Minister zdrowia nie ma „wolnych” dwóch miliardów złotych, które może przekazać Funduszowi bez powodowania wyrwy na innym odcinku. Jeśli Izabela Leszczyna deklaruje, że dokonała przeglądu wydatków, oznacza to ni mniej, ni więcej, że z jakichś pozycji zrezygnowała i byłoby zasadne wprost zakomunikować, z jakich.
Izabela Leszczyna. Fot. x.com/MZ_GOV_PL
Największy znak zapytania. Finanse. Minister zdrowia obiecuje, że Fundusz zapłaci za nadwykonania, a z budżetu państwa do NFZ trafią dodatkowe dwa miliardy złotych. Pieniądze, jak udało się nam potwierdzić nieoficjalnie w dwóch źródłach, prawdopodobnie będą pochodzić z puli przeznaczonej na inwestycje infrastrukturalne, co chyba najlepiej obrazuje – na ten moment – w jakim miejscu znalazł się system. Eksperci, z którymi rozmawiamy, mówią o skrajnej desperacji i prognozują, że kolejne tygodnie mogą odsłaniać nowe oblicza kryzysu finansowego w ochronie zdrowia. To nie są spekulacje, tylko doświadczenie. Newralgicznym momentem będzie nie tyle lipiec, czyli wejście w życie nowej waloryzacji wynagrodzeń minimalnych, co sierpień, gdy placówki będą się mierzyć z koniecznością dokonania wypłat – tak było w dwóch poprzednich latach, tak będzie – wszystko na to wskazuje – również teraz.
Minister zdrowia nie ma „wolnych” dwóch miliardów złotych, które może przekazać Funduszowi bez powodowania wyrwy na innym odcinku. Jeśli Izabela Leszczyna deklaruje, że dokonała przeglądu wydatków (pula środków pozostających do dyspozycji ministra zdrowia przy uchwalaniu budżetu została określona na nieco ponad 27,3 mld zł), oznacza to ni mniej, ni więcej, że z jakichś pozycji zrezygnowała i byłoby zasadne wprost zakomunikować, z jakich.
Nawet jeśli byłoby to trudne w odbiorze społecznym, miałoby jednocześnie wartość edukacyjną – tak na ogół się dzieje, gdy okresie udawania opadają zasłony i stają się jasne konsekwencje reperowania budżetu (czy to domowego, czy publicznego) pożyczkami w parabankach. Pieniądze z puli na inwestycje strategiczne można uznać za wyjątkowo wysoko oprocentowaną pożyczkę. Oprocentowaniem jest dostępność i jakość leczenia w niedalekiej przyszłości. Jednocześnie pożyczką – wszystko na to wskazuje – konieczną, bo gdy nie ma się co do garnka włożyć (czytaj, nie ma się z czego zapłacić za świadczenia nielimitowane oraz nadwykonania, do których szpitale były zachęcane albo w które wpadły przez błędne decyzje polityczne), nie myśli się o wielkich projektach, liczy się „tu i teraz”. Trudno jednocześnie w takiej sytuacji utrzymywać, że wszystko jest pod kontrolą i problemu nie ma. Problem jest, gigantyczny, a imię jego 5,2 proc. PKB na zdrowie – czyli tyle, ile mniej więcej wyniosą bieżące wydatki publiczne na ochronę zdrowia. To jest źródło kryzysu, nawet jeśli nie ulega wątpliwości, że część pieniędzy w systemie jest źle alokowana. Co więcej – można śmiało postawić i obronić tezę, że jedną z głównych przyczyn niewłaściwej alokacji jest właśnie poziom nakładów.
Największe wyzwanie. Czas. Resort zdrowia skierował nowy Plan dla Chorób Rzadkich do Zespołu ds. Programowania Prac Rządu. Wkrótce NFZ sfinansuje dwa nowe badania genetyczne, a refundacja trzeciego – WES TRIO – procedowana będzie jeszcze w tym roku. Do końca 2024 r. gotowy ma być też rejestr chorób rzadkich.
Takie, optymistyczne, zapowiedzi trafiły do opinii publicznej w minionym tygodniu. Dociekliwy odbiorca może mieć jednak wątpliwości, czy optymizm w tym przypadku jest w pełni uzasadniony, zważywszy, że Plan dla Chorób Rzadkich – by wziąć pod uwagę tylko tę zapowiedź – obowiązywał już w poprzednich latach, a dopisek „nowy” oznacza, że w tej chwili – znów – go nie ma i dopiero „ma być”. Zawirowania na szczytach Ministerstwa Zdrowia w ostatnich miesiącach poprzedniej kadencji nie sprzyjały domknięciu prac nad dokumentem a rozpaczliwe apele ekspertów i organizacji reprezentujących pacjentów trafiały w pustkę. Nie udało się też przekonać nowej ekipy, by dokument przyjęła „w ciemno”, z dobrodziejstwem inwentarza – trudno się oczywiście dziwić, ale efekt jest taki, że w sprawie dokumentu, który zgodnie z unijną dyrektywą mamy mieć, znów aktualny jest refren: – Ma być.
Kiedy? Czas pokaże.
Tyle tylko, że czas dla urzędników i polityków biegnie nieco inaczej niż dla pacjentów mierzących się z chorobą rzadką (lub chorobami rzadkimi, więcej niż jedną na raz, co nie jest wcale rzadkim, nomen omen, przypadkiem).
W piątek odbył się pogrzeb Zuzi Machety, dziewczynki z najcięższą postacią EB, pęcherzowego oddzielania się naskórka, która równo dziewięć lat temu zawojowała serca tysięcy Polaków, dzięki czemu jej gigantyczna (był rok 2015, nikt nie słyszał o lekach kosztujących milion czy dwa miliony dolarów) zbiórka na leczenie w USA, zakończyła się dosłownie w kilka dni.
Ludzie o wielkich sercach wpłacili ponad 6 milionów złotych, by cierpiące ponad ludzką wytrzymałość, ale nie tracące pogody ducha i optymizmu, dziecko miało szansę na lepsze życie. Zbiórka zakończyła się 2 czerwca 2015 roku, Zuzia poleciała do Stanów Zjednoczonych, które siedmiolatka nazywała „Aremyką” a leczenie przynosiło efekty. Niewyobrażalnym zbiegiem okoliczności albo ironią losu można nazwać to, że dokładnie dziewięć lat po ogromnym sukcesie, jakim było zakończenie zbiórki, 2 czerwca 2024 roku ukazała się w mediach społecznościowych informacja o nagłej śmierci szesnastoletniej już dziewczynki, która 1 czerwca źle się poczuła, trafiła na SOR – i odeszła. W bliskich planach był kolejny wyjazd do USA, reoperacja dłoni, życie…
Jedno życie. Historia Zuzi nie jest jednak historią tylko jednego dziecka, bo zwróciła uwagę na fatalną sytuację, w jakiej znajdują się chorzy z EB, zwłaszcza z najcięższymi postaciami tej choroby. W wielu pożegnaniach przewija się wątek zaangażowania dziewczynki i jej rodziny w pomoc dla osób z EB między innymi w poprawie dostępu do niezbędnych w leczeniu i pielęgnacji plastrów, żeli. Bo choć w ciągu tych dziewięciu lat zapadło kilka istotnych decyzji, nie wszystko, co może zaoferować tym pacjentom medycyna, jest w Polsce objęte refundacją. I tu znów pojawia się – czas. Polska jest krajem o najdłuższym w UE czasie obejmowania refundacją innowacyjnych leków i trudno oprzeć się wrażeniu, że skoro czas to pieniądz, płacimy nim – z kieszeni pacjentów – za utrzymywanie kruchej stabilizacji finansowej systemu ochrony zdrowia. To zresztą widać w liczbach: w ostatnich latach, jak pokazali eksperci Federacji Przedsiębiorców Polskich, udział wydatków na refundację leków w ogólnych wydatkach na leczenie wyraźnie się obniżył. Można mieć uzasadnione obawy, że obecne finansowe perturbacje nie pozwolą na zmianę tego stanu rzeczy, wręcz pogłębią problem.
Największy sukces. ECDC Dr Piotr Kramarz został mianowany głównym naukowcem ECDC, odpowiedzialnym za nadzorowanie jakości naukowej i niezależności ECDC, koordynację działań ECDC związanych z doradztwem naukowym, identyfikowanie priorytetów badawczych oraz będzie kierować Działem Metod Naukowych i Standardów. – W coraz bardziej złożonym środowisku międzynarodowym istnieje wiele wyzwań zdrowotnych, którym należy stawić czoła. ECDC odgrywa kluczową rolę w ocenie ryzyka i dostarczaniu wskazówek, aby pomóc krajom w zapobieganiu i reagowaniu na epidemie i zagrożenia dla zdrowia publicznego. To dla mnie zaszczyt, że jestem częścią organizacji działającej na rzecz ochrony prawie 500 milionów ludzi przed chorobami zakaźnymi – komentował dr Piotr Kramarz.
Dr Kramarz jest lekarzem (ukończył Akademię Medyczną w Białymstoku), doktorem immunologii zakażeń wirusowych. Przez blisko dekadę pracował w szpitalu klinicznym Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku na oddziale chorób zakaźnych. W latach 1997-2000 pracował w amerykańskim Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC) w ramach Epidemic Intelligence Service (EIS) oraz jako epidemiolog medyczny. Od 2007 r. pracuje w ECDC, jako zastępca kierownika (najpierw Działu Doradztwa Naukowego, a następnie Działu Programu Chorób), a od kwietnia 2011 r. jako zastępca głównego naukowca Centrum.