Polityka szkodzi zdrowiu. Ponad, nomen omen, politycznymi podziałami. Niezależnie od barw, politycy są w stanie powiedzieć lub napisać wszystko w nadziei na zapunktowanie – w elektoracie albo u partyjnych liderów. Może za tym stać kalkulacja lub ignorancja, skutki są równie opłakane.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Poseł KO o lekarzach. Każdą pulę pieniędzy, jaką wrzucimy do systemu, czy będzie to dziesięć, dwadzieścia czy sto miliardów złotych, zjedzą lekarze – powiedział na antenie publicznego radia pod koniec tygodnia Przemysław Witek (Koalicja Obywatelska), dotychczas umiarkowanie kojarzony jako polityk i poseł. Umiarkowanie, a może po prostu odpowiednio do swojej niezbyt intensywnej aktywności poselskiej sejmowego debiutanta (dziewięć wystąpień, siedem zapytań w sprawach bieżących, dwa oświadczenia, zero interpelacji).
Poseł Witek nie ma również w swoim życiorysie zbyt wielu punktów, w których jego ścieżka kariery przecinałaby się z ochroną zdrowia (życiorys na stronie Sejmu podpowiada, że w tym roku ukończył MBA z zarządzania ochroną zdrowia w Akademii WSB), choć od lat jest związany z administracją publiczną (pracował m.in. w NIK). Być może właśnie dlatego tak łatwo wszedł w buty polityków PiS, którzy od lat powtarzali, że sytuacja w ochronie zdrowia byłaby zupełnie inna (czytaj: lepsza), gdyby nie lekarze, przejadający wszystkie środki, pojawiające się w systemie.
Przemysław Witek ma na to receptę. „I co należy zrobić? Należy zrobić jedną rzecz. My musimy jak najszybciej wprowadzić na rynek jak najwięcej lekarzy”. Wypisz, wymaluj – Przemysław Czarnek. Były minister nauki mógłby być dumny i podpisałby się pod każdym jednym słowem z tej diagnozy i recepty, którą przecież z olbrzymim sukcesem zaczął wdrażać, wydając zgody na prowadzenie kierunków lekarskich bez pozytywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Poseł Witek się jednak nie zatrzymał w pół drogi i identycznie jak Przemysław Czarnek, który rektorom oskarżającym rząd PiS o zdewastowanie systemu kształcenia lekarzy odpowiadał, że alternatywą jest to, że leczyć „babcie na wsiach” będą „nie lekarze”, stwierdził, że wolałby trafić do słabszego lekarza, niż nie mieć w ogóle do niego dostępu.
Dla posła KO są dwie wiadomości: dobra i gorsza. Dobra jest taka, że politykom konieczność leczenia się u słabszych lekarzy raczej nie grozi – w przeciwieństwie do przysłowiowych „babć ze wsi”, nad których losem pochylał się były minister nauki. Gorsza (chyba?), że gdyby zrobić test na zgodność opinii, polityk KO śmiało mógłby zmienić barwy klubowe – przynajmniej na tym odcinku, choć zupełnie mu ona nie przeszkadzała w krytykowaniu PiS za zmiany w składce zdrowotnej.
Sam Witek w trakcie wywiadu zastrzegł, że jego pogląd w sprawie lekarzy jest „radykalny, jak na posła Koalicji Obywatelskiej”, ale warto przypomnieć, że całkiem niedawno padło – tym razem z ust wiceministra zdrowia – słynne zdanie o lekarzach lubiących pieniądze (która to skłonność miałaby ich skłaniać do działań na pograniczu prawa w zakresie umów z NFZ, trzeba doprecyzować kontekst). Trudno ukryć, że rząd, a może zwłaszcza Koalicja Obywatelska, ma potężny problem tożsamościowy, odkrywając bliskość (poglądów, a może też decyzji politycznych) z partią, od której ugrupowanie miało się różnić o 180 stopni. Reakcje środowiska lekarskiego – dyskusje w mediach społecznościowych, ale też skierowany w sobotę do premiera list prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasza Jankowskiego – wskazują, że obrót przekroczył już owe 180 stopni i w tym aspekcie, w aspekcie oceny sytuacji w ochronie zdrowia, jej przyczyn i diagnoz na przyszłość, niebezpiecznie zbliża się do pełnych 360 stopni.
Największy brak zaskoczenia. Poseł PiS o porodówkach. Tylko pewną pociechą dla Koalicji Obywatelskiej może być lustrzane odbicie problemu. Kilkanaście godzin po opublikowaniu przez Ministerstwo Zdrowia projektu nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych były wiceminister zdrowia, poseł PiS, Janusz Cieszyński napisał na platformie X: „Wstyd”. Co jest, zdaniem posła Cieszyńskiego, wstydem? „Nowy projekt @Leszczyna zakłada zamknięcie 110 porodówek. To 1/3 takich oddziałów i decyzja, która pozbawi pacjentki z wielu części Polski dostępu do opieki zdrowotnej. Przykłady? woj. podlaskie – 10 z 14 do zamknięcia, woj. warmińsko-mazurskie – 10 z 16 do zamknięcia. Wstyd”.
Gdybyż to był szeregowy poseł z zerowym doświadczeniem w czytaniu projektów aktów prawnych i zerowym w obszarze ochrony zdrowia, można byłoby przymknąć oko. Bo rzeczywiście – o czym napisaliśmy, informując o treści projektu, załącznikami do niego są dwa wykazy szpitali, z których można się dowiedzieć, które oddziały (chirurgiczne i ginekologiczno-położnicze) nie spełniają wyjściowych kryteriów kwalifikacji do sieci. Ale z projektu jasno wynika, że po pierwsze – kryteria zostaną sformułowane w rozporządzeniu ministra zdrowia, po drugie – sam projekt zawiera liczne furtki, które pozwolą kontraktować świadczenia również w oddziałach nie zakwalifikowanych do sieci, po trzecie wreszcie – jest w tej sprawie publiczna deklaracja minister zdrowia sprzed kilku miesięcy, że porodówki zabezpieczające powiaty geograficznie wykluczone (niemające dostępu do oddziału będącego w sieci w określonym promieniu) będą kontraktowane na szczególnych zasadach, pozwalających im nadal działać.
To z jednej strony. Z drugiej, trudno nie pamiętać – i nie przypomnieć – że Janusz Cieszyński był podsekretarzem stanu u ministra Łukasza Szumowskiego, który bodaj jako pierwszy głośno (choć półoficjalnie) mówił o potrzebie zamknięcia części oddziałów ginekologiczno-położniczych, ubolewając, w obecności licznych przedstawicieli mediów, że ta operacja jest politycznie trudna, wręcz niemożliwa do przeprowadzenia, choć ze względów bezpieczeństwa rodzących, a także standardów porodowych jest niezbędna (tu trzeba byłoby przypomnieć, że podczas swojego pierwszego spotkania z Komisją Zdrowia w 2018 roku Łukasz Szumowski obiecywał zapewnienie rodzącym dostępu do znieczulenia porodowego).
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że temat porodówek będzie politycznie (partyjnie) eksploatowany do granic możliwości i przyzwoitości (jeśli takie w polityce w ogóle istnieją).
Największy znak zapytania. Rozliczenia. – Dzięki posiadanym uprawnieniom Krajowa Administracja Skarbowa od lutego bieżącego roku prowadzi postępowania w 90 jednostkach. Codziennie pracuje 200 kontrolerów. Złożono ponad 60 zawiadomień w tej sprawie – mówił w piątek premier Donald Tusk. Tylko w sprawach, które już trafiły do prokuratury, chodzi o 3,2 mld zł, ale globalna kwota pieniędzy, które miały być w ciągu ośmiu lat rządów PiS wydanych niezgodnie z prawem ma, w ocenie premiera, sięgać 100 mld zł. – Po sześciu miesiącach działań, śledztw, audytów, w tej chwili mamy 62 osoby z poprzedniej elity władzy, które mają postawione zarzuty. Tego nie było nigdy w historii przed naszymi poprzednikami – dodał Tusk.
Jedną z instytucji, którą od miesięcy bada KAS, jest Ministerstwo Zdrowia i podległe mu jednostki. Piątkowe enuncjacje premiera, jak można było usłyszeć w kuluarach, są jedynie wstępem, zapowiedzią tego, co się będzie dziać po wakacjach, być może zresztą jeszcze w sierpniu. Rozliczenia PiS, trwające do tej pory, koncentrowały się – poza Funduszem Sprawiedliwości – raczej na konkretnych osobach. Premier chce pokazania pełnowymiarowej skali nieprawidłowości, do jakich dochodziło w ciągu dwóch kadencji rządów Prawa i Sprawiedliwości, a rozmach rozliczeń ma uprzedzić jakiekolwiek potencjalne pęknięcia w koalicji – na przykład w sprawach światopoglądowych. Pytanie, na jakie cały czas nie ma odpowiedzi, dotyczy – nie tylko w obszarze ochrony zdrowia zresztą – tego, czy odpowiedzialność ma dotyczyć jedynie nieprawidłowości finansowych. Tropienie „układu zamkniętego”, jak określił to Donald Tusk, jest niewątpliwie ważne, ale czy do tego można ograniczać odpowiedzialność polityków?
Warte odnotowania. Aborcja. Ukazały się wytyczne dla prokuratorów dotyczące prowadzenia spraw dotyczących odmowy przerwania ciąży oraz aborcji farmakologicznej. – Wytyczne są jedną z form zarządzania prokuraturą przez prokuratora generalnego, ich celem jest zapewnienie prawidłowego wykonywania ustawowych obowiązków, a także oddziaływanie na podnoszenie poziomu pracy prokuratorów – tłumaczyła w piątek mediom prok. Anna Adamiak, rzeczniczka prasowa prokuratora generalnego. Wytyczne, jak podkreślała, pełnią wyłącznie funkcję pomocniczą i nie zmieniają obowiązującego prawa. Narracja części mediów, że bez zmiany przepisów rząd w sposób znaczący poprawi dostępność aborcji, nie znajdzie najprawdopodobniej odzwierciedlenia w faktach. Wytyczne powinny ograniczyć nadgorliwość niektórych śledczych, ale nie zastąpią wewnątrzkoalicyjnej dyskusji (decyzji) w sprawie dalszych losów projektów dotyczących aborcji.