Ostateczne rozstrzygnięcia dotyczące kierunków lekarskich będą istotne dla oceny powagi instytucji państwa i tego, na ile poważnie politycy traktują słowa i opinie, jakie wypowiadają. Jednak – na dziś – rozsądek każe żywić więcej obaw niż nadziei.
Fot. Fernando Zhiminaicela / Pixabay
- Minister zdrowia ma nadzieję, że zakaz sprzedaży osobom niepełnoletnim „jednorazówek” wejdzie w życie przed wakacjami. Mieć nadzieję to jedno, mieć świadomość, jak wygląda proces legislacyjny – drugie
- Uczelnie, które z projektu rozporządzenia ministra zdrowia dowiedziały się, że mogą nie mieć przyznanego limitu miejsc na kierunku lekarskim, nie ukrywają szoku
- Nie składają jednak broni i zapowiadają, że nabór będą prowadzić tak czy owak, a część z nich twierdzi, że PKA w trakcie kontroli obiecała im (!) pozytywną ocenę
- Minister zdrowia potwierdziła w piątek, że kandydatem na stanowisko wiceministra, opuszczone przez Macieja Miłkowskiego, jest Jerzy Szafranowicz
- Czy Szafranowicz, któremu znacznie bliżej, kompetencyjnie, do obszaru szpitalnictwa i finansowania ochrony zdrowia, rzeczywiście może „wejść w buty” Miłkowskiego?
- Pieniądze, które Fundusz Sprawiedliwości przekazywał podmiotom leczniczym (nie tylko szpitalom), trudno uznać – co do istoty – za wydane niewłaściwie. Co jednak nie znaczy, że formalnie było wszystko w porządku
- Są też inne wątpliwości. Czy tych pieniędzy nie można było uzyskać z innych źródeł niż Fundusz Sprawiedliwości? Czy sięgano po nie tam dlatego, że procedury były ułatwione?
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Jednorazowe e-papierosy. Minister zdrowia ma nadzieję, że zapowiedziany kilka miesięcy temu, zimą, zakaz sprzedaży osobom niepełnoletnim „jednorazówek” wejdzie w życie przed wakacjami. Tymi samymi, które rozpoczynają się za trzy tygodnie. W ostatnich dniach media przypominały resortowi zdrowia o złożonej obietnicy, więc usłyszały w odpowiedzi, że minister nie traci nadziei. Oraz że ma projekt, opinie ekspertów i w najbliższym tygodniu będzie rozmawiać o tej sprawie w Kancelarii Premiera.
Mieć nadzieję to jedno, mieć świadomość, jak wygląda proces legislacyjny – drugie. Oczywiście, zakładając że Koalicja Obywatelska zamierza dotrzymać obietnicy i nie „pchać” projektów ustaw ścieżką poselską – zwłaszcza z intencją pominięcia konsultacji publicznych, które powinny być po pierwsze publiczne (ogłoszone, jawne, formalne), po drugie, musi być na nie przeznaczony odpowiednio długi czas, liczony w tygodniach. Potem, już skonsultowany (i zapewne nieco skorygowany) projekt przyjmuje rząd i trafia on do Sejmu. I nawet jeśli jest uchwalony na jednym posiedzeniu, jest przecież jeszcze Senat. I podpis prezydenta, tu akurat raczej nie ma obaw, że Andrzej Duda podpisu nie złoży.
Posiedzenia Sejmu w tym miesiącu są dwa, w tym jedno przed wakacjami, i patrząc na ścieżkę legislacyjną, nie ma żadnej możliwości (poza projektem poselskim), by Sejm zajął się tematem zakazu sprzedaży jednorazówek. Również posiedzenie pod koniec czerwca jest bardzo wątpliwe, bo minister sama przyznaje, że projekt ma, ale jeszcze nie przeszedł fazy wstępnych uzgodnień. Zakładając najbardziej optymistyczny scenariusz, bez najmniejszej zwłoki, ale z legislacją przeprowadzoną z należytą starannością, ustawa mogłaby trafić na biurko prezydenta w drugiej połowie lipca.
No i w końcu, kwestia – nomen omen – vacatio legis.
Największy znak zapytania. Kierunki lekarskie. Uczelnie, które z projektu rozporządzenia ministra zdrowia dowiedziały się, że mogą nie mieć przyznanego limitu miejsc na kierunku lekarskim, nie ukrywają szoku (patrząc obiektywnie, nagła zmiana narracji i jej ujednoznacznienie było pozytywnym zaskoczeniem dla przeciwników degradacji kształcenia na kierunkach lekarskich, więc analogicznie podobne zaskoczenie, choć o przeciwnym wektorze, może towarzyszyć beneficjentom decyzji poprzedniego ministra nauki Przemysława Czarnka). Nie składają też broni i zapowiadają, że nabór będą prowadzić tak czy owak, a część z nich twierdzi, że PKA w trakcie kontroli obiecała im (!) pozytywną ocenę.
Czym skończy się zamieszanie wokół kierunków lekarskich? Nadzieje na uzdrowienie sytuacji i przywrócenie normalności mieszają się – ciągle – z obawami, że zwycięży polityczny pragmatyzm, każący minimalizować rozczarowania tych, którym już coś raz „dano”. Ostateczne rozstrzygnięcia będą istotne dla oceny powagi instytucji państwa i tego, na ile poważnie politycy traktują słowa i opinie, jakie wypowiadają. Więc jednak – na dziś – rozsądek każe żywić więcej obaw niż nadziei.
Największy brak zaskoczenia. Zarzuty za ujawnienie danych. Były minister zdrowia, któremu prokuratura postawiła w minionym tygodniu zarzut przekroczenia uprawnień i któremu grożą konsekwencje z kilku artykułów Kodeksu karnego twierdzi, że ze spokojem czeka na dalsze decyzje w tej sprawie i – oczywiście – nie ma sobie nic do zarzucenia. Jednocześnie eksperci, w tym eksperci z zakresu cyberbezpieczeństwa danych zdrowotnych nie mają wątpliwości – w 2023 roku doszło do bardzo poważnego naruszenia bezpieczeństwa danych, a fakt, że dopuścił się go urzędujący minister zdrowia, potęguje skalę problemu.
Samo postawienie zarzutów, w świetle opinii prawników, w tym prawników specjalizujących się w ochronie danych, nie może być traktowane w kategoriach sensacji – jeśli już, trzeba się zastanawiać, dlaczego nastąpiło to tak późno (tak naprawdę, odpowiedź jest banalna, czas liczy się od stycznia 2024 roku, nie od sierpnia 2023 roku, więc o opieszałości prokuratury trudno w tym przypadku mówić).
Największe wyzwanie. Ministerstwo Zdrowia. Minister Izabela Leszczyna potwierdziła w piątek, że kandydatem na stanowisko wiceministra zdrowia, opuszczone przez Macieja Miłkowskiego, jest Jerzy Szafranowicz, były dyrektor OW NFZ na Śląsku, znany w regionie menadżer placówek szpitalnych. Minister zdrowia zachwala przymioty kandydata, podkreślając jego znajomość systemu – zapewne większą, niż posiadają pozostali członkowie kierownictwa. Nie wdając się – na ten moment - w inne kwestie, związane ze stylem, w jakim kandydat na stanowisko wiceszefa resortu przeprowadzał kolejne operacje przekształceń podmiotów leczniczych, można postawić pytanie, czy Szafranowicz, któremu znacznie bliżej, kompetencyjnie, do obszaru szpitalnictwa i finansowania ochrony zdrowia, rzeczywiście może „wejść w buty” Macieja Miłkowskiego i przejąć odpowiedzialność za politykę lekową. Choć tu oczywiście nie można zapominać, że Maciej Miłkowski, przychodząc do resortu zdrowia, miał przede wszystkim nadzorować NFZ – dopiero po pewnym czasie jego kompetencje zostały ograniczone do polityki lekowej.
Jedno jest pewne: rząd, politycznie, nie może sobie pozwolić w obszarze dostępności leków (w tym przede wszystkim do terapii innowacyjnych, gdzie jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia, a wyzwań przybywa) na błąd. Na to, by „era Miłkowskiego” (określenie, pod którym podpisało się w ostatnich tygodniach wielu ekspertów) była wspominana jako „złoty wiek” polityki lekowej, po którym nadeszły – ponownie – wieki ciemne.
Warte uwagi. „Pierwsze kolano” (i nie tylko). Gdy Ministerstwo Sprawiedliwości rozpoczęło czyszczenie „stajni Augiasza”, czyli Funduszu Sprawiedliwości, w jednym z podsumowań tygodnia wspominaliśmy, że z owego funduszu, kierowanego wyłącznie przez polityków Solidarnej (obecnie Suwerennej) Polski dotacje otrzymywały również podmioty medyczne, co zresztą nie było żadną tajemnicą, stawiając tezę, że akurat takie przeznaczenie środków nie powinno budzić, co do meritum, wątpliwości.
W tej chwili temat nie tylko wrócił, ale nabrał rumieńców, za sprawą publikacji nagrań rozmów, wprost dotyczących procesu podejmowania decyzji w Funduszu Sprawiedliwości. Powiedzieć, że nagrania stawiają w niekorzystnym świetle dysponentów (ale też beneficjentów), to nic nie powiedzieć, więc część mediów, wietrząc krew (obficie tryskającą, oczywiście w przenośni, z ran „ziobrystów”), stawia mniej lub bardziej twarde tezy, że miliony złotych szły do szpitali, a nie na pomoc ofiarom przestępstw.
Formułowanie takich ocen jest dość łatwe, zwłaszcza w kontekście zasłyszanych rewelacji o „pierwszym kolanie”, które jeden z obdarowanych szpitali ma do zoperowania, więc miliony złotych mu się po prostu należą. Tyle że akurat ten fragment może być bardziej dowodem na skrajną bufonadę perorującego polityka SP niż faktyczną informacją. Status szczególnego pacjenta w przypadku prezesa Jarosława Kaczyńskiego w latach 2015-2023 był oczywiście niepodważalny. Ale nie wszystko, na szczęście, kręciło się wokół „pierwszego kolana”, czy też raczej – pierwszych kolan. Choć nie ma racji prezes Jarosław Kaczyński, bagatelizując ową wypowiedź, czy też próbując obarczyć odpowiedzialnością za wiązanie transferu środków z jego leczeniem żądnych sensacji dziennikarzy – powiązał je polityk jego koalicjanta.
Jest faktem, że pieniądze, jakie podmioty lecznicze otrzymały z Funduszu Sprawiedliwości, szły na pomoc ofiarom przestępstw. Ofiarom wypadków drogowych, ofiarom przemocy domowej (to bardzo szerokie spektrum, w którym mieszczą się zarówno osoby, które doznały ciężkich urazów na skutek pobicia i takie, które z powodu doznawanych krzywd targnęły się na swoje życie). Pieniądze, które Fundusz Sprawiedliwości przekazywał podmiotom leczniczym (nie tylko szpitalom), trudno uznać – co do istoty – za wydane niewłaściwie.
Co jednak nie znaczy, że formalnie było wszystko w porządku – bo, prawdopodobnie, być po prostu nie mogło. Uwłaszczony na Funduszu Sprawiedliwości minister nie czuł żadnych ograniczeń i pieniądze rozdzielał tak, jak szczodry władca – wedle uważania, bez zachowania procedur, jakie na ogół towarzyszą (a w każdym razie towarzyszyć powinny) dzieleniu środków publicznych. I tu jest problem – od strony formalnej – ogromny, a beneficjenci z obszaru ochrony zdrowia mogą odczuwać spory dyskomfort, zwłaszcza że są używani bez skrępowania jako listki figowe, mające zakryć wyzierające z każdej strony sprawy o charakterze całkiem jednoznacznych nadużyć.
Są też inne, formalne i polityczne wątpliwości. Czy tych pieniędzy nie można było uzyskać z innych źródeł niż Fundusz Sprawiedliwości? Czy sięgano po nie tam dlatego, że procedury były ułatwione? I wreszcie, last but not least – czy pieniądze te, użyte dla dobrego celu, bardziej niż temu celowi nie służyły jednak promocji jednej siły politycznej?
W ferworze nagrań i kolejnych coraz to bardziej pikantnych fragmentów rozmów może (a nie powinna) umknąć decyzja ministra sprawiedliwości Adama Bodnara, by sprawie przepływu środków z Funduszu Sprawiedliwości przyjrzała się Państwowa Komisja Wyborcza. W resorcie powstała mapa, która pokazuje, jak wiele pieniędzy płynęło tam, gdzie kandydaci Prawa i Sprawiedliwości walczyli o wyniki wyborcze w sposób szczególnie zażarty. Jeśli PKW uznałaby, że te pieniądze były – wbrew prawu wyborczemu – częścią kampanii wyborczej, PiS mogłoby stracić subwencję, jaką otrzymuje z budżetu państwa. Dla partii Jarosława Kaczyńskiego, przez osiem lat przyzwyczajonej do partyjnego, ale też zupełnie indywidualnego „Bizancjum”, byłby to trudny do oszacowania cios.
Dlaczego to interesujące z punktu widzenia ochrony zdrowia? Odpowiedź jest prosta: analogiczna mapa powinna już dawno trafić do PKW z Ministerstwa Zdrowia, z wizualizacją podziału środków z Funduszu Medycznego, zwłaszcza w konkursie na dofinansowanie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Konkurs rozstrzygnięto tuż przed jesiennymi wyborami, a posłowie PiS, wyposażeni w kartonowe czeki pojechali do swoich okręgów, by – fotografując się przed szpitalami – przypomnieć, jak partia dba o szpitale, przede wszystkim powiatowe. Zaś dyrektorzy szpitali, w których funkcjonują największe oddziały ratunkowe, z centrami urazowymi, mogli tylko patrzeć i się dziwić – niektórzy robili to publicznie – dlaczego kryteria ustawiono tak „dziwnie”, że nie mieli żadnych szans, nawet jeśli potrzeby tych placówek obiektywnie należałoby uznać za priorytetowe.
Ale nie tylko konkurs na SOR-y był użyty w kampanii – warto przypomnieć, że w konkursie dla pediatrii, w którym beneficjentami były największe specjalistyczne placówki pediatryczne, wyniki ogłaszano dwa razy, w odstępie rocznym, a kontekst polityczny (partyjny) za każdym razem wybrzmiewał niezwykle mocno. Czy MZ wykaże się podobną determinacją i da PKW stosowny materiał do analiz?