Studium kryzysu

Małgorzata Solecka

Czy Polska wlecze się w ogonie Europy z wydatkami publicznymi na zdrowie rzędu 5 proc. PKB, co każe stawiać na ostrzu noża pytanie, czy aby zdrowie na pewno jest priorytetem państwa (a także obywateli), czy też może „jesteśmy dużym państwem, nie najbiedniejszym” i w związku z tym możemy finansować nowoczesne terapie lekowe tak samo, jak robią to inne kraje Unii Europejskiej?


Fot. x.com/MZ_GOV_PL

  • W wypowiedzi posłanki Alicji Chybickiej jak w soczewce widać podejście decydentów: wydając 5 proc. na zdrowie zaoferujemy to, co gwarantują swoim obywatelom kraje wydające 8-10 proc. wyższego od Polski PKB
  • Na dziś do programu pilotażowego zgłosiło akces około pięciuset aptek
  • W sobotę w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie zwołano konferencję prasową z udziałem m.in. profesorów, specjalistów w dziedzinie anestezjologii, którzy przedstawiali swoją ocenę zdarzenia

Największy znak zapytania. Na co nas stać? Czy Polska wlecze się w ogonie Europy z wydatkami publicznymi na zdrowie rzędu 5 proc. PKB, co każe stawiać na ostrzu noża pytanie, czy aby zdrowie na pewno jest priorytetem państwa (a także obywateli), czy też może „jesteśmy dużym państwem, nie najbiedniejszym” i w związku z tym możemy finansować nowoczesne terapie lekowe tak samo, jak robią to inne kraje Unii Europejskiej? Te dwa podejścia zostały zaprezentowane podczas jednego dnia tej samej konferencji (Patient Empowerement, 14-15 maja), co ciekawe – przez osoby związane z tą samą partią polityczną (Koalicja Obywatelska).

Na niedostatki finansowe wskazywał, o czym informowaliśmy, Jakub Szulc, natomiast podejście „musi nas być stać” – prof. Alicja Chybicka, parlamentarzystka już wielu kadencji. Posłanka brała udział w sesji poświęconej chorobom rzadkim (jest zresztą przewodniczącą Parlamentarnego zespołu ds. chorób rzadkich) i w jej wypowiedzi nie byłoby nic dziwnego, bo przecież jest przede wszystkim lekarzem, mającym również do czynienia z chorobami rzadkimi, przede wszystkim nowotworowymi, gdyby nie całkowite pominięcie realiów, czyli owych nieszczęsnych 5 proc., jakie przeznaczamy na zdrowie.

W wypowiedzi posłanki Alicji Chybickiej jak w soczewce widać podejście decydentów: wydając 5 proc. na zdrowie zaoferujemy to, co gwarantują swoim obywatelom kraje wydające 8-10 proc. wyższego od Polski PKB. Bo Polak potrafi?

Największa (mimo wszystko) porażka. Program pilotażowy w aptekach. – Liczba pacjentek potrzebujących tego preparatu jest na tyle niewielka, że nie ma sensu angażowanie 27 tys. farmaceutów i wszystkich aptek działających na rynku w realizację programu – cytuje wypowiedź prezesa Naczelnej Rady Aptekarskiej portal Gazeta.pl. – Zdaniem Marka Tomkowa, prezesa Naczelnej Rady Aptekarskiej, dyskutując o aptekach zaangażowanych w prowadzenie pilotażu nie należy koncentrować się na ich liczbie, ale na równomiernym rozmieszczeniu. (…) Do zrobienia 3 mln szczepień wystarczyło nam 2 tys. aptek. Tutaj nie powinniśmy się licytować na liczby, ale bardziej powinniśmy zadbać o to, by program był dostępny w miarę równomiernym ujęciu geograficznym. Według naszych szacunków wystarczyłoby, aby do realizacji programu zgłosiło się kilkaset aptek w całym kraju”.

Określenie „kilkaset” jest mało precyzyjne – może to być przecież zarówno, powiedzmy, 250, jak i 950 – choć w tym przypadku użyto by zapewne słów „około tysiąca”. Marek Tomków mówi o kilkuset aptekach, słowo „kilkaset” zostało użyte również w ocenie skutków regulacji rozporządzenia wprowadzającego pilotaż, ale odnosiło się wówczas do „podmiotów prowadzących apteki”, których w kraju jest „kilka tysięcy”, z których właśnie „kilkaset” miałoby przystąpić do pilotażu. To dwie różne sprawy – jeden podmiot może prowadzić kilka (i więcej) aptek.

Zostawmy jednak te rozważania dotyczące precyzji kreślenia planów przez decydentów. Na dziś do programu pilotażowego zgłosiło akces około pięciuset aptek. Czy to już sukces, mierzony w liczbach? Nieprzychylne ministrze i programowi media zestawiają tę liczbę z 12 tysiącami aptek, co oczywiście jest pozbawione sensu, ale pozwala na używanie określeń „kompromitacja”, „klęska” etc. Zwolennicy rozwiązań, forsowanych przez ministrę, akcentują, że tę pulę aptek należy odnosić raczej do owych 2 tysięcy placówek, w których prowadzone były szczepienia – choćby dlatego, że jak słyszeliśmy od samych farmaceutów – NFZ przynajmniej na razie wniosków od innych nie przyjmował, nie chcąc wydłużać (o konieczną kontrolę) czasu do podpisania umowy i zakładając, że apteki, które prowadzą szczepienia, są przystosowane lokalowo i spełniają kryteria programu. W tym ujęciu byłoby to już ok. 25 proc. – więc może nie sukces, ale na pewno dobry start.

Czy naprawdę sieć 2 tysięcy, a wręcz kilkuset, jak sufluje prezes samorządu aptekarskiego, aptek jest wystarczająca? Można mieć wątpliwości – zwłaszcza co do tej drugiej wartości (pomijając brak precyzji). Szczepienia w aptekach niewątpliwie są ogromnym krokiem w przód, ale patrząc na mapę szczepień przeciw COVID-19 (bo taka jest dostępna) – trudno nie zauważyć, że szczepienia w ogóle, nie tylko wykonywane w aptekach, koncentrują się w wielkich miastach. „Gazeta Wyborcza” opublikowała pod koniec minionego tygodnia wykaz aptek, które przystąpiły do programu w Wielkopolsce – 13 w samym Poznaniu, 18 – w innych miastach i miejscowościach województwa, w którym są cztery miasta na prawach powiatu, 31 powiatów i 226 gmin: w tym 19 miejskich i 119 miejsko-wiejskich. Już z samych liczb wynika, że nie w każdym powiecie choćby jedna apteka przystąpiła do pilotażu.

Jedną z przyczyn niezbyt okazałego sukcesu, jakim jest poziom zaszczepienia przeciw COVID-19, jest kwestia dostępności szczepień (organizacji dostępności), choć zapewne nie jedynym i nawet nie najważniejszym. Czy jednak w ogóle szczepienia można zestawiać z antykoncepcją awaryjną? Te pierwsze można zaplanować ze sporym wyprzedzeniem i rzeczywiście przyjąć je w punkcie odległym o 20-30 km od miejsca zamieszkania (możliwy jest też dużo większy dystans). Przyjąć, niejako „przy okazji” załatwiania innych spraw, niekoniecznie indywidualne – często do szczepienia przecież zgłaszały się całe rodziny. W przypadku antykoncepcji awaryjnej liczy się czas, możliwość fizycznego dotarcia do apteki – i raczej warto byłoby założyć, że na własną rękę. Z logicznego punktu widzenia, jeśli miałaby się realnie zmienić dostępność do tego środka antykoncepcyjnego, apteki w nim uczestniczące powinny być jednak w miarę blisko zainteresowanych. Inaczej będzie to w dużym stopniu wydmuszka, zabieg PR, a kobiety nadal będą kupować pigułki na recepty lekarskie, pozyskane przede wszystkim w receptomatach.

To, co wiadomo na pewno: program pilotażowy ani na jotę nie zmieni sytuacji niepełnoletnich dziewczyn, bo MZ i NFZ zachęcają i przekonują farmaceutów do przystąpienia do pilotażu zapewnieniami o braku kar za żądanie zgody lub obecności rodzica od osób poniżej 18. roku życia. Tymczasem OSR na pierwszych miejscach wymieniał cele programu:

„Ograniczenie ryzyka nieplanowanych ciąż wśród młodzieży: dostępność antykoncepcji awaryjnej po przeprowadzeniu stosownego wywiadu, umożliwi szybką interwencję, minimalizującą ryzyko powikłań zdrowotnych związanych z niezamierzonym wystąpieniem ciąży.

Wzmocnienie autonomii i samostanowienia młodzieży: wprowadzenie możliwości wywiadu poprzedzającego zakup antykoncepcji awaryjnej dla osób w wieku od 15 do 18 lat, umożliwi młodzieży samodzielne podejmowanie decyzji dotyczących zdrowia reprodukcyjnego. Jest to istotne w kontekście rozwijania autonomii i umiejętności podejmowania odpowiedzialnych decyzji życiowych. (…)

Eliminacja barier dostępności: propozycja eliminuje istniejące bariery w dostępie do antykoncepcji awaryjnej dla młodzieży, takie jak trudności z umówieniem wizyty u lekarza, spóźnienie się z zastosowaniem środka antykoncepcyjnego (tzn. po upływie czasu, w jakim zgodnie ze swoim przeznaczeniem, środek ten może zostać skutecznie zastosowany), odmowa wystawienia recepty prze lekarza ze względu na kwestie ideowe. (…)”.

Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Tzw. sprawa gorzowska. Szpital, grono wybitnych profesorów, autorytetów w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii, ponad dwa tysiące lekarzy i pielęgniarek pracujących przede wszystkim na oddziałach intensywnej terapii w całym kraju, podpisanych pod listem do Prokuratora Generalnego, samorząd lekarski stają w obronie rezydenta z Ukrainy, który siedzi w areszcie z zarzutem zabójstwa pacjenta po tym, jak zdecydował o odłączeniu go od aparatury. Rezydent ma przeciw sobie „tylko” lekarzy z oddziału, za których sprawą zresztą wkroczyła prokuratura.

W sobotę w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie zwołano konferencję prasową z udziałem m.in. profesorów, specjalistów w dziedzinie anestezjologii, którzy przedstawiali swoją ocenę zdarzenia. Prof. Marcin Czuczwar, kierownik II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 1 Lublinie, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii wprost stwierdził, że przyjechał, by „wesprzeć naszego kolegę, który jest w tej chwili w areszcie pod jednym z najcięższych zarzutów, jaki można postawić człowiekowi, czyli zabójstwa”. Jednocześnie profesor podkreślał, że nie przyjechał do Gorzowa, by kwestionować pracę organów ścigania. – Rozumiemy, że dla prokuratury, sądu ta sprawa może nie być jednoznaczna, że mogą być wątpliwości – mówił, poddając jednocześnie w wątpliwość postawę lekarzy, którzy pierwsi postawili wręcz zarzut morderstwa. W jego ocenie taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca.

Dzień wcześniej, w prowadzonych rozmowach na temat „sprawy gorzowskiej” w kuluarach Nadzwyczajnego Zjazdu Lekarzy, na pierwszy plan wybijała się kwestia „obcości”. W dwóch podstawowych wymiarach. Część moich rozmówców wprost stwierdziła, że gdyby tak samo zachował się „swój” rezydent, sprawę załatwiono by w ramach oddziału, uzupełniając dokumentację. Być może wyciągając nawet jakieś konsekwencje, bo do naruszenia procedury ewidentnie doszło, ale – generalnie – włos z głowy by takiemu młodemu lekarzowi nie spadł. – To nie musi być wcale kwestia narodowości – zastrzegali lekarze. – On musiał być na tym oddziale po prostu obcy, nieakceptowany. Być może w grę wchodzi jakiś konflikt osobisty.

To tym bardziej prawdopodobne, że powołany do zbadania zdarzenia zespół stwierdził naruszenia proceduralne i to nie tylko ze strony rezydenta, który ostatecznie trafił do aresztu. – Można się zastanawiać, czy nie został kozłem ofiarnym.

Ale są też inne głosy. Część lekarzy (zresztą niektórzy podnoszą obydwie kwestie) na „obcość” w znaczeniu nieznajomości kultury pracy, standardów panujących na polskich oddziałach anestezjologii i intensywnej terapii. W tym dobrym, ale też tym niekoniecznie pożądanym, znaczeniu. Rezydent, który dostał polecenie przewiezienia pacjenta na OIT, powinien to wykonać. I dopiero tam zwrócić uwagę na stan pacjenta. Po pierwsze dlatego, że takie są procedury, po drugie dlatego, że przestrzeganie tych procedur ma również uzasadnienie w kontekście odpowiedzialności – zawodowej, cywilnej, karnej. Polscy lekarze o tym, od lat, wiedzą a ostatnie osiem lat tylko wzmocniło przekonanie, że trzymanie się procedur i właściwie wypełniona dokumentacja medyczna są przynajmniej równie ważne, jak dobro pacjenta.

20.05.2024
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.