Dziennik „Rzeczpospolita” opublikował w piątek ranking, w którym Polacy ocenili rząd. Zaskoczeniem może być fakt, że Izabela Leszczyna uplasowała się na aż czwartej, wśród ministrów, pozycji – mimo że w ochronie zdrowia nie wydarzyło się praktycznie nic, co można byłoby nazwać nową jakością, przynajmniej w kwestii rozwiązań systemowych.

Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. MZ
- Powołanie dr. Pawła Grzesiowskiego na stanowisko Głównego Inspektora Sanitarnego kończy kilkuletni „eksperyment”, w trakcie którego tą wiodącą instytucją kierowała osoba niespełniająca ustawowego kryterium wykształcenia medycznego
- Miniony tydzień to prawdziwy maraton minister zdrowia w mediach elektronicznych – stacjach radiowych i telewizyjnych
- Co roku dokładamy sporo środków do systemu – mówi obecna minister zdrowia i można odnieść wrażenie (i nie pomylić się ani na jotę), że obficie cytuje wypowiedzi z ostatnich kilku lat
- Szpitale czekają i liczą, jak dużo im braknie do spięcia budżetów po stronie kosztów, a minister powtarza, że nikomu nie powinno braknąć, chyba że tym, którzy mają przerosty zatrudnienia
- Nakłady – nominalnie – rosną, liczba świadczeń się nie zwiększa, kolejki nie tylko się nie zmniejszają, ale wręcz rosną. W powietrzu wisiało dramatyczne pytanie: „dlaczego?”, choć odpowiedź jest więcej niż banalna
Największy sukces. Nowy GIS. Powołanie dr. Pawła Grzesiowskiego na stanowisko Głównego Inspektora Sanitarnego kończy kilkuletni „eksperyment”, w trakcie którego tą wiodącą (nie tylko przecież w czasie pandemii) instytucją kierowała osoba niespełniająca ustawowego kryterium wykształcenia medycznego. Wracamy do normalności, co samo w sobie jest sukcesem.
Nominacja ma też wymiar symboliczny – dr Paweł Grzesiowski był w czasie pandemii COVID-19, od pierwszych jej tygodni, niezwykle surowym (choć nie można zaprzeczyć, że sprawiedliwym) – recenzentem kolejnych decyzji rządu. Ministerstwo Zdrowia za czasów prof. Łukasza Szumowskiego krytykę przyjmowało ze spokojem (co nie znaczy, że w jakiś znaczący sposób brało ją sobie do serca i korygowało decyzje). Zmiana na stanowisku ministra zaowocowała radykalnym zwiększeniem napięcia, którego apogeum było skierowanie do samorządu przez p.o. GIS skargi na aktywność lekarza (nota bene, będącego ekspertem Naczelnej Rady Lekarskiej ds. pandemii COVID-19), w ocenie urzędnika podważającej zaufanie społeczne do rządu, wprowadzającej w błąd opinię publiczną i przez to stanowiącej zagrożenie dla zdrowia i życia obywateli. Media obiegła wręcz informacja, że GIS (a więc faktycznie Ministerstwo Zdrowia) chce pozbawić dr. Grzesiowskiego prawa wykonywania zawodu, co było przekazem przesadzonym, ale dobrze oddającym atmosferę, w jakiej w 2021 roku wszystko się rozgrywało. Wówczas finał mógł być tylko jeden – samorząd lekarski nie stwierdził naruszeń Kodeksu Etyki Lekarskiej. Nominację z ostatnich dni można traktować jak okazałą kropkę nad „i”, ważną nie tylko dla konkretnej osoby, ale całego środowiska medycznego.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Ocena dla minister zdrowia. Koniec roku szkolnego to świadectwa, a więc – oceny. Dziennik „Rzeczpospolita” opublikował w piątek ranking, w którym Polacy ocenili rząd. Najlepiej oceniany jest sam premier, a wśród pozostałych członków gabinetu Donalda Tuska minister zdrowia zajmuje czwartą lokatę, ustępując Radosławowi Sikorskiemu, Adamowi Bodnarowi i Tomaszowi Siemoniakowi. Można powiedzieć – niezły wynik, ale diabeł tkwi w szczegółach. Podczas gdy Donalda Tuska ocenia dobrze niemal 42 proc. ankietowanych, ministrów spraw zagranicznych i sprawiedliwości odpowiednio po 41 i 40 proc., ministra zdrowia jest dobrze oceniana przez niespełna 30 proc. respondentów, a źle – przez 37 proc.
Zaskoczeniem może być fakt, że Izabela Leszczyna uplasowała się na aż czwartej, wśród ministrów, pozycji – mimo że w ochronie zdrowia nie wydarzyło się praktycznie nic, co można byłoby nazwać nową jakością, przynajmniej w kwestii rozwiązań systemowych. Czy odebrała premię za program in vitro i nie do końca udaną „akcję” z wprowadzeniem tabletki „dzień po” oraz bardziej medialnymi niż rzeczywistymi zmianami dotyczącymi aborcji? Intensyfikacja działań NFZ i Rzecznika Praw Pacjenta wobec szpitali utrudniających kobietom dostęp do terminacji ciąży w sytuacjach, gdy zabieg jest w świetle prawa legalny, również mogła być zapisana na poczet zasług pani minister.
Zasadnicze pytanie brzmi – czy ocena minister zdrowia jest adekwatna i czy może rosnąć? Trudno to zakładać, obserwując choćby stan prac nad rozwiązaniami dla kluczowych problemów w ochronie zdrowia oraz nienajlepsze, używając zaawansowanego eufemizmu, perspektywy finansowe dla systemu. Perspektywy, które w bardzo namacalny sposób przekładają się i będą przekładać w bliskiej przyszłości na dostępność świadczeń zdrowotnych.
Warte odnotowania. Ofensywa medialna. Miniony tydzień to prawdziwy maraton minister zdrowia w mediach elektronicznych – stacjach radiowych i telewizyjnych. Tematów, oczywiście, bez liku (co zresztą odpowiada realiom systemu, w którym gdzie nie dotkniesz, jest problem). Większość ze wspólnym mianownikiem, czyli „wina PiS”. Luki w e-receptach, które wygenerowały problem z preskrypcją opioidów, w tym fentanylu w receptomatach, konieczność opóźnienia Krajowej Sieci Onkologicznej, nabrzmiały problem sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych – za to wszystko, według polityk Koalicji Obywatelskiej odpowiedzialność ponosi Prawo i Sprawiedliwość.
I Izabela Leszczyna się nie myli, rzeczywiście błędy i zaniechania rządu PiS w tych obszarach można byłoby wymieniać bardzo długo. Jest jednak pomost między obecną władzą i obecną opozycją. – Co roku dokładamy sporo środków do systemu – mówi obecna minister zdrowia i można odnieść wrażenie (i nie pomylić się ani na jotę), że obficie cytuje wypowiedzi z ostatnich kilku lat. Politycy PiS z dumą rytualnie każdego roku ogłaszali dokładanie sporej ilości środków do systemu, który co roku dusi się z powodu… braku środków (a brak środków, który jest normą, blokuje racjonalizację przepływów finansowych; nie bez przyczyny od lat eksperci od zarządzania systemem apelują, by nie traktować rozłącznie postulatów optymalizacji wydawania pieniędzy publicznych na zdrowie oraz zwiększenia wydatków, bo tylko realizowane łącznie mają sens i mogą przynieść pozytywną zmianę).
Największy znak zapytania. Podwyżki. Niepokojąco znajomo brzmią też zapowiedzi, że 1 lipca popłynie do systemu dodatkowe 15 mld zł w skali roku – pisaliśmy o tym przed tygodniem, ale trudno nie zauważyć, że minister zdrowia konsekwentnie powtarza tę zapowiedź czy też obietnicę. Szpitale czekają i liczą, jak dużo im braknie do spięcia budżetów po stronie kosztów, a minister powtarza, że nikomu nie powinno braknąć, chyba że tym, którzy mają przerosty zatrudnienia. To również brzmi bardzo znajomo – niektóre wypowiedzi mają wręcz moc wehikułu czasu, w tym konkretnym przypadku przenoszącego na posiedzenia Komisji Zdrowia – sejmowej i senackiej – podczas których w 2022 i 2023 roku ówcześni wiceministrowie zdrowia odpierali pytania parlamentarzystów opozycyjnych klubów dotyczące wątpliwości, czy pieniędzy aby na pewno wystarczy. Nie wystarczyło w 2022 roku, w 2023 roku nie wystarczyło nieco mniej, za kilka, zapewne, tygodni przekonamy się, na ile nie wystarczy w bieżącym roku.
Ale te dywagacje to zaledwie wierzchołek góry lodowej, na którą spokojnie płynie okręt MS Ochrona Zdrowia. Podczas Szczytu Zdrowie 2024, który odbył się w minionym tygodniu, wielu ekspertów podniosło – wprost – problem braku równowagi między wydatkowaniem wzrostu nakładów na zdrowie na podwyżki wynagrodzeń i na zwiększanie dostępności świadczeń. Brak równowagi to zresztą niezwykle oględne określenie, ponieważ w tej chwili praktycznie cały nominalny wzrost nakładów musi być przeznaczany na wzrost wynagrodzeń. Nakłady – nominalnie – rosną, liczba świadczeń się nie zwiększa, kolejki nie tylko się nie zmniejszają, ale wręcz rosną. W powietrzu wisiało dramatyczne pytanie: „dlaczego?”, choć odpowiedź jest więcej niż banalna. Nominalny wzrost w warunkach wysokiej inflacji jest konsumowany przez napędzany tą inflacją ustawowy wzrost kosztów pracy, a przecież nakłady na zdrowie – mierzone odsetkiem PKB – realnie nie rosną w taki sposób, który by równoważył wzrost kosztów. Mówiąc inaczej: ustawa o wynagrodzeniach minimalnych nie przynosiłaby szkód tylko wówczas, gdyby ustawa 7 proc. PKB na zdrowie zawierała realny, a nie zafałszowany, harmonogram dotarcia do 7 proc. Gdybyśmy w tym roku mieli do dyspozycji 6,2 proc. PKB w ochronie zdrowia, podwyżki nie byłyby problemem. Nie mamy.
Największy brak zaskoczenia. Opioidy. Lud zawsze żądał „chleba i igrzysk”, politycy od zarania dziejów zapatrują się na to inaczej: nie ma chleba, niech chociaż będą igrzyska. Problem niekontrolowanej preskrypcji silnych leków przeciwbólowych jest oczywiście problemem, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że hasło „fentanyl” jest traktowane jak bliski zmiennik „wypuścić lwy!”.
Nie ma żadnej wątpliwości: potrzebne są rozwiązania legislacyjne, które zablokują możliwość wystawiania recept na leki o silnym działaniu uzależniającym bez medycznych wskazań. Potrzebne są również działania, które pozwolą szybko wychwytywać działania nie tylko na pograniczu, ale daleko poza granicami prawa. Wyzwania stają nie tylko przed Ministerstwem Zdrowia, Centrum e-Zdrowia, organami ścigania, ale również samorządem lekarskim, którego pion odpowiedzialności zawodowej nie może dać powodu do zarzutów o przewlekłość postępowań, zwłaszcza w sprawach, które mają jednoznaczny, wręcz kryminalny wydźwięk lub w których naruszenia Kodeksu Etyki Lekarskiej są jasne nawet dla laików.
– Mówiłem o tym publicznie, że sprawy lekarzy wystawiających po 300 tys. recept rocznie będą sprawdzianem, jak samorząd potrafi radzić sobie z nieprawidłowościami. Jeżeli sprawy te skończą się przedawnieniem lub symbolicznymi karami w postaci upomnień – to będzie kompromitacja m.in. organizacji, funkcjonalności i obowiązujących rozwiązań – tak Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec skomentował w tym tygodniu doniesienia medialne o tym, że lekarka, w sprawie której cały czas toczy się postępowanie przed sądem lekarskim, wróciła do pracy, choć bez możliwości wystawiania recept. Ale i ze środka środowiska lekarskiego słychać głosy, że niezależnie od rozwiązań legislacyjnych, które mają kluczowe znaczenie, musi nastąpić usprawnienie procesu rozliczania w ramach odpowiedzialności zawodowej.