Miliardy i procenty zdominowały w ostatnich dniach i tygodniach debatę na tematy zdrowotne. Może to i dobrze, bo przecież liczby to fakty, a z faktami się nie dyskutuje, choć oczywiście można próbować, z czego politycy – i nie tylko – skwapliwie korzystają.

Pałac Paca, siedziba Ministerstwa Zdrowia. Fot. Tilman2007, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons
Największy sukces*. 3,6. Minister zdrowia podsumowała w minionym tygodniu pół roku (z górą już) urzędowania na Miodowej 15. Niektóre punkty na liście osiągnięć, z których Izabela Leszczyna jest dumna, mogą zdumiewać.
– Tabletek z octanem uliprystalu sprzedano 252 305 – mówiła w połowie lutego, gdy Sejm debatował nad rządowym projektem nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne Izabela Leszczyna, przywołując dane za 2023 rok. Łatwo policzyć, że zakładając stagnację sprzedaży (co raczej nie jest możliwe, bo sprzedaż tego środka z roku na rok rośnie), miesięczna sprzedaż tabletki, wokół której kręciło się przez wiele tygodni ministerialne uniwersum, oscyluje wokół 21 tys. sztuk. Minimum. Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia, jakie otrzymaliśmy, wynika, że w maju i czerwcu na ok. 1,7 tys. usług farmaceutycznych ok. 1,5 tys. zakończyło się wystawieniem recepty i sprzedażą środka antykoncepcji awaryjnej. Daje to średnią miesięczną ok. 750, co stanowi ok. 3,6 proc. wolumenu sprzedanych w miesiącu tabletek. Zapewne zresztą odsetek jest jeszcze mniejszy.
Gdy weźmie się pod uwagę, że farmaceuci nie realizują – zgodnie ze swoimi zapowiedziami i zgodnie ze stanem prawnym – jednego z kluczowych założeń programu, jakim miało być zapewnienie dostępu do tabletki „dzień po” dla niepełnoletnich dziewcząt (15-18 lat), trudno – obiektywnie – mówić o sukcesie. Nie to, czyli nie do końca uzasadnione dobre samopoczucie minister zdrowia, jest jednak największym problemem. Podczas spotkania z dziennikarzami Izabela Leszczyna tłumaczyła, jak trudno jest „ogarniać” wielość spraw w Ministerstwie Zdrowia – na przykład w kontekście licznych programów pilotażowych, których dokończenia i zamknięcia warto byłoby dopilnować, bo – mówiąc kolokwialnie, „zawsze coś”. Tabletka chociażby, której minister poświęciła ogrom energii (nie tylko swojej, warto zauważyć, również współpracowników w kierownictwie i przede wszystkim może urzędników). Energii i czasu.
Pytanie, czy nie powinny być one – uwaga, energia i czas – spożytkowane na innych polach, zwłaszcza że celu – jakim było przywrócenie tabletce statusu środka dostępnego bez recepty, nie osiągnięto w żadnym wymiarze. Dostępność tabletki się nie zmieniła, co jasno pokazują liczby. I nawet jeśli w perspektywie czasu odsetek z 3,6 proc. poszybuje bliżej 10 proc. – w praktyce niewiele się zmieni. To jest pytanie o priorytety.
*Program pilotażowy tabletki „dzień po” trudno uznać za sukces, ale nie kwalifikuje się też jako największa porażka obecnego Ministerstwa Zdrowia.
Największy brak zaskoczenia. 8,6. „Informacja właściwie z ostatniej chwili. Otóż minister Łukasz Szumowski, jako minister zdrowia, zawarł z Narodowym Instytutem Kardiologii w Aninie umowę na 8,6 mln zł i w ramach tej umowy kupiono m.in. urządzenia do sterylizacji łóżek. Te urządzenia okazały się być jak respiratory, nigdy nie zadziałały. Jesteśmy w trakcie wyjaśniania tej sprawy”. W końcówce tygodnia minister zamieściła w mediach społecznościowych wpis, w którym zawarła kilka wątków dotyczących wydawania przez poprzedników publicznych pieniędzy. 8,6 mln zł, jakie resort za czasów ministrowania Łukasza Szumowskiego (później – dyrektora szpitala w Aninie) wydał na zakupy dla Narodowego Instytutu Kardiologii, to „nowinka”, ale nie jedyna. – Trwa dłużej, niż chcielibyście, ale nie odpuścimy – nikomu. Rozliczymy PiS – zapowiedziała Izabela Leszczyna.
Trwa dłużej, niż chcielibyśmy? Z pewnością. Nie tylko dlatego, że byłoby wspaniale zobaczyć wyniki audytu (nota bene, nie lekceważąc doniesień o niesprawnych urządzeniach do sterylizacji łóżek, wydaje się, że w latach 2015-2023 można znaleźć przykłady dużo większych nadużyć, by przywołać jedynie część wydatków z Funduszu Medycznego, choćby osławiony konkurs na SOR-y, którego założeniom i wynikom naprawdę powinna się przyjrzeć Państwowa Komisja Wyborcza).
Minister zdrowia nie może kierować sprawami systemu ochrony zdrowia, patrząc nieustannie we wsteczne lusterko. Nic dobrego z tego nie wyniknie, bo bieżących wyzwań jest aż nadto. Rozliczanie poprzedników tak, ale warto byłoby przekazać już ustalenia właściwym służbom, zakładając, że część spraw okaże się mocno rozwojowa. Ciągłe, a w każdym razie (zbyt) częste, krytykowanie poprzedników przypomina aż nadto nieszczęsne „przez osiem ostatnich lat”, które słyszeliśmy… przez osiem ostatnich lat.
Polityczny temperament i zaangażowanie konstytucyjnego ministra nie jest oczywiście niczym niewłaściwym. A na pewno nie jest niczym nowym.
Największe wyzwanie. 15. Poprzednicy, jak mówiła minister zdrowia podczas rozmowy w radiowej Trójce (na początku tygodnia), podejmowali decyzje pod dyktando potrzeb kampanii wyborczej, nie skupiali się na potrzebach systemu.
Słuszności tej diagnozy trudno zaprzeczyć, choć jeśli wejść w szczegóły, rozumienie rzeczywistości systemu ochrony zdrowia nie wydaje się też być najmocniejszą stroną obecnej minister. – Z NFZ wydano wtedy (w 2023 roku – red.) dodatkowo 15 mld zł, żeby m.in. zadowolić szpitale, by dyrektorzy nie mówili, że jest za mało pieniędzy. Szpitale zawsze mówiły i będą mówić, że pieniędzy jest za mało. Nie robiły tego tylko wtedy, gdy w 2023 r. PiS „wrzuciło” im pieniądze, które NFZ zaoszczędził w czasie COVID-19, gdy szpitale nie realizowały świadczeń – tłumaczyła Izabela Leszczyna w publicznym radiu. „Szpitale zawsze mówiły i będą mówić, że pieniędzy jest za mało” – trudno odczytać to inaczej, niż jak szykowanie gruntu pod to, co będzie się dziać w najbliższych tygodniach i miesiącach.
Ponieważ PiS wydrenowało fundusz zapasowy, rząd Donalda Tuska musi „dołożyć więcej niż wcześniej”. – Trupów w szafie w ochronie zdrowia mam mnóstwo. PiS zrobiło jeszcze jedną rzecz. Do 2021 roku włącznie z budżetu państwa finansowaliśmy ratownictwo, leki dla seniorów, wysokospecjalistyczne procedury, nieubezpieczonych… To około 10 mld zł rocznie. Oni z budżetu państwa przerzucili to na barki płacących składki, czyli na NFZ. Musiała więc powstać „dziura” już na tę kwotę.
Jest w tej wypowiedzi nieścisłość, i to więcej niż jedna. Po pierwsze, budżet państwa finansował wszystkie wydatki do końca 2022 roku, nie 2021. I wydrenowanie funduszu zapasowego w 2023 roku jest ściśle powiązane z wejściem w życie przepisów, które przeniosły ten obowiązek na płatnika. Po drugie, narastanie dotacji podmiotowej do NFZ wynika z ustawy nakładowej. Różnica jest taka, że w tej chwili konsumuje ona (a w każdym razie powinna) również część „zadaniową”, jeśli zadania nie mogą być sfinansowane (a nie mogą) z przyrostu składki zdrowotnej. Nie mogą, bo cały ów przyrost w skali roku nie wystarcza na pokrycie rosnących kosztów pracy, wynikających – mniej lub bardziej bezpośrednio – z ustawy o minimalnym wynagrodzeniu.
Izabela Leszczyna zresztą w tym tygodniu postawiła jeszcze jedną trafną diagnozę, stwierdzając, że ustawa o wynagrodzeniach minimalnych jest kagańcem narzuconym na budżet NFZ. I zapewne dlatego w nadchodzącym tygodniu Ministerstwo Zdrowia będzie przekonywać posłów, że ten kaganiec jest jeszcze zbyt luźny, więc pojawia się przestrzeń do dołożenia sztywnych wydatków w postaci ministerialnej „korekty” obywatelskiego projektu nowelizacji ustawy o wynagrodzeniach minimalnych w ochronie zdrowia. To, co warte odnotowania – sam projekt budzi poważne obawy ekspertów analizujących finanse ochrony zdrowia oraz sprzeciw wielu środowisk pracowników oraz praktycznie wszystkich pracodawców, zaś ministerialna korekta – jak wyżej, tylko że niezadowoleni są jeszcze wnioskodawcy, czyli środowisko pielęgniarek.
W planie prac komisji na ten tydzień w środę wieczorem przewidziane było wspólne posiedzenie Komisji Zdrowia i Komisji Finansów Publicznych, na którym posłowie mieli się zająć sprawozdaniem podkomisji nadzwyczajnej i zdecydować, czy zarekomendują Sejmowi przyjęcie projektu w wersji z ministerialnymi poprawkami. Posiedzenie jednak w poniedziałek zostało odwołane i nie wyznaczono (jeszcze) nowego terminu.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. 16,6. W ostatnich dwóch latach wzmacniał się – nie tylko po stronie rządzącej Zjednoczonej Prawicy – przekaz, że polska ochrona zdrowia zaczyna wręcz cierpieć na nadmiar środków. Co prawda tu i ówdzie wybrzmiewały i wybrzmiewają przypomnienia o regule n-2 i jej skutkach, przekładających się na ubytek około 30 mld zł (różnica między „ustawowym” a realnym odsetkiem PKB wydatków na zdrowie), ale dość skutecznie przyćmiewają je slogany o historycznie wysokich nakładach, miliardach złotych płynących wartkim strumieniem. Snuto zresztą już (całkiem niedawno) opowieści, że praktycznie stać nas na wszystko.
Trudno budzić się z pięknego snu, najwyraźniej. „Ekspert z USA: ciągłe dosypywanie pieniędzy do systemu prowadzi do tragedii” – zachęca do lektury w niedzielny poranek „Rynek Zdrowia”. Interesujący, skądinąd, wywiad wyjątkowo (nie)zgrabnie wpisuje się w szerszy kontekst. Z jednej strony – niedawny raport na temat luki finansowej w NFZ w perspektywie najbliższych lat, z drugiej – kształt planu finansowego płatnika na 2025 rok, z trzeciej – zapowiedź minister zdrowia dotyczącą planów dla szpitali, czyli pakietu deregulacyjnego i odwracania piramidy świadczeń.
16,6 vs. 6,7. Procent PKB łącznych wydatków na zdrowie w 2022 roku. Punkt widzenia zależy wiadomo od czego i trudno o bardziej trafną egzemplifikację tego potocznego powiedzenia. Tak, Stany Zjednoczone „przepalają” mnóstwo pieniędzy na zdrowie, a ich gigantyczne wydatki nie przekładają się na efekty – to wiemy od lat. Stany Zjednoczone wydają na zdrowie o blisko 4 punkty procentowe więcej niż następny w rankingu kraj (Niemcy), a poziom ich publicznych (rządowych i obowiązkowych dla obywateli) wydatków (14 proc.) jest dwukrotnie wyższy niż średnia dla krajów OECD, zaś w przypadku Polski – ok. 5 proc. – wyższy niemal trzykrotnie.
Nie wdając się w szczegółowe rozważania i analizy, które musiałyby uwzględnić przecież szerszy kontekst różnic między Polską a USA, jesteśmy na przeciwległym biegunie. I w naszym przypadku teza postawiona w tytule raczej się nie obroni. Choć nie ma wątpliwości, że próby zostaną podjęte.