Ci, którzy przez ostatnie blisko cztery lata walczyli o jakość kształcenia na kierunkach lekarskich, mają powody do zadowolenia, ale cieszyć się powinniśmy wszyscy. Jak zawsze, gdy zdrowy rozsądek wygrywa z wąsko rozumianą polityką. Czy to jednak ostateczne zwycięstwo?
Wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny. Fot. Katarzyna Kwaczyńska / Kancelaria Sejmu
Największy sukces. Kierunki lekarskie. Rewolucja to czy sensacja? Obydwa określenia cisną się na usta, a biorąc pod uwagę, czego dotyczą, można tylko ubolewać. Bo mowa o tym, że do debaty publicznej wraca normalność i zdrowy rozsądek – i fakt, że jest to odbierane w kategoriach przełomu, z refleksją: „A myśmy się nie spodziewali”, powinien być powodem do raczej smutnych refleksji. Ale dziś pora na jeszcze wstrzemięźliwe, ale jednak – świętowanie. Ministerstwa nauki oraz zdrowia stoją bowiem na stanowisku, że nie można kształcić lekarzy dwóch prędkości. I jeśli nowe kierunki lekarskie, które działają lub chcą działać na postawie decyzji poprzedniego ministra nauki bez pozytywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej, takiej opinii nie otrzymają, nie dostaną pozwolenia na przyjęcie choćby jednego nowego studenta. Deklaracje, które padły podczas czwartkowego posiedzenia podkomisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego, powinny zostać wyryte na kamiennej tablicy (nośnik uważany za trwalszy niż pamięć w chmurze) a ich spełnienie – rozliczone do ostatniego przecinka.
Łatwo nie będzie, bo Prawo i Sprawiedliwość już atakuje z pozycji ulegania korporacyjnym (i nie tylko) interesom lekarzy. Szczytem brawury ze strony jednego z posłów partii Jarosława Kaczyńskiego było zaatakowanie przedstawiciela akademickich uczelni medycznych, jakoby występował w interesie tychże uczelni (wśród których są również szkoły otwierane w pierwszych latach rządów PiS, na podstawie przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, które PiS w latach 2020-2022 wyrzuciło do kosza w imię rzekomego interesu publicznego, którego istotą było wyprodukowanie w jak najkrótszym czasie tysięcy, wręcz dziesiątek tysięcy, absolwentów [trudno użyć słowa „lekarze”]). Obecnie rządzący nie mogą się przestraszyć i – przede wszystkim – powinni wykazać się odpornością na lokalnie formułowane naciski.
Niech lekarz zawsze lekarz znaczy – chciałoby się strawestować wiersz Juliana Tuwima. A sprawiedliwość – sprawiedliwość, którą należy się walczącym o zachowanie jakości kształcenia, ale i tym, którzy podejmowali decyzje dewastujące system kształcenia lekarzy lub w nich uczestniczyli. Zwłaszcza, że zaangażowano w cały proceder niemałe publiczne środki. To również powinno być wyjaśnione do końca. I rozliczone.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Szczerość (?) MZ. Zmiany, które planowaliśmy w ochronie zdrowia, wynikały m.in. z informacji, jakie przekazywało Ministerstwo Zdrowia w poprzednich latach. Byliśmy zapewniani o bardzo dobrej kondycji finansowej NFZ i że nie ma trudności z realizacją zadań bieżących i planowanych – mówił wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny, odpowiadając w Sejmie na pytanie posłów PiS o stan realizacji zdrowotnych obietnic rządu (a konkretnie Koalicji Obywatelskiej) na sto dni rządu, w tym – zwłaszcza – o perspektywy likwidacji limitów na świadczenia szpitalne.
Trudno to nawet skomentować. Bo przecież może nie przez całe osiem lat, ale przez ostatnie trzy, cztery na pewno opozycja (w tym Wojciech Konieczny jako senator) bezwzględnie punktowała ministrów zdrowia Prawa i Sprawiedliwości, wytykając im (choćby w sprawach dotyczących poziomu wydatków publicznych) mijanie się z prawdą, mówiąc oględnie. Opozycja przywoływała publikacje bazujące na międzynarodowych raportach, pokazujące fatalne miejsce Polski pod względem nakładów na zdrowie. Opozycja, obecne rządząca, wreszcie wystosowywała liczne interpelacje dotyczące poziomu zadłużenia szpitali – i gdy dziś wiceminister zdrowia mówi, że dane na ten temat opublikowano dopiero po wyborach, można odnieść wrażenie, że sprawy nie tylko stanęły na głowie, ale wirują w jakimś oszalałym pędzie. Bo, jeśli opozycja rzeczywiście wierzyła w oficjalne zapewnienia, że ochrona zdrowia rośnie w siłę, a NFZ żyje dostatnio – po co przygotowywała jakiekolwiek propozycje zmian. Choć, jeśli spojrzeć na sprawy z tej perspektywy, może łatwiej byłoby zrozumieć, dlaczego te propozycje zmian brzmią tak znajomo, że można odnieść wrażenie, że zmienić ma się… nic?
Największy brak zaskoczenia. Pilotaż „zdrowia reprodukcyjnego”. Na liście aptek, które przystąpiły do programu pilotażowego w sprawie tzw. antykoncepcji awaryjnej, jest niemal 800 placówek, z czego ponad połowa ma podpisane umowy i – jak donosi samorząd aptekarski – pierwsze kobiety skorzystały z usług farmaceutów w tym zakresie. NFZ opublikował listę i mapę aptek i przynajmniej na razie jest to jedyne źródło wiedzy dla kobiet, bo prace nad ewentualnym oznaczeniem, które musi przygotować NFZ, by nie podlegało rygorom ustawy Prawo farmaceutyczne, czyli zakazowi reklamy, dopiero się zaczynają.
Liczby, którymi opinia publiczna będzie epatowana, nie zmieniają prostego faktu: gdyby nie podyktowany względami politycznymi upór Koalicji Obywatelskiej, tabletka mogłaby być dostępna na podstawie ustawy bez żadnej recepty we wszystkich aptekach dla kobiet pełnoletnich, czyli dokładnie dla tej samej grupy, dla której dostępna jest dziś, tylko że na podstawie wątpliwego konstytucyjnie rozporządzenia, z zaangażowaniem dodatkowych środków finansowych i biurokracją. I – nie w każdej aptece. Czysty, można powiedzieć, zysk.
Największy znak zapytania. Kondycja finansowa szpitali. Za nieco ponad miesiąc szpitale staną przed koniecznością dokonania kolejnej waloryzacji wynagrodzeń minimalnych. To nie jest żadna sensacja, choć w ostatnich dniach znów pojawiły się informacje o bolączkach finansowych szpitali, również w kontekście ustawy podwyżkowej. Dyrektorów przeraża zarówno niewiedza dotycząca wariantu przeszacowania wycen, jaki wybierze resort zdrowia spośród rekomendacji AOTMiT, jak i to (a może przede wszystkim to), jaka będzie luka między skalą wzrostu przychodów z tytułu kontraktów z NFZ a rzeczywistym wzrostem kosztów. Dzień jak do dzień, można powiedzieć – powinni już przywyknąć.
Dlaczego nie mogą? Światło rzuciła ostatnia publikacja Federacji Przedsiębiorców Polskich. Eksperci, w ramach Monitora Finansowania Ochrony Zdrowia, pokazali m.in. mechanizm przeprowadzania podwyżek od 2022 roku – czyli pierwszej operacji po „dużej” nowelizacji ustawy o wynagrodzeniach minimalnych, wypracowanej przez Ministerstwo Zdrowia z partnerami społecznymi (przede wszystkim – związkami zawodowymi) w 2021 roku. Ówczesny minister zdrowia Adam Niedzielski i odpowiedzialny za całą operację wiceminister Piotr Bromber nie raz i nie dwa mówili o „historycznej” skali podwyżek – sięgających średnio 22 procent. Gdy posłowie, a zwłaszcza senatorowie, pytali o gwarancje finansowania, wiceszefowie resortu podczas posiedzeń komisji parlamentarnych zapewniali o pełnym pokryciu kosztów w postaci zwiększenia wycen świadczeń. Tyle tylko, że – jak wskazuje FPP – gdyby chcieć dostosować wysokość podwyżek do przekazanych dodatkowo pieniędzy, wyniosłyby one nie blisko 22 proc., a… ok. 6-7 proc. Taka wielkość „luki” niewątpliwie mogła być przepaścią, w którą wpadła duża część placówek (zwłaszcza tych, których budżet był oparty na ryczałcie) i jedyne, co utrzymało te placówki na powierzchni, to odraczanie konieczności rozliczania zaliczek, otrzymywanych w czasie pandemii w mechanizmie 1/12. Sprawa jest oczywiście dużo bardziej złożona, ale raczej nie ma wątpliwości, co wpędziło szpitale w potężne problemy (a raczej – co te problemy dodatkowo powiększyło), ale też – kto ponosi za to odpowiedzialność.