproponowanymi przez środowisko pielęgniarek.
– Wiele środowisk zazdrości nam tej ustawy. Nie jest doskonała, ale działa. Dowodem jest to, że w wielu zawodach obserwuje się trend przechodzenia z umów cywilnoprawnych na etaty. Nie dotyczy to lekarzy, ale np. fizjoterapeutów – mówili zgodnie podczas dyskusji poświęconej kadrom i wynagrodzeniom na Kongresie Rzecznicy Zdrowia szefowa Solidarności Ochrony Zdrowia oraz Tomasz Dydek, reprezentujący OPZZ. Obydwie centrale związkowe zdecydowanie sprzeciwiają się obywatelskiemu projektowi zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych, jaki jeszcze w ubiegłej kadencji do Sejmu złożyły pielęgniarki, argumentując, że zasadnicza ustawa została wypracowana w formule dialogu społecznego w Zespole Trójstronnym ds. Ochrony Zdrowia i tylko w takim gronie powinny być toczone rozmowy o ewentualnych zmianach.
W przeciwnym razie, jak dowodziła Maria Ochman, mielibyśmy do czynienia z powrotem do patologicznej sytuacji, w której poszczególne grupy zawodowe „wyszarpują sobie”, najczęściej w drodze protestów, korzystne dla siebie rozwiązania płacowe, podpisując bilateralne porozumienia z Ministerstwem Zdrowia. Pielęgniarki przypominają jednak (nie tylko one zresztą, bo środowisko lekarzy stoi na podobnym stanowisku), że prace nad kształtem ustawy, który obowiązuje od 2022 roku, były prowadzone z pominięciem największych związków reprezentujących zawody medyczne (które wówczas prowadziły protest, tzw. Białe Miasteczko 2.0).
W tle dyskusji wybrzmiewało cały czas pytanie, czy kontrakty to patologia, która niszczy system – na pewno problem, który komplikuje funkcjonowanie i systemu, i konkretnych placówek. Tezę, że uwaga w rozmowach na temat wynagrodzeń powinna być przesunięta z wynagrodzeń minimalnych właśnie na kominy płacowe windowane przez kontrakty, sformułowała rok temu, podczas pierwszego Kongresu Rzecznicy Zdrowia, przewodnicząca Solidarności.
70 proc. lekarzy pracuje w systemie publicznym na podstawie kontraktów – i podczas Kongresu Rzecznicy Zdrowia wróciło pytanie, czy właśnie ta informacja oraz maksymalna wysokość stawek, jakie szpitale wypłacają „kontraktowcom”, nie powinny stać się główną osią dyskusji o problemie kosztów pracy w szpitalach. Maria Ochman stwierdziła, że do związkowców dochodzą informacje o lekarzach żądających za godzinę pracy stawek rzędu 700-1700 zł.
– Jeśli tak jest, nie dziwmy się, że 90 proc. budżetu szpitali stanowią koszty pracy, choć na pewno nie wynagrodzenia osób pracujących na etatach – komentowała. Dlatego pracodawcy, jak podkreślała, coraz głośniej domagają się rozwiązań określających wynagrodzenia maksymalne.
W ocenie przedstawicielki Solidarności Ochrony Zdrowia problemem jest też multiplikowanie zakresów świadczeń, jakie szpitale gwarantują – przynajmniej w teorii. – Na Mazowszu mamy sytuację, gdy w promieniu 40 km funkcjonuje siedem szpitali, trzy marszałkowskie i cztery podlegające powiatom. I we wszystkich znajdują się takie same oddziały, przy czym w szpitalach powiatowych wielu świadczeń udziela się incydentalnie – mówiła.
Elżbieta Gelert, wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Zdrowia, wieloletnia dyrektor szpitala, nie zgodziła się jednak z oceną, że kontrakty są patologią, którą można winić za problemy systemu ochrony zdrowia. – Kontrakt opiewa najczęściej na 200 godzin, czyli etat plus kilka dyżurów. W wielu szpitalach funkcjonuje przy tym ograniczenie, że wysokość kontraktu może sięgnąć 3-4 średnich, w niektórych specjalizacjach mowa jest o pięciu średnich – podkreśliła. Jak mówiła posłanka, stawki o których wspominała Maria Ochman, mogą się rzeczywiście zdarzać, ale incydentalnie, gdy w grę wchodzi wykonanie konkretnego, drogiego świadczenia. Nie są z pewnością normą. – Gdy patrzymy na umowy o pracę, dochodzą jeszcze urlopy, zwolnienia lekarskie, fundusz socjalny czy urlopy szkoleniowe, których pracownicy kontraktowi nie mają – wyliczała, przypominając, że również w innych grupach zawodowych kontrakty są alternatywą dla etatów. – W przypadku pielęgniarek najczęstszy model to umowa o pracę w jednym szpitalu i kontrakt lub umowa zlecenie w innym czy w innych placówkach – mówiła.
Pielęgniarki nie decydują się na przechodzenie wyłącznie na kontrakty z prostej, jak tłumaczyła Krystyna Ptok, przyczyny: wieku. – Średnia wieku pielęgniarek jest dużo wyższa niż lekarzy. Ci, którzy w tej chwili wchodzą do zawodu pielęgniarskiego, jeśli w ogóle podejmują pracę w systemie publicznym, chętniej decydują się na kontrakty.