Dla wybranej grupy dziesięciu krajów, w których dobre warunki pracy lekarzy łączą się z wysoką satysfakcją pacjentów i efektywnością systemu, średnia liczba lekarzy w przeliczeniu na populację wynosi 4,1. I to, jak wynika z przygotowanych przez NIL materiałów, jest punkt wyjścia do stwierdzenia, że w Polsce lekarzy mamy ciągle zbyt mało.
Siedziba Naczelnej Izby Lekarskiej w Warszawie. Fot. Włodzimierz Wasyluk
- Zadowolenie pacjentów z funkcjonowania systemu ochrony zdrowia w Polsce jest najniższe wśród krajów OECD – niespełna 30 proc.
- Polska ze wskaźnikiem liczby absolwentów kierunków lekarskich na 100 tys. mieszkańców rzędu 13,4 znajduje się w czołówce krajów OECD
- Wskaźnik ten w bliskiej przyszłości, gdy już zostanie skonsumowany wzrost liczby kierunków lekarskich z lat 2021-2023, może sięgnąć 21
- Kształcimy za dużo najdroższych dla systemu pracowników, zamiast tworzyć warunki, w których będą oni mogli znaczącą część zadań (administracyjnych, choć nie tylko) przekazać w ręce innych zawodów
Choć lekarzy w systemie jest za mało, na kierunkach lekarskich studiuje za dużo osób – informacja, jaką ze spotkania w NIL podała część mediów, rozgrzała polityków do białości. Od lewicy (Anna Maria Żukowska) do Suwerennej Polski (Michał Woś) posypały się zarzuty a to o brak logiki, a to o chęć obrony interesów „kasty”. Jak jest naprawdę i co wynika z raportu, jaki przygotował samorząd lekarski?
Od kilku miesięcy w Naczelnej Izbie Lekarskiej pracuje zespół ds. transformacji systemu ochrony zdrowia i w poniedziałek przedstawiciele samorządu lekarskiego zaprezentowali jeden z gotowych modułów, za punkt wyjścia obierając poziom satysfakcji pacjentów. Warto zaznaczyć, że dane, jakie zebrano w przekazanej dziennikarzom informacji, nie są ani nowe, ani zaskakujące – w zdecydowanej większości pochodzą z publikowanych w ostatnich latach raportów OECD. Wartością dodaną jest ich zagregowanie i skrzyżowanie, co pozwala uzyskać wartą refleksji perspektywę.
Zadowolenie pacjentów z funkcjonowania systemu ochrony zdrowia jest, jak zauważają lekarze, najniższe wśród krajów OECD (niespełna 30 proc.), co więcej – obniżyło się o blisko 20 punktów procentowych w ciągu dekady (2010-2020). Alarmującą informacją jest też to, że jest ono ponad dwukrotnie niższe niż średnia OECD (70 proc.).
Lekarze postawili więc pytanie: jak robią to inni? Przy czym „inni” oznacza grupę krajów, w których satysfakcja pacjenta jest wyższa niż mediana, a jednocześnie efektywność systemu, mierzona wskaźnikiem zgonów możliwych do uniknięcia – od tej mediany niższa. Pierwszą grupę osiemnastu państw drugie kryterium zawęziło do dwunastu, zaś tę grupę pomniejszono jeszcze o dwa kraje (Japonię i Belgię), w których warunki pracy lekarzy (w obu krajach liczba lekarzy na 1000 mieszkańców jest niższa niż średnia OECD) zostały ocenione jako złe: w Belgii lekarze POZ pracują ponad 60 godzin tygodniowo, w Japonii młodzi lekarze pracują ponad 80 godzin tygodniowo.
Dla tak wybranej grupy dziesięciu krajów, w których dobre warunki pracy lekarzy łączą się z wysoką satysfakcją pacjentów i efektywnością systemu średnia liczba lekarzy w przeliczeniu na populację wynosi 4,1. I to, jak wynika z przygotowanych materiałów, jest punkt wyjścia do stwierdzenia, że w Polsce lekarzy mamy ciągle zbyt mało, bo obecnie wskaźnik dla naszego kraju wynosi 3,6 – czyli pożądany wzrost wynosiłby ok. 15 proc.
Jednocześnie lekarze przyznają, że w najbliższych latach średnia dla OECD prawdopodobnie wzrośnie – wszystkie kraje, mimo wprowadzanych rozwiązań odciążających lekarzy (przesuwanie części zadań na inne zawody medyczne, rozwiązania technologiczne), mówią o niedoborze lekarzy w perspektywie kolejnej dekady, dwóch. Wielka Brytania (3,18) wskazuje, że w 2037 roku wskaźnik powinien wzrosnąć do 4,4–4,5, zaś Szwajcaria, w której liczba lekarzy jest wyraźnie wyższa od średniej (4,44), planuje niewielki, ale jednak wzrost do 4,6 do 2030 roku (mimo wprowadzanych reform).
Mobilizację widać też, gdy analizuje się znaczące zwiększenie liczby kształconych studentów kierunków lekarskich. W latach 2000-2021 praktycznie wszystkie kraje OECD zwiększyły liczbę miejsc na tych kierunkach, przy czym w różnym stopniu: rekordowo Dania (190 proc.), najmniej – Korea Południowa (10 proc.). Wzrost zanotowany w Polsce (2021 rok, warto pamiętać, był jednak dopiero początkiem fali uruchomionej przez ministrów Przemysława Czarnka i Adama Niedzielskiego) wyniósł 120 proc. Polska ze wskaźnikiem liczby absolwentów kierunków lekarskich na 100 tysięcy mieszkańców rzędu 13,4 znajduje się w czołówce krajów OECD, a wskaźnik ten w bliskiej przyszłości, gdy już zostanie skonsumowany wzrost liczby kierunków lekarskich z lat 2021-2023, może sięgnąć 21.
Sukces? Tak to chcą widzieć politycy, komentujący poniedziałkowy przekaz NIL w mediach społecznościowych. Anna Maria Żukowska (Lewica) zastanawiała się, czy na studiach lekarskich nie ma zajęć z logiki (dopatrując się jej braku w stwierdzeniu, że lekarzy jest w systemie zbyt mało, ale za dużo kształcimy), Michał Woś (Suwerenna Polska) dopatrywał się wręcz politycznego spisku: – To piłeczka wystawiona dla tuskowych? My otwieraliśmy zawody, ograniczaliśmy kasty. Tusk ulegnie korporacyjnym interesom lekarzy chcących ograniczyć konkurencję? A medyków wciąż dramatycznie brakuje – stwierdził polityk.
To ostatnie stwierdzenie jest jednak wręcz zbieżne z tym, co pokazał raport Naczelnej Izby Lekarskiej. Bo „medycy” to nie tylko lekarze. NIL zwraca uwagę, że w grupie benchmarkowej praktycznie wszystkie kraje mają dwu-, a nawet trzykrotnie więcej pielęgniarek – by poprzestać na tym równie kluczowym zawodzie medycznym – niż Polska. W Finlandii, Szwajcarii i Norwegii wskaźnik pielęgniarek w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców sięga 20, podczas gdy w Polsce oscyluje wokół 5.
Ale system ochrony zdrowia to nie tylko lekarze i pielęgniarki. – Żadne z państw benchmarku nie ma tak niskiej liczby zatrudnionych w sektorze ochrony zdrowia i opieki. W niektórych państwach liczba innych profesjonalistów medycznych na jednego lekarza jest nawet trzykrotnie wyższa – czytamy w raporcie. W Norwegii na tysiąc mieszkańców przypada 112 osób wykonujących zawody „medyczne i opiekuńcze”, w Szwecji i Danii wskaźnik ten zbliża się do 100. Polska, ze wskaźnikiem 29, nie jest co prawda na ostatnim miejscu wśród krajów OECD, ale dystans do krajów z grupy odniesienia jest wyraźny – również tych, które zajmują w tym zestawieniu ostatnie miejsca (Austria – 55, Słowenia – 35).
Mówiąc najprościej: kształcimy za dużo najdroższych dla systemu pracowników, zamiast tworzyć warunki, w których będą oni mogli znaczącą część zadań (administracyjnych, choć nie tylko) przekazać w ręce innych zawodów. To zresztą jeden z wniosków, jakie towarzyszyły rozmowom na temat kadr medycznych i kształcenia przeddyplomowego lekarzy w sejmowej podkomisji stałej ds. organizacji systemu ochrony zdrowia: podkreślano wówczas, że ciężar uwagi powinien być przesunięty na kształcenie większej liczby pielęgniarek oraz tworzenie warunków dla zafunkcjonowania na większą skalę nowych zawodów medycznych, bo gwałtowny przyrost liczby lekarzy w stosunku do innych profesjonalistów medycznych może tylko zachwiać wątłą równowagą systemu.
Naczelna Izba Lekarska: w Polsce medycynę studiuje już za dużo osób#PAPinformacjehttps://t.co/NDxPUjQ4W4
— PAP (@PAPinformacje) May 6, 2024