W tej chwili mamy co prawda Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych, ale on nie działa, i w naszej ocenie nie zadziała, bo kwoty, które oferuje poszkodowanym pacjentom, są zbyt niskie – zaznaczają przedstawiciele samorządu lekarskiego.
Fot. Adobe Stock
- Według badań CMJ ponad 86 proc. lekarzy i pielęgniarek deklaruje, że uczestniczyło w zdarzeniu medycznym
- Zgodnie z obietnicami resortu sprawiedliwości w maju ma zostać przedstawiony projekt wprowadzając tzw. klauzulę wyższego dobra
- Optymalnym rozwiązaniem jest sytuacja, w której lekarz nie obawia się zakomunikować pacjentowi o zdarzeniu medycznym, które go dotyczy, i zgłosić tego zdarzenia do rejestru
- Wraz z takim komunikatem pacjent – od swojego lekarza – otrzymywałby komplet informacji, gdzie powinien zgłosić swoją skargę, by otrzymać w szybkim terminie odpowiednią i godną kompensatę
- Już 60 proc. lekarzy wykazuje objawy wypalenia zawodowego, a ci, w sprawie których prokuratura wszczyna i prowadzi postępowania, są tym bardziej narażeni na takie rozpoznanie
W poniedziałek przedstawiciele Naczelnej Rady Lekarskiej spotkali się z dziennikarzami, by przybliżyć ideę postulowanej przez samorząd klauzuli wyższego dobra, czyli systemu no fault, o który środowisko lekarskie walczy od wielu lat. – Mamy w tej walce sojuszników – podkreślał Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, przywołując wspólne stanowisko wszystkich samorządów medycznych, a także Rady Organizacji Pacjentów przy Ministrze Zdrowia.
Lekarze tłumaczą, że zdarzenia medyczne od zawsze towarzyszą procesom diagnostyki i leczenia i tylko w ich niewielkiej części można mówić o rzeczywistych błędach medycznych, a w jeszcze mniejszej – o błędach rzeczywiście zawinionych. – Według danych międzynarodowych co dziesiąty pacjent doznaje zdarzenia medycznego – mówił Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej. Inne dane pokazują, że 10 proc. zgonów w szpitalach spowodowanych jest przez inny problem medyczny niż ten, w kierunku którego pacjent jest leczony lub diagnozowany, co samo w sobie wyczerpuje znamiona zdarzenia, a nawet błędu. Przykładem może być zgon pacjenta przyjętego z powodu choćby złamania, który w szpitalu umiera z powodu zawału serca – oznacza to bowiem, że personel na czas nie rozpoznał i nie zareagował na objawy.
Wyjściem, jak mówili lekarze, nie jest jednak szukanie za wszelką cenę winnych i próby karania personelu. Przeciwnie, optymalnym rozwiązaniem jest sytuacja, w której lekarz nie obawia się zakomunikować pacjentowi o zdarzeniu medycznym, które go dotyczy (na przykład zakażeniu szpitalnym), i zgłosić tego zdarzenia do rejestru. Wraz z takim komunikatem pacjent – od swojego lekarza – otrzymywałby komplet informacji, gdzie powinien zgłosić swoją skargę, by otrzymać w szybkim terminie odpowiednią i godną kompensatę, która pozwoli – na przykład – na sfinansowanie rehabilitacji przyspieszającej powrót do zdrowia.
– W tej chwili mamy co prawda Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych, ale on nie działa i w naszej ocenie nie zadziała, bo kwoty, które oferuje poszkodowanym pacjentom, są zbyt niskie – mówili przedstawiciele samorządu lekarskiego. Innym problemem jest wąski zakres zdarzeń medycznych, które mogą być w ogóle uwzględniane w systemie kompensacji. To z kolei sprawia, że poszkodowani pacjenci nadal nie tylko wolą, ale wręcz są skazani na składanie zawiadomień do prokuratury i liczenie, że doszuka się ona błędu po stronie konkretnego lekarza (czy też innego profesjonalisty medycznego). Tylko wtedy jest szansa czy to na wyrok, czy na mediację, dzięki której ubezpieczyciel (lekarza lub placówki) wypłaci odszkodowanie. Takie postępowania trwają jednak, jak podkreślano, latami.
Lekarze mają nadzieję, że publiczna deklaracja ministra sprawiedliwości Adama Bodnara, że w maju resort przedstawi propozycję zmian w Kodeksie karnym, uwzględniających postulat klauzuli wyższego dobra, zostanie dotrzymana. Czekają na nią tym bardziej, że jak mówił Mateusz Kowalczyk, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, już 60 proc. lekarzy wykazuje objawy wypalenia zawodowego, a ci, w sprawie których prokuratura wszczyna i prowadzi – wieloletnie niekiedy, niekończące się bynajmniej nawet postawieniem zarzutów czy tym bardziej skierowaniem do sądu aktu oskarżenia – postępowania, są tym bardziej narażeni na takie rozpoznanie, które z kolei pociąga za sobą ryzyko czy to zaburzeń lękowych, czy depresji lub ryzykowanych zachowań, np. uzależnień. – Zastąpienie specjalisty, który z powodu wypalenia i problemów ze zdrowiem psychicznym odchodzi z zawodu lub udaje się na długie zwolnienie lekarskie, nie jest ani proste, ani tanie – przypominał.
Inną patologią, na którą wskazuje samorząd, jest rozwój medycyny defensywnej. Jak wielokrotnie w ostatnich latach powtarzano, już na studiach kandydaci na lekarzy słyszą, że kluczową umiejętnością w zawodzie jest właściwe prowadzenie dokumentacji medycznej. Właściwe, czyli takie, by prokurator nie mógł wykazać lekarzowi zaniedbania. Następnie lekarze „uczą się”, że lepiej wybierać metodę postępowania bezpieczniejszą dla nich, niekoniecznie optymalną dla pacjenta i zwiększającą jego szanse na zdrowie i życie. Defensywność oznacza również, last but not least, że specjalizacje zabiegowe z roku na rok cieszą się coraz mniejszą popularnością. Trudno się dziwić, jeśli wiadomo, że najwięcej zdarzeń medycznych – a więc potencjalnych postępowań prokuratorskich – ma miejsce na oddziałach chirurgii ogólnej, ginekologii i położnictwa oraz ortopedii. – Za kilka, może kilkanaście lat, dosłownie nie będzie nas miał kto operować – przestrzegał wiceprezes Kowalczyk.