Co premier powiedział w powyborczy wtorek swoim ministrom, że w kilku resortach nastąpiło widoczne gołym okiem przyspieszenie i mobilizacja? Czy zaświecił w oczy wizją rekonstrukcji rządu, która wcale nie musi oznaczać (i prawdopodobnie oznaczać nie będzie) wygodnego lądowania w europarlamencie?
Minister sportu i turystyki Sławomir Nitras, minister edukacji Barbara Nowacka oraz minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. MZ
- Wielka jest moc niezadowolenia premiera, skoro odmienia to, co trudne lub wręcz niemożliwe w kwestię zgoła techniczną, wymagającą w sumie niewielkiego wysiłku organizacyjnego ze strony trzech ministerstw
- Minister zapowiedziała szczepienia w szkołach i w aptekach, choć na przeszkodzie stoją przepisy ustawowe
- Cztery projekty w nadzwyczajnej komisji to mały, ale znaczący sukces rządzącej koalicji czy tylko odroczenie problemu?
Największe zaskoczenie. Edukacja zdrowotna. Wielka jest moc niezadowolenia premiera, skoro odmienia to, co trudne lub wręcz niemożliwe w kwestię zgoła techniczną, wymagającą w sumie niewielkiego wysiłku organizacyjnego ze strony trzech ministerstw – mowa o przedmiocie Edukacja o zdrowiu, który ma wejść do szkół już od 1 września 2025 roku. Jest pomysł, jest zespół, jest wszystko to, czego brakowało jeszcze kilka tygodni temu, gdy pod koniec marca podczas posiedzenia podkomisji stałej ds. zdrowia publicznego przedstawicielki MEN informowały posłów, że odrębnego przedmiotu nie będzie, ale „elementy wiedzy o zdrowiu znajdą się w nowej podstawie programowej przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie, która będzie obowiązywać od początku roku szkolnego 2025/2026”...
No właśnie, czy aby na pewno jest jakiś przełom? Może o tyle, że resort edukacji najwyraźniej zrozumiał konieczność pokazania nowej jakości – stąd decyzja o zastąpieniu obśmiewanego „wudeżetu” – przedmiotem stricte poświęconym edukacji zdrowotnej w pełnym spektrum, z edukacją seksualną włącznie. Nie będzie „elementów wiedzy o zdrowiu”, tylko nowy przedmiot. Ale nadal nie ma przełomu co do meritum: na przedmiot trzeba będzie czekać kilkanaście miesięcy (ministerstwo nie daje żadnego rozwiązania pomostowego, na przykład w postaci przejrzenia podstaw programowych i włączenia do nich elementów wiedzy o zdrowiu od września 2024 roku), w dodatku – warto pamiętać – wychowanie do życia w rodzinie to przedmiot w klasach 4-8, i to fakultatywny. Trudno sobie wyobrazić, by nowy przedmiot też miał taki status.
No i przede wszystkim, co z klasami 1-3 oraz ze szkołami ponadpodstawowymi, gdzie tematy okołozdrowotne są przecież tak samo ważne? MEN przewiduje również dla nich edukację zdrowotną, ale czy to będzie oznaczać dodatkową godzinę zajęć (zwłaszcza w drugich i trzecich klasach szkół ponadpodstawowych godzin jest bardzo dużo), czy też na przykład lekcja o zdrowiu – zgodnie z ubiegłoroczną podpowiedzią ks. Arkadiusza Nowaka, który zresztą znalazł się w zespole ds. przygotowania zajęć o zdrowiu – wejdzie na miejsce jednej lekcji religii, czyli również przedmiotu i tak nieobowiązkowego?
Zdeterminowana minister edukacji, po której wystąpieniu media komentowały, że wstąpiła w nią nowa energia, wypada bardzo dobrze, jednak gdy przyjrzeć się szczegółom, na razie przełomu nie widać. Mimo wszystko za nowy przedmiot i determinację resortu edukacji (oraz resortu zdrowia) trzeba trzymać mocno kciuki. Choćby z powodu stale i szybko rosnącej liczby rodziców uchylających się od szczepień dzieci – widać bardzo wyraźnie, że wśród kolejnych roczników młodych rodziców dramatycznie brakuje podstawowej wiedzy dotyczącej szczepień, a co za tym idzie – zaufania do nich, które jest rujnowane, dodatkowo, wszechobecnymi w internecie fake newsami. Bez edukacji zdrowotnej tylko w tym jednym obszarze profilaktyki pierwotnej poniesiemy klęskę.
Największy znak zapytania. Spójność komunikacyjna. „Będą masowe szczepienia przeciwko HPV w szkołach” – donosiły media w ubiegłym tygodniu, powołując się na wypowiedzi minister zdrowia Izabeli Leszczyny. Minister zapowiedziała szczepienia w szkołach i w aptekach, choć na przeszkodzie stoją przepisy ustawowe, które wcześniej trzeba byłoby zmienić – i wcale nie wiadomo, czy byłaby ku temu wystarczająca większość (nie mówiąc o akceptacji na etapie konsultacji publicznych).
Szczepienia w punktach zorganizowanych w szkołach są oczywiście możliwe, ale tu w grę wchodzi konieczność obecności rodzica lub opiekuna prawnego (zgodnie z przepisami, świadczenie zdrowotne może być wykonywane u osoby do 16. roku życia w obecności rodzica, zaś powyżej – za jego pisemną zgodą). Minister może oczywiście ponownie uznać, że szczepienie nie jest świadczeniem zdrowotnym, tylko, hmmm, usługą – ale czy to okaże się wystarczające? Z kolei w przypadku aptek, zgodnie z przepisami mogą one wykonywać szczepienia wyłącznie u osób pełnoletnich. Owszem, był pomysł – w pandemii – by w aptekach granicę wieku ustalić na 16 lat, ale ostatecznie upadł. W przypadku szczepień przeciwko HPV, przynajmniej w ramach programu rządowego, mówimy o dzieciach młodszych (12-13-letnich), więc z pewnością jest to temat na poważną dyskusję.
W tym samym dniu, w którym minister Leszczyna potwierdzała chęć wprowadzenia szczepień przeciw HPV do szkół, jej zastępca Wojciech Konieczny, któremu w resorcie podlega obszar zdrowia publicznego, mówił podczas Kongresu Rzecznicy Zdrowia, że sprawa szczepień w szkołach nie jest przesądzona, że trwają analizy, a w zasadzie obecny system „odpowiada potrzebom”. Słowa Koniecznego wprawiły w osłupienie uczestników dyskusji, bo 15 proc. zaszczepionej populacji, do której adresowane było (jest) szczepienie, trudno uznać za sukces i dowód, że system jest adekwatny do potrzeb. O tym, że nie jest, eksperci alarmują już od miesięcy.
Warto byłoby może wypracować spójną komunikację w tej sprawie, najpierw w ministerstwie, potem w rządzie. Minister edukacji 22 marca deklaruje, że resort nie planuje organizacji punktów szczepień przeciw HPV w szkołach, teraz zmienia zdanie i przyznaje, że będzie to wyzwanie logistyczne, ale należy je podjąć. Chaos w przekazie nie buduje wiarygodności. Ani rządzących, ani programu szczepień.
Największy (mimo wszystko) brak zaskoczenia. Przepisy w sprawie aborcji. Cztery projekty w nadzwyczajnej komisji to mały, ale znaczący sukces rządzącej koalicji czy tylko odroczenie problemu? Skład komisji pokazuje, że – przynajmniej na razie – szanse na dalsze procedowanie ma tylko projekt Trzeciej Drogi, czyli powrót do tzw. kompromisu aborcyjnego sprzed października 2020 roku. Na to rozwiązanie absolutnie nie chce się zgodzić Lewica – i niewykluczone, że wspólny front posłanek tej formacji oraz Koalicji Obywatelskiej będzie wywierać presję na Donalda Tuska, by rozważył zaangażowanie się w poparcie projektu depenalizacji i dekryminalizacji aborcji jako alternatywy dla projektu Trzeciej Drogi. Głosowania nad projektami liberalizującymi przepisy aborcyjne i zwłaszcza skład komisji praktycznie przesądzają, że liberalizacja jako taka w tym Sejmie się nie wydarzy – a koalicja rządząca, a zwłaszcza Lewica i Koalicja Obywatelska (choć po części, patrząc na preferencje elektoratu, również Polska 2050) będą musiały to „jakoś” wyjaśnić elektoratowi. Nie wszystko będzie można przerzucić na nastawienie prezydenta Andrzeja Dudy, skoro w Sejmie nie ma większości dla realizacji złożonych obietnic.
Nie wiadomo, jakie są losy rozporządzenia w sprawie zmiany warunków umów tak, by szpitale musiały zapewnić kobietom, które mogą w sposób legalny zakończyć ciążę, realizację tego świadczenia. Projekt został skierowany do konsultacji 11 marca z terminem 21 dni – ten minął więc na początku kwietnia, stanowisk nie opublikowano, nie ma też informacji o dalszych etapach procedowania dokumentu, który wzbudził spore kontrowersje – zarówno w środowiskach lekarskich, jak i po stronie szpitali oraz ich organów właścicielskich (samorządów).
Największy sukces. Wojna dyskontów pod lupą państwa. A jednak. Skandaliczna odsłona wojny dyskontów z alkoholem sprzedawanym poniżej kosztów akcyzy, którą w pierwszych tygodniach roku nagłaśniały media, znalazła się nie tylko pod lupą UOKiK, ale i prokuratury i policji, która na zlecenie śledczych bada sprawę pod kątem łamania przepisów o przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Lepiej późno niż później (albo wcale), można byłoby powiedzieć.