Jeśli szesnastolatka jest w niechcianej ciąży, a tylko wtedy zgłosi się po tabletkę, to znaczy że rodzicom nie wyszło – wypowiedzi minister zdrowia Izabeli Leszczyny z internetowej części rozmowy w Radiu Zet mogą szokować.

Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. MZ
Minister zdrowia gościła w środę w Radiu Zet. W trakcie rozmowy odnosiła się m.in. do pogłosek o swojej rychłej dymisji (nie spodziewa się), o tym, czy wybiera się do Parlamentu Europejskiego (nie wybiera się), do planowanych zmian systemowych (obiecała skrócenie kolejek do lekarzy i uwolnienie tych ostatnich ze szpitali). Duża część rozmowy była poświęcona zmianom w dostępności tabletki postkoitalnej w związku z zapowiadanym na 1 maja startem programu pilotażowego w aptekach.
Po zakończeniu czasu antenowego rozmowa była kontynuowana w internecie. I tam słuchacze mogli się dowiedzieć m.in., że tzw. plan B, który oznacza, że niepełnoletnia dziewczyna będzie mogła kupić tabletkę postkoitalną bez obecności i zgody rodziców, „to jest pomoc rodzicom, którym nie wyszło z wychowaniem”. – Bo jeśli 16-latka jest w niechcianej ciąży, a tylko wtedy się zgłosi po tabletkę, to znaczy że rodzicom nie wyszło i szkole pod rządami PiS nie wyszło – powiedziała szefowa resortu zdrowia.
Jednym stwierdzeniem minister podważyła, po pierwsze, argumentację, że tabletka, o którą toczy się spór, nie jest tabletką wczesnoporonną, tylko zapobiega zapłodnieniu, a więc – nie dopuszcza do powstania ciąży. Oczywiście można tłumaczyć, że minister nie to miała na myśli, że chciała powiedzieć, że jeśli 16-latka myśli, że może być w niechcianej ciąży etc., ale problem w tym, że w polityce nie liczy się to, co polityk chce powiedzieć, tylko to, co powiedział. A minister, zapis dosłowny, powiedziała właśnie to.
Fałszywa, a w dodatku kompletnie sprzeczna z narracją, na jakiej były oparte prace nad nowelizacją Prawa farmaceutycznego, informacja to jeden problem. Drugi, równie realny, to krzywdząca wiele osób sugestia, że konieczność sięgnięcia po tabletkę „dzień po” w przypadku młodych kobiet świadczy o niewydolności wychowawczej rodziców czy instytucji, które mają wpływ na edukację.
Owszem, w Polsce edukacja seksualna stoi na niskim poziomie, można powiedzieć, że jej nie ma, dotyczy to zarówno szkół jak i rodzin, o czym świadczy m.in. obniżający się wiek inicjacji seksualnej. To problem, który trzeba rozwiązać instytucjonalnie. Ale po tabletkę postkoitalną sięgają nie tylko osoby, którym zdarzył się nieplanowany, ale chciany stosunek seksualny, a minister zdrowia nie powinna abstrahować od przypadków, w której dziewczyna pada ofiarą wymuszonego seksu, wręcz gwałtu. Według danych policji w Polsce zgłaszanych jest co prawda 1,5 tysiąca gwałtów, ale eksperci, m.in. organizacje zajmujące się prawami kobiet szacują, że ta liczba jest co najmniej kilkukrotnie, być może nawet dziesięciokrotnie, zaniżona. To tylko jeden z argumentów na niefortunność słów minister zdrowia.
Ale są i inne. Tak, wydolni wychowawczo rodzice dorastających nastolatek (i nastolatków) powinni z dziećmi rozmawiać o seksie, o bezpiecznym seksie i o antykoncepcji. Również wtedy, gdy wyznają zasady moralne, zgodnie z którymi aktywność seksualna w tak młodym wieku i przed ślubem nie jest akceptowana. Nie jest jednak zadaniem polityka osądzanie, który rodzic ponosi porażkę, a który nie. Czy matka, która przyjdzie ze swoją 16-letnią córką po tabletkę postkoitalną bardziej zasłuży na uznanie pani minister, a ta, która nie będzie miała zielonego pojęcia, że jej uświadomiona wszechstronnie córka zatai ze wstydu, że zapomniała o regularnym przyjmowaniu antykoncepcji i pójdzie do apteki sama, spełni kryteria „rodzica, któremu nie wyszło”?