Jeśli Polska Komisja Akredytacyjna wyda pozytywne oceny uczelniom, będą one mogły być uwzględnione w rozporządzeniu dotyczącym limitów miejsc na kierunkach lekarskich i lekarsko-dentystycznych – mówił w czwartek podczas posiedzenia sejmowej podkomisji ds. organizacji ochrony zdrowia wiceminister Marek Kos. Jak dodał, spodziewa się, że takie decyzje zapadną.
Wiceminister zdrowia Marek Kos. Fot. x.com/MZ_GOV_PL
Kontrola PKA w uczelniach, które uruchomiły kierunki lekarskie bez pozytywnej opinii PKA, trwa. Miała się zakończyć dziś, 13 czerwca, ale wiadomo, że proces przeciągnie się co najmniej o kilka dni. W dodatku PKA będzie mogła podać tylko wstępną ocenę – całość raportu będzie znana najwcześniej w drugiej połowie lipca. Jak mówił podczas środowego webinaru zorganizowanego dla Porozumienia Rezydentów OZZL przewodniczący tej organizacji Sebastian Goncerz, z nieoficjalnych informacji wynika, że presja i lobbing, również polityczny, ukierunkowany na ministerstwa zdrowia oraz nauki, i pośrednio na PKA, są olbrzymie. W tym kontekście słowa Marka Kosa, a także podziękowania, jakie składał na posiedzeniu podkomisji poseł PiS Patryk Wicher, mówiąc o nadziejach na merytoryczne i bezstronne decyzje, którym przyświecać powinno jednak dążenie do umożliwienia prowadzenia naboru przez kontrolowane uczelnie, brzmiały co najmniej dwuznacznie.
Wicher postulował m.in., by już w tej chwili uwzględnić w limitach – warunkowo – kontrolowane podmioty, tak by mogły uruchomić nabór i dzięki temu konkurować z innymi uczelniami również o najlepszych studentów, a nie tylko tych, którzy w wyniku pierwszej rekrutacji nie dostaną się do wybranych uczelni. Wiceminister zdrowia przypomniał, że rekrutacja na uczelniach wyższych jest procesem, który kończy się z początkiem nowego roku akademickiego, w jego ocenie nie ma żadnych obaw, że jeśli uczelnie otrzymają zgodę na prowadzenie naboru, będą mieć szanse znaleźć chętnych do studiowania. Liczby jednak nie muszą potwierdzać optymizmu ministra: w poprzedniej rekrutacji nie zostało obsadzonych ponad czterysta przygotowanych miejsc, to jest tylko nieco mniej niż miejsc, jakie mogą zaoferować kontrolowane w tej chwili podmioty.
Wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej zwracał uwagę, że po raz kolejny rozmowa dotyczy limitów przyjęć na kierunki lekarskie, podczas gdy brakuje całościowej strategii, z której wynikałoby, ilu przyszłych lekarzy powinniśmy kształcić (przewodnicząca podkomisji Józefa Szczurek-Żelazko zapowiedziała, że taka dyskusja jest zaplanowana na lipiec i będzie uwzględniać również inne zawody medyczne). Krzysztof Zdobylak, ekspert samorządu lekarskiego, podkreślił, że wprawdzie w Polsce rzeczywiście notujemy niedobór lekarzy na poziomie ok. 30 tys. osób (w liczbach bezwzględnych), jednak ta luka zostanie anulowana dzięki tym, którzy studiują w tej chwili. – Decyzje, jakie zapadły w ostatnich sześciu latach, powodują, że system się wkrótce zbilansuje.
To oznacza, że utrzymanie tak wysokich limitów (a zwłaszcza ich zwiększanie, co planował poprzedni rząd i do czego część uczelni ciągle się przygotowuje) będzie pociągać za sobą „nadprodukcję” lekarzy, czyli niegospodarność. Samorząd lekarski szacuje jej koszty nawet na miliard złotych rocznie. – Możemy się spodziewać, że nadmiarowi lekarze, nie mogąc znaleźć pracy w Polsce w swoim zawodzie, będą emigrować. Czy naprawdę chcemy, biorąc pod uwagę wysoki popyt na pracę lekarzy, kształcić ich dla Niemiec czy Szwajcarii? – pytał ekspert.
Samorząd lekarski postuluje w tej sytuacji zmniejszenie w kolejnych latach limitów miejsc na kierunkach lekarskich w trzech wariantach: radykalnego zmniejszenia liczby miejsc na studiach w języku polskim od 2027 roku do ok. 4,2 tys. rocznie lub stopniowego zmniejszania liczby miejsc począwszy od tego roku o 9 proc. rocznie, do osiągnięcia – w roku 2030 – pożądanego poziomu 4,2 tys. miejsc. Trzeci wariant jest połączeniem obu rozwiązań, cięcia są głębsze niż w drugim, ale nie tak radykalne jak w pierwszym.
W posiedzeniu podkomisji nie uczestniczyli ani przedstawiciele resortu nauki, ani PKA, nie było też zbyt wielu przedstawicieli strony społecznej, ponieważ posiedzenie w ostatniej chwili zostało przesunięte ze środy, z godzin popołudniowych, na czwartek. Wydźwięk dyskusji był więc – siłą rzeczy – zupełnie inny niż podczas majowego posiedzenia podkomisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego, gdy wydawało się niemal przesądzone, że większość kontrolowanych uczelni nie ma szans na uruchomienie naboru. W tej chwili można wnioskować, że nawet scenariusz „pół na pół” jest mocno wątpliwy.