Wakacje sejmowe nie spowodują, że tematy okołozdrowotne znikną z agendy publicznych debat. W najbliższych kilku tygodniach można się spodziewać, że wiele się będzie dziać tak wokół składki zdrowotnej, jak i tematu zmian w przepisach aborcyjnych.

Izabela Leszczyna. Fot. MZ
Największe wyzwanie. Składka zdrowotna. W ostatnim dniu przed wakacyjną przerwą w obradach Sejmu (planowo potrwa do 11 września) minister finansów ogłosił, że rządowa propozycja – czyli plan absolutnego minimum – jeśli chodzi o zmiany w składce zdrowotnej, dotyczyć będzie wycofania obowiązku odprowadzania składki od sprzedaży aktywów trwałych. Wpływy NFZ, według szacunków, zmniejszą się o ok. 4 mld zł.
Jak się jednak wydaje, to nie zakończy debat wokół składki zdrowotnej, bo przede wszystkim mniejsi koalicjanci – Polska 2050 i PSL – mają własne propozycje zmniejszenia obciążeń składkowych dla przedsiębiorców, a nawet wszystkich obywateli (podobno), a Lewica chciałaby w ogóle zaprzestania dyskusji o składce i przemodelowania systemu finansowania ochrony zdrowia w kierunku budżetowym (aż dziw bierze, że musimy tę dyskusję przerabiać raz jeszcze). Lider PSL mówi, że temat zmniejszenia obciążeń składkowych dla przedsiębiorców traktuje „śmiertelnie poważnie”, dając do zrozumienia – mniej lub bardziej wprost – że realizacja tego postulatu przesądza o być albo nie być ludowców w koalicji. Ludowców, a być może całej Trzeciej Drogi.
Aż chce się sięgnąć do klasyki i przywołać Ignacego Krasickiego:
„Koło jeziora
Z wieczora
Chłopcy wkoło biegały
I na żaby czuwały.
Skoro która wypływała,
Kamieniem w łeb dostawała.
Jedna z nich, śmielszej natury,
Wystawiwszy łeb do góry,
Rzekła: „Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie!
Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie”.
W charakterze żab występuje system ochrony zdrowia, zaś w rolę tej „śmielszej natury” wcieliły się w ostatnich tygodniach organizacje, które w apelu do premiera Donalda Tuska zwróciły uwagę, że debata na temat finansowania ochrony zdrowia powinna się koncentrować na pomysłach zwiększania nakładów, a nie poszukiwania możliwości pomniejszenia przychodów NFZ. Zwłaszcza że decyzja o wszczęciu wobec Polski procedury nadmiernego deficytu – spodziewana decyzja – każe postawić olbrzymi znak zapytania przy możliwościach rekompensowania ubytków ze składki zdrowotnej z budżetu państwa. Tymczasem NFZ rezygnuje z odpisu ponad miliarda złotych na rezerwę ogólną i przesuwa środki na wydatki bieżące, co chyba najlepiej świadczy o sytuacji finansowej płatnika i perspektywach na najbliższe miesiące.
Największy znak zapytania. Projekty aborcyjne. Projekt depenalizujący i dekryminalizujący pomocnictwo w aborcji wrócił do Sejmu przed wakacjami parlamentarnymi, tym razem z podpisami posłów Lewicy, Koalicji Obywatelskiej, Polski 2050 i jednej posłanki PSL. Po klęsce, jaką z punktu widzenia rządu Tuska było nieuchwalenie ustawy, do czego doprowadziła nieugięta postawa niemal całego klubu ludowców, wszystko wskazuje, że po wakacjach będzie podjęta jeszcze jedna próba. Nie ma co udawać – jeśli i ona się nie powiedzie, koalicja może zatrzeszczeć w szwach, i to bardzo mocno.
Politycy być może ulegają złudzeniu, że przegrali o włos i wystarczy jeszcze większa mobilizacja, może pozyskanie dwóch, trzech posłów PSL – i sprawa będzie wygrana. Nic bardziej mylnego – to był scenariusz na pierwsze głosowanie, w którym przegrano o włos, ale wyłącznie dzięki nieobecności kilkunastu posłów PiS. Byłoby skrajną polityczną naiwnością sądzić, że taki „prezent” się powtórzy. Nie powtórzy się.
Co powinno się zdarzyć, żeby projekt depenalizacyjny przeszedł? Uzgodnienie w tej sprawie musi zapaść na samym szczycie koalicji – między liderami ugrupowań, zwłaszcza w trójkącie: Tusk, Hołownia, Kosiniak-Kamysz. Aby takie negocjacje miały w ogóle sens, konieczne – jak się wydaje – jest przede wszystkim zobowiązanie się przez premiera, że jeszcze przed pierwszym czytaniem projekt zostanie poprawiony (jest tajemnicą poliszynela, że krytykowany był on również w Koalicji Obywatelskiej przez posłów, którzy głosowali za jego uchwaleniem) i eksperci (nie posłanki komisji nadzwyczajnej, tylko karniści) wyjaśnią posłom PSL meritum ustawy. Ale to nie koniec – ponieważ jest oczywiste, że w tym Sejmie nie ma i nie będzie większości dla rozwiązań dalej idących, częścią umowy powinno być zawieszenie lub zakończenie prac nad projektami Lewicy i Koalicji Obywatelskiej dotyczących liberalizacji aborcji do 12. tygodnia ciąży. Jeśli Trzecia Droga podtrzyma swój projekt, komisja nadzwyczajna powinna dokończyć prace i przedstawić go Sejmowi.
Politycy muszą mieć świadomość, że ustawa depenalizująca pomocnictwo w aborcji w tej chwili ma wymiar wyłącznie polityczny, jest testem na sprawczość premiera i spójność obozu rządzącego. Merytorycznie jej uchwalenie niczego nie zmieni – ustawa nie doczeka się podpisu prezydenta, na pewno nie przed wyborami 2025 roku.
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Zapowiedzi MZ w sprawie aborcji. Niezależnie od tego, czy ustawę depenalizacyjną parlament uchwali, czy nie – nie wejdzie w życie. Minister zdrowia Izabela Leszczyna pod koniec tygodnia zapowiedziała więc, że „spotyka się z prawnikami i lekarzami”, żeby wypracować rozwiązania, które pomogą Polkom legalnie i bezpiecznie przerywać ciążę do 12. tygodnia, bo „są dwie przesłanki”.
Pani minister wdrażała już „plan B” przy wecie prezydenta do ustawy nowelizującej Prawo farmaceutyczne w zakresie dostępności tzw. pigułki dzień po. Wdrażała, trzeba jasno stwierdzić, z naruszeniem przepisów ustaw i Konstytucji (bardzo jasno wykazał to Rzecznik Praw Obywatelskich), ale przede wszystkim – nieskutecznie, bo założonego celu, czyli dostępu do antykoncepcji awaryjnej dla kobiet niepełnoletnich bez wiedzy i zgody rodziców nie udało się zapewnić.
Obecne zapowiedzi – nawet tylko sygnalne, bo przecież niewiele padło szczegółów, choć niektóre sformułowania są co najmniej kontrowersyjne („ja naprawdę wolę, by kobieta dokonała terminacji do 12. tygodnia, kiedy ten płód nie ma jeszcze wykształconego czucia, niż żeby dziecko trzymiesięczne czy trzyletnie było maltretowane przez rodziców i trafiało do szpitala”) – budzą, mówiąc niezwykle oględnie, ogromny niepokój, prowadząc do przerażająco smutnej refleksji, że osiem lat deptania konstytucji i zasad państwa prawa po prostu zdemoralizowało polityków, również obozu demokratycznego. Izabela Leszczyna wspomniała, że w pracach nad poszukiwaniem rozwiązań obejścia przepisów ustawy bierze udział również Ministerstwo Sprawiedliwości, i można mieć tylko nadzieję, że to nie jest prawda.
Ale trzeba się skupić na meritum. Organizacje działające na rzecz legalizacji aborcji wskazują, że w Polsce rocznie ma miejsce ok. 200 tysięcy aborcji, w lwiej części farmakologicznych, czyli właśnie do 12. tygodnia ciąży. Generalnie, choć na pewno są wyjątki, kobiety, które w pierwszych trzech miesiącach stwierdzają, że jednak nie chcą być w ciąży i nie chcą urodzić – ciążę przerwać mogą, choć wymaga to nieco zachodu. Z prawnymi konsekwencjami muszą się liczyć ci, którzy taką decyzję pomogą zrealizować – choć patrząc na statystyki dotyczące postępowań prokuratorskich, których w skali roku prowadzi się co najwyżej kilkaset, to zagrożenie konsekwencjami jest mocno teoretyczne. W dodatku, jaki informowały media, do prokuratur trafiły wytyczne w sprawie postępowań okołoaborcyjnych, których spodziewanym efektem będzie umarzanie przynajmniej większości spraw. Realny problem mają kobiety, które tę decyzję podejmują – z różnych przyczyn – na późniejszym etapie ciąży lub znajdują się w sytuacji, w której muszą rozważyć terminację ciąży. Tego problemu ewentualny aborcyjny plan „B” – taki, jaki przedstawiła hasłowo minister Leszczyna – nie rozwiąże. Jednak ten problem z kolei rozwiązuje (a na pewno może rozwiązać w dłuższej perspektywie czasowej) monitorowanie wywiązywania się przez szpitale z wykonywania zabiegów terminacji ciąży w sytuacjach prawnej dopuszczalności, gdy spełniona zostaje jedna z dwóch obowiązujących przesłanej (dwóch lub trzech, jeśli uchwalono by skutecznie przywrócenie tzw. kompromisu aborcyjnego). Opublikowane w minionym tygodniu dane MZ o liczbie zabiegów terminacji ciąży w 2023 roku pokazują blisko trzykrotny wzrost w stosunku do roku 2022 i jest oczywiste, że ów wzrost jest wynikiem gwałtownej reakcji opinii publicznej na zgon ciężarnej w Nowym Targu w połowie 2023 roku i jednoznacznego przypomnienia – przez ówczesnego szefa resortu zdrowia Adama Niedzielskiego oraz RPP Bartłomieja Chmielowca – że wystarczającą przesłanką jest zagrożenie zdrowia ciężarnej, również w sytuacji, gdy mowa o zagrożeniu zdrowia psychicznego. Dane pokazują również ogromne zróżnicowanie regionalne w dostępie do zabiegów – jedną trzecią wykonały placówki dolnośląskie, a tak naprawdę w lwiej części jeden szpital (Oleśnica). W dwóch województwach (podkarpackie, warmińsko-mazurskie) nie wykonano żadnego zabiegu.
Sukces (mimo wszystko). Kary za tzw. nienależną refundację. Wspólna konferencja minister zdrowia i prezesa samorządu lekarskiego w sprawie kar za tzw. nienależną refundację preparatu mlekozastępczego kończy „aferę mlekową” i daje lekarzom, z którymi NFZ walczy na drodze sądowej, nadzieję na zakończenie trwającej dla nich od lat sprawy. Jest to sukces samorządu, który stanął po stronie lekarzy i (oby) sukces zdrowego rozsądku – lekarze naprawdę nie mogą być karani, jeśli działają dla dobra pacjenta.
Jest jednak sporego kalibru „ale”. O tym, że zwróciła się do NFZ, by poszedł z lekarzami na ugodę, Izabela Leszczyna mówiła dziennikarzom już kilka tygodni temu, przywołując zresztą opisany przez nas krótko później korzystny dla lekarza wyrok sądu. Między spotkaniem z dziennikarzami a czwartkową konferencją w Naczelnej Izbie Lekarskiej płatnik zdążył złożyć apelację od tegoż wyroku – choć kwota, której żąda od lekarza, jest niewielka, a przedmiotem sporu jest jedna recepta. Jeśli sąd drugiej instancji podtrzyma korzystny dla lekarza wyrok, płatnik będzie obciążony kosztami postępowania sądowego zbliżonymi do żądanej przez siebie kwoty. Brak apelacji byłby sygnałem – świadectwem – autorefleksji. No i wreszcie – zalecenie ministra jako podstawa prawna. Ostatnie lata źle się na tym polu kojarzą. Dodatki covidowe Fundusz wypłacał na podstawie zalecenia ministra – a raport NIK nie pozostawił na tej operacji suchej nitki. Łyżka dziegdziu? Być może. Trudno jednak przejść nad tymi okolicznościami do porządku dziennego, dodatkowo pamiętając o lekarzach, którzy w tzw. międzyczasie machnęli ręką i zapłacili kary – w tej samej sprawie.