Start „pigułkowego” programu pilotażowego nie przebił się do opinii publicznej jako realny sukces rządu, nie tylko ze względu na spore komunikacyjne zamieszanie. Sukcesów brak też na innych odcinkach, niestety.
Fot. Adobe Stock
Największy znak zapytania. Pigułka „dzień po”. 2 maja Narodowy Fundusz Zdrowia ogłosił, że rozpoczyna przyjmowanie wniosków o przystąpienie aptek do programu pilotażowego, który ma zwiększyć dostępność tzw. antykoncepcji awaryjnej. Ile podmiotów zdecyduje się złożyć wnioski, ile potrwa ich procedowanie – to pytania o charakterze technicznym, odpowiedź poznamy (stosunkowo) szybko. Szybkie uruchomienie procedury składania wniosków ma jeden cel: zmniejszyć opóźnienie we wprowadzaniu tego programu, a w każdym razie stworzyć wrażenie, że decydenci trzymają rękę na pulsie sprawy, która politycznie jest znacząca, bo zaangażowała niemal całą uwagę Ministerstwa Zdrowia. Co zrobi resort zdrowia, gdy rzeczywistość potwierdzi, że ze środka, o który od miesięcy trwa spór, będą mogły korzystać niemal wyłącznie osoby dorosłe, a więc dokładnie tak, jak proponowała – oczywiście, że z politycznych pobudek – opozycja? Czy taką wizerunkową porażkę uda się przekuć w sukces? Może to być trudne, zważywszy, jakie zawirowania komunikacyjne są związane już na początku wdrażania tegoż programu. Co dopiero Ministerstwo Zdrowia w raporcie z konsultacji publicznych mnóstwo miejsca i energii poświęciło, by dowieść, że „czynności” związane z programem nie są ani świadczeniem, ani usługą farmaceutyczną, a tu w mediach społecznościowych samego MZ oraz Kancelarii Premiera czytamy, że program będzie (czy też jest) realizowany w ramach usługi farmaceutycznej. Być albo nie być (usługą farmaceutyczną) – oto jest pytanie…
Totalny brak zaskoczenia. Podejście do zdrowia. Dwudziesta rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej była okazją do wielu mniej lub bardziej znaczących wystąpień lub oświadczeń przekazywanych opinii publicznej w mediach społecznościowych. Jeden z nich popełnił premier Donald Tusk, przywołując znane już od miesięcy analizy Banku Światowego, zgodnie z którymi – jeśli utrzymają się obecne trendy makroekonomiczne – pod koniec trzeciej dekady XXI wieku w Polsce PKB w przeliczeniu na mieszkańca będzie wyższy niż w Wielkiej Brytanii. To, oczywiście, z jednej strony zasługa dynamicznego wzrostu gospodarczego w Polsce, choć niemniejsza – stagnacji, w jakiej Wielka Brytania tkwi od lat bez widoków na poprawę sytuacji po brexicie.
– Polacy będą zamożniejsi niż Brytyjczycy – ekscytuje się część komentatorów. Nie pada jednak pytanie o dystrybucję tej zamożności, o priorytety państwa. Już dwa, trzy lata temu grupa ekspertów, zaproszona do dyskusji na temat sytuacji w ochronie zdrowia przez znajdujący się w rękach opozycji Senat, zwracała uwagę, że Polska już od pewnego czasu nie ma podstaw, by myśleć o swoim poziomie zamożności w kategoriach ubóstwa. Wręcz przeciwnie – wszystkie wskaźniki ekonomiczne każą sytuować nasz kraj w elitarnym klubie państw wręcz bogatych, jeśli patrzeć na wszystkie kraje świata. Ba, w ostatnim czasie awansowaliśmy (owszem, dzięki spadkowi Turcji) do klubu dwudziestu największych gospodarek świata. Za optymistyczno-realistycznym spojrzeniem na naszą, jako kraju, sytuację ekonomiczną przemawia też członkostwo w UE, które przekłada się na potężny strumień pieniędzy napędzających gospodarkę. W efekcie w ostatnich latach PKB per capita w Polsce oscyluje wokół 75 proc. średniej unijnej. Tymczasem wydatki na zdrowie, według ostatniego raportu OECD i Komisji Europejskiej („Health at a Glance. Europe 2022”) wynoszą dokładnie połowę unijnej średniej – niespełna 1,6 tys. EUR PPP vs. niecałe 3,2 tys. EUR PPP. Bogacący się kraj, mimo licznych deklaracji polityków, nie traktował wydatków na zdrowie priorytetowo.
I to się nie zmienia. W minionym tygodniu rząd przyjął „Wieloletni Plan Finansowy Państwa na lata 2024-2027”, w nim – jak zwykle – jest też część poświęcona wydatkom na zdrowie (i zdrowiu, jako takiemu). – Jednym z istotnych wymiarów rozwoju kapitału ludzkiego jest stan zdrowia i dostęp do usług z zakresu opieki zdrowotnej. Dobry stan zdrowia obywateli i całego społeczeństwa jest istotną determinantą wzrostu gospodarczego, a interwencje w dziedzinie zdrowia są kluczowe w ograniczaniu ryzyka ubóstwa z powodu dezaktywacji zawodowej wynikającej z przyczyn zdrowotnych – czytamy w planie. – Działalności państwa ujętej w obszarze „Zdrowie” został przypisany cel: zwiększenie bezpieczeństwa zdrowotnego społeczeństwa poprzez zapewnienie trwałego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej, ze szczególnym uwzględnieniem świadczeń ratujących życie – dodano. Do dokumentu wpisano mierniki, w tym np. liczbę osób, które zostaną objęte koordynowaną opieką onkologiczną. W latach 2024-2027 ma się ona zwiększyć o ok. 15 proc. (z 42 tys. do 28 tys.).
W planie finansowym nie mogło zabraknąć wątku wydatków. – Zgodnie z ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych wskaźnik minimalnych nakładów na finansowanie ochrony zdrowia będzie stopniowo ulegał podwyższeniu z 6,0 proc. PKB w 2023 r. do 6,2 proc. w 2024 r. 6,5 proc. w 2025 r., 6,8 proc. w 2026 r., aż do osiągnięcia poziomu 7 proc. PKB w 2027 roku – informuje rząd. Czy też raczej – dezinformuje, bo w żadnym momencie nie wspomina o zapisanej w ustawie regule N-2, czyli odnoszeniu wydatków bieżących do PKB sprzed dwóch lat. Minister zdrowia Izabela Leszczyna na początku swojego urzędowania składała obietnice, że gdy będzie mówić o poziomie wydatków na zdrowie i będzie przywoływać dane ustawowe, zawsze będzie wspominać o zafałszowującej je metodologii – ale ta deklaracja nie obejmuje najwyraźniej oficjalnych dokumentów rządowych.
A skoro premier przywołał przykład Wielkiej Brytanii… Tam na zdrowie wydają 11,3 proc. PKB (łącznie, ponad 9 proc. to wydatki publiczne). W Polsce realny odsetek PKB wynosi 6,7 proc. PKB, a wydatki publiczne oscylują wokół 5 proc. I choć jest prawdą, że „pieniądze to nie wszystko”, bo przy wyraźnie większych nakładach Wielka Brytania mierzy się z podobnej skali problemami, co polski system ochrony zdrowia, pozostaje pytanie, czy faktyczne mrożenie obecnego poziomu finansowania (tak działa ustawa nakładowa) naszych problemów nie pogłębi.
Największa klęska. Demografia. Dane, jakie w minionym tygodniu podał GUS, bez żadnej przesady porażają. Liczba ludności Polski na koniec 2023 r. spadła o 130 tys. – do 37,637 mln osób. Liczba urodzeń była niższa od liczby zgonów prawie o 137 tys. Stopa ubytku rzeczywistego w minionym roku wyniosła –0,34 proc., co oznacza, że na każde 10 tys. ludności ubyły 34 osoby. Przyrost naturalny pozostaje ujemny od 2013 roku. Na sytuację w 2023 r. największy wpływ miała rekordowo niska liczba urodzeń i jednocześnie duże natężenie zgonów. Ich liczba przekroczyła o niemal 35 tys. średnioroczną z ostatnich 50 lat (409 tys. do 374 tys.). Wysoka umieralność ludności Polski w 2023 r. dotknęła w podobnym stopniu zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Tylko częściowo wyższą umieralność można tłumaczyć starzeniem się społeczeństwa – nie ma wątpliwości, że wpływ na nią ma również zaciągnięty w czasie pandemii COVID-19 dług zdrowotny. Przed takim scenariuszem, stale utrzymującej się, wysokiej (choć oczywiście niższej niż w samej pandemii) liczby zgonów spowodowanych m.in. utrudnieniami w dostępie do diagnostyki, zwłaszcza onkologicznej, w latach 2020-2021 i późniejszym rozpoczynaniem terapii, przestrzegają eksperci już co najmniej od dwóch, a wręcz trzech lat.
Ponieważ trudno przypuszczać, by w obszarze dzietności udało się szybko osiągnąć przełom (jeśli w ogóle jest to możliwe, program finansowania leczenia niepłodności metodą in vitro może pomóc, ale negatywnego trendu raczej nie przełamie), wydaje się, że walka o spowolnienie fatalnych procesów demograficznych musi skupić się właśnie na zgonach, konkretnie zaś – na zapobieganiu zgonom możliwym do uniknięcia. Ale ta walka nie może mieć tylko charakteru deklaratywnego, musi wyjść z dokumentów rządowych, w które obfitował ostatni tydzień (nie tylko WPFP 2024-2027, ale też rewizja Krajowego Planu Odbudowy, przyjęta przez gabinet Donalda Tuska i skierowana do Brukseli, ze znaczącym fragmentem dotyczącym ochrony zdrowia, którego wartość oscyluje wokół 17 mld zł) na poziom realnych decyzji. Czas, by zdrowie zaczęło być traktowane priorytetowo…