Mamy krach programu dzietności ogłoszonego przez PiS. Dzieci rodzi się zatrważająco mało, porodów jest o jedną trzecią mniej niż 10 lat temu. Nie ma szans, by utrzymały się wszystkie porodówki – tłumaczy Ministerstwo Zdrowia. Kwestia wyłączania z sieci szpitali oddziałów ginekologiczno-położniczych, które nie przyjmują w ciągu roku minimum 400 porodów zdominowała w tej chwili dyskusję o planowanych zmianach w szpitalnictwie.
Fot. Arkadiusz Stankiewicz / Agencja Wyborcza.pl
W projekcie nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych (konsultacje projektu kończą się w piątek 30 sierpnia) zapisano wiele rozwiązań, również kwestię restrukturyzacji sieci porodówek.
W załączniku do projektu znalazła się lista szpitali, w tym porodówek, które spełniają (lub nie) określone przez MZ wstępne kryteria kwalifikacji do sieci szpitali. W tabeli z listą szpitali ujęto kryterium „liczba porodów większa lub równa 400”. Kryterium to spełnia 220 porodówek, natomiast 111 – nie. Tuż po publikacji projektu wraz z załącznikiem niektórzy prominentni posłowie opozycji – w tym Janusz Cieszyński, były wiceminister zdrowia w rządzie PiS – podnieśli alarm, że rząd Donalda Tuska szykuje operację zamykania porodówek – i ta narracja utrzymuje się cały czas.
We wtorek wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny na antenie radiowej Jedynki również był pytany o kwestię „zamykania porodówek”. – Rzeczywiście mamy krach tego programu dzietności, który ogłosiło Prawo i Sprawiedliwość. Skutkuje to teraz tym, że dzieci rzeczywiście rodzi się zatrważająco mało i to jest jedna trzecia mniej porodów niż było to pewnie 10 lat temu – stwierdził wiceminister, podkreślając, że zbyt mała liczba porodów zagraża bezpieczeństwu rodzących (i dzieci). – Oddział musi pracować. Nie może być tak, że poród jest co drugi dzień, i personel nie uczestniczy w tej pracy bezpośredniej, więc w pewnych momentach zachodzi takie podejrzenie, że jakość tych świadczeń może ulec pogorszeniu – tłumaczył.
To nie są nowe argumenty. Ministerstwo Zdrowia AD 2024 mówi dokładnie to samo, co przekazywał pięć lat temu minister zdrowia Łukasz Szumowski (jednym z jego zastępców był Janusz Cieszyński). Już w 2019 roku resort rozważał, w jaki sposób przeprowadzić faktyczne ograniczenie liczby oddziałów ginekologiczno-położniczych, usuwając te, które ciężarne – ze względu na spadającą liczbę porodów, ale też łatwy dostęp do bardziej specjalistycznych, lepiej wyposażonych szpitali – wybierają rzadziej. Wtedy, przed wyborami parlamentarnymi sprzed pięciu lat, temat nie stanął na forum publicznym (w Ministerstwie Zdrowia można było usłyszeć, że jest on politycznie niezwykle trudny do przeprowadzenia), ale nie znaczy to, że nie były prowadzone żadne prace. W listopadzie 2019 roku media informowały, że prezes NFZ Adam Niedzielski ma przygotowane rozwiązanie: szpitale, w których odbywa się minimum 400 porodów rocznie, miały być premiowane finansowo. – To ma zmusić mniejsze placówki do koncentracji świadczeń, ale część porodówek może zostać zamknięta. Z danych NFZ wynika, że w Polsce jest 77 oddziałów, na których odbywa się mniej porodów niż zaproponowany limit – podał pięć lat temu portal Prawo.pl. – Prezes NFZ nie ukrywa, że wprowadzając premie za minimum 400 porodów rocznie, liczą na to, że dojdzie do reformy struktury szpitalnictwa.
Politycy PiS w sprawie porodówek mają wyjątkowo krótką pamięć. – Jakie były kryteria wyboru minimalnej liczby 400 porodów rocznie jako warunku utrzymania oddziału położniczego w sieci szpitali? – pyta w skierowanej niedawno do resortu zdrowia interpelacji Jacek Sasin, niepokojąc się przede wszystkim o losy województwa podlaskiego, które w Sejmie reprezentuje. – Zgodnie z informacjami zawartymi w załączniku nr 2 do projektu ustawy wynika, iż na Podlasiu 10 oddziałów położniczych nie spełnia tego wymogu, co w praktyce oznacza ich zamknięcie lub drastyczne ograniczenie dostępności świadczeń położniczych – przypomina polityk, który i w pierwszym, i w drugim rządzie Mateusza Morawieckiego pełnił funkcję wicepremiera (stanowisko objął w czerwcu 2019 roku, ale wcześniej również był jednym z najbardziej wpływowych polityków obozu władzy) – i dokładnie wtedy resort zdrowia i NFZ tłumaczyły, że limit 400 porodów rocznie nie wziął się znikąd, lecz był wynikiem „konsultacji ze środowiskiem lekarskim”.
Pięć lat temu kryterium nie spełniało blisko 80 oddziałów, ale NFZ w celu ochrony awaryjnej dostępności przyjął jeszcze kryterium geograficzne – 40 km odległości między placówkami, wtedy liczba oddziałów „wykluczonych” spadała do 55. – Wprowadzenie takich kryteriów koncentracji jest pewnym przygotowaniem do redefinicji sieci szpitali, która ma nastąpić do 2021 r. Mamy nadzieję, że te rozwiązania do tego czasu zachęcą do konsolidacji, zachęcą właścicieli do rozmów na temat tego, czy warto utrzymywać tego typu miejsca, a czy nie warto dogadywać się w regionie – mówił w listopadzie 2019 roku Niedzielski, który 10 miesięcy później został ministrem zdrowia i jako szef resortu, bez powodzenia, przygotowywał kolejne odsłony zmian w szpitalnictwie – jedną z ich osi miała być gruntowna restrukturyzacja nierentownych szpitali i zamknięcie części oddziałów, również ginekologiczno-położniczych.
Latem 2023 roku, na niespełna miesiąc przed swoją dymisją, Niedzielski wyjaśniał publicznie w mediach powody, dla których oddziały ginekologiczno-położnicze zawieszają swoją działalność lub się zamykają, a resort zdrowia dąży do zamknięcia części z nich. – Mamy, niestety, zmniejszającą się liczbę urodzin, mamy zmniejszający się udział w społeczeństwie dzieci, stąd siłą rzeczy oddziały położnicze czy oddziały pediatryczne będą się dostosowywały swoją wielkością, rozmiarem w skali kraju do tego, by odpowiadać na zapotrzebowanie – mówił, podkreślając, że ten proces „będzie kontynuowany”. Niedzielski przypominał też o konsekwencjach prawa ciężarnych do wyboru szpitala. To nie minister zdrowia, to nie premier, to nie ktokolwiek inny decyduje o tym, gdzie kobieta będzie rodziła, tylko bezpośrednio decyduje kobieta. Mamy ośrodki, które charakteryzują się wysokim stopniem referencji, renomy, jeśli można tak powiedzieć, i to tam przede wszystkim chcą trafiać kobiety.
Sytuacja zmieniła się o tyle, że w tej chwili MZ woli podkreślać, że proces podejmowania decyzji o zamykaniu porodówek będzie przebiegać nie na ul. Miodowej czy w centrali NFZ, ale w regionach. – To, co się pojawia dzisiaj, że MZ będzie zamykało porodówki, to jest nieprawda. Ministerstwo nie ma takiej możliwości – przypominał Konieczny. I, formalnie, jest to oczywiście prawda – choć ustalenie kryteriów włączania do sieci i wyłączania z niej jest decyzją centralną. – My dajemy inne możliwości: dajemy możliwość łączenia, możliwość współpracy w regionach. Na pewno, jeśli sąsiednie powiaty czy sąsiednie szpitale będą porozumiewały się co do tego, że w jednym szpitalu jest 400 porodów, w drugim 400 i ta porodówka w jednym z nich zostanie utrzymana, to będzie dobre rozwiązanie i nie będą obydwie zamykane – wyjaśniał, podkreślając, że MZ i NFZ będą stać na straży, aby nie doprowadzić do powstania białych plam na mapie oddziałów położniczych: będą temu służyć postępowania konkursowe.
O los oddziałów ginekologiczno-położniczych z poszczególnych województw (niekiedy – z konkretnych powiatów) niepokoją się w interpelacjach również inni posłowie (m.in. Karina Bosak z Konfederacji). Jednak nie tylko opozycja jest zainteresowana tematem. W lipcu interpelację do minister zdrowia w sprawie całego projektu ustawy wprowadzającego zmiany w szpitalnictwie skierowała grupa posłów Lewicy, w tym Marcelina Zawisza, wiceprzewodnicząca Komisji Zdrowia. – W ostatnich dniach prezentowała Pani założenia reformy szpitalnictwa. Jest to temat szczególnie nam bliski – każdy poseł i każda posłanka w swoim okręgu wyborczym spotyka się z kłopotami, jakie przeżywają szpitale, szczególnie te w mniejszych miejscowościach. Często oglądamy niestety sytuacje, w których „zwijają się” w Polsce powiatowej oddziały, a z czasem i całe placówki. (...) Reformy i plany poprzedniego rządu często cierpiały na syndrom niemierzalnych punktów wyjścia. Tak jak w przypadku pilotażu Krajowej Sieci Onkologicznej – trudno będzie oceniać plany, realizację i skutki reform bez przyjrzenia się sytuacji wyjściowej. By uniknąć tego samego błędu, wielką wartością byłaby szeroka debata publiczna na każdym etapie, poczynając od założeń. Przedstawiony przez resort pierwszy pakiet deregulacji obejmuje rozwiązania o dużym wpływie na system ochrony zdrowia – napisali posłowie, formułując listę pytań, również takich, dotyczących planów wobec porodówek. Lewica chce wiedzieć, ile jest w kraju oddziałów ginekologiczno-położniczych ogółem oraz takich, które przyjmują mniej niż 400 porodów rocznie. Posłowie oczekują danych z ostatnich kilku lat i pytają, czy „w związku z ustaleniem minimalnej liczby porodów dla oddziałów ginekologiczno-położniczych i nieuniknioną w takim razie likwidacją mniejszych oddziałów” MZ rozważa możliwość przyjmowania fizjologicznych, niepowikłanych porodów w ramach działalności planowanych powiatowych centrów zdrowia.