Dokąd poprowadzą furtki, jakie znalazł rząd, a konkretnie premier i ministrowie zdrowia oraz sprawiedliwości, w sprawie dostępności aborcji. I czy naprawdę konieczne było ich otwieranie?
Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. KPRM
Największy (mimo wszystko) brak zaskoczenia. Wytyczne. Przywracanie państwa prawa może mieć, jak widać, różne oblicza. Jednym z nich jest otwieranie furtek przez premiera i konstytucyjnych ministrów. Ogłoszone w piątek z hukiem wytyczne w sprawie aborcji według jednych są milowym krokiem w stronę respektowania praw reprodukcyjnych kobiet, według drugich – otwarciem drogi do aborcji na życzenie, i to na późniejszym niż 12. tydzień etapie ciąży. Jeszcze inni komentatorzy zwracają uwagę na arbitralne wkroczenie minister zdrowia w kompetencje zawodowe lekarzy. Można byłoby długo wymieniać, nawet pomijając skrajności, zarówno po stronie środowisk „pro-choice”, jak i „pro-life”.
Czy wytyczne w sprawie aborcji były potrzebne? Tak, tu raczej nie ma wątpliwości. Skoro jednak przerwanie ciąży jest procedurą medyczną – jak przypominają zwolennicy liberalizacji przepisów antyaborcyjnych – wytyczne te powinny firmować towarzystwa naukowe. Dokładnie tak, jak na początku roku obiecywała Izabela Leszczyna. Pytanie, co się wydarzyło, że musi być inaczej i wytyczne muszą być urzędnicze, a wręcz – polityczne?
Opublikowany na stronach MZ dokument pozostawia lekarzom prawo do klauzuli sumienia (jednocześnie przypominając dobitnie, że nie przysługuje ono podmiotom leczniczym), poza wypadkami, w których odmowa przerwania ciąży stanowiłaby zagrożenie dla życia kobiety, pociągałaby za sobą ryzyko uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia. Trzeba jasno powiedzieć – jest w tych zapisach spore pole do interpretacji rozszerzającej. Lekarze powinni mieć na uwadze, że wytyczne dla prokuratorów, przygotowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości, mówią o badaniu okoliczności odmów przeprowadzenia aborcji w przypadku wskazań zdrowotnych. Ale klauzula sumienia jest respektowana i obietnica minister zdrowia: „Nie będziemy łamać lekarskich sumień”, pozostaje w mocy.
Uwaga opinii publicznej skupiła się – poniekąd słusznie – na dwóch kwestiach, mocno akcentowanych podczas ogłaszania wytycznych. Po pierwsze, wystarczy zagrożenie zdrowia kobiety, nawet nie bezpośrednie i nie nagłe, po drugie – dotyczy to zarówno zdrowia somatycznego, jak i psychicznego. Jest też trzeci, bardzo praktyczny, punkt: wystarczy opinia jednego lekarza. Szpital nie ma prawa jej podważyć. Zarówno media, jak i duża część wypowiadających się lekarzy (również część działaczek organizacji działających na rzecz prawa kobiet do aborcji) interpretuje to jednoznacznie: szpitale muszą respektować zaświadczenia wystawiane przez psychiatrów.
Warto przypomnieć, że geneza upowszechnienia tych zaświadczeń to werdykt TK Julii Przyłębskiej z października 2020 roku i uznanie za niekonstytucyjną przesłanki o ciężkim uszkodzeniu płodu. Wówczas pojawił się wręcz apel do specjalistów w dziedzinie psychiatrii, by nie odmawiali kobietom mającym taką diagnozę stanu płodu zaświadczenia o zagrożeniu dla ich zdrowia.
Pytanie, dlaczego rząd, który nie uznaje orzeczeń TK, powołując się na orzeczenia trybunałów europejskich (ten wątek bardzo mocno wybrzmiał podczas prac komisji sejmowej pracującej nad projektami aborcyjnymi), nie wpisał po prostu w wytyczne, że szpitale muszą honorować również przesłankę dotyczącą ciężkich wad płodu i ignorować tym samym „opinię” wadliwego TK? Byłoby to o wiele bardziej klarowne i czytelne, niż zakazywanie nie tylko podmiotom leczniczym, ale przede wszystkim lekarzom, postępowania dość naturalnego, jakim jest pozyskiwanie drugiej opinii specjalisty. Zwłaszcza, gdy pierwsza uzyskiwana jest w drodze teleporady – czego lekarz, do którego zgłasza się ciężarna, ma pełną świadomość. W nieoficjalnych rozmowach z lekarzami – wcale nie wojującymi przeciwnikami liberalizacji przepisów antyaborcyjnych (zakładających przecież prawo do podejmowania decyzji jedynie do 12. tygodnia ciąży) wybrzmiewa obawa o pojawienie się „aborcjomatów”. Obawa być może daleko na wyrost – ale trudno zaprzeczyć, że furtka dla takich rozwiązań również została otwarta, a w grę wchodzą przecież nie tylko zaświadczenia od specjalistów w dziedzinie psychiatrii.
Największy znak zapytania. Zmiany w przepisach antyaborcyjnych. Pierwsze komentarze po ogłoszeniu aborcyjnych wytycznych ze strony polityków PSL były powściągliwe, ale można z nich wnioskować, że raczej usztywniły stanowisko w sprawie ewentualnych głosowań nad projektami aborcyjnymi, które są i będą procedowane w Sejmie. Oczywiście, projekty idące najdalej i legalizujące aborcję do 12. tygodnia ciąży można uznać za niebyłe – to o nich mówił premier na Campus Polska Przyszłości, że nie mają szans na uchwalenie, co być może oznacza, że Koalicja Obywatelska wycofa swój projekt, by nie narażać się na kolejną porażkę (klęskę). Lewica zapowiada walkę do końca, ale piątkowe wytyczne stawiają ją w trudnej sytuacji – politycy KO pokazali sprawczość (choć jakie będą tego efekty, czas pokaże), a Lewicy pozostanie ewentualnie demonstracja determinacji.
W grze tak naprawdę – o czym było wiadomo od początku – są dwa rozwiązania: dekryminalizacja pomocnictwa w aborcji (po lipcowym odrzuceniu projektu Lewica zgłosiła go ponownie) i powrót do tzw. kompromisu aborcyjnego z pewnymi korektami, czyli projekt Trzeciej Drogi. Można było mieć nadzieję, że Tusk zamierza podjąć próbę negocjacji z ludowcami ich poparcia (choćby miękkiego) dla depenalizacji. Ogłoszone w piątek wytyczne te nadzieje raczej przekreślają. Ludowcy doskonale widzą, jak szeroko zostały otworzone „furtki” i bardzo wątpliwe, by chcieli tę politykę firmować. Na stole zostanie więc projekt dwóch klubów Trzeciej Drogi, przywracający – trzeba to traktować hasłowo – kompromis aborcyjny z 1997 roku. Projekt, o czym również wspominano podczas prac w Sejmie, o tyle nieadekwatny, że skoro podważamy legalność TK Julii Przyłębskiej, ów kompromis de facto został naruszony (obalony) wyłącznie na gruncie politycznym, nie prawnym i należałoby zająć się przywróceniem jego działania, zamiast wskazywać furtki.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Budżet na zdrowie. Wydatki na obronność wyniosą w 2025 roku 4,7 proc. PKB. Wydatki na zdrowie, realnie, ok. 5,6 proc. PKB.
Trudno podważać zasadność zwiększania wydatków na obronność, na wojsko, gdy tuż za granicą toczy się wojna, a apetyty agresora, wszystko na to wskazuje, są nieposkromione. Polska jest jednym z krajów UE i NATO, które przodują w zwiększaniu odsetka PKB przeznaczanego na wojsko i zbrojenia.
To nie rosnące wydatki na zbrojenia są problemem, tylko – proporcje. Może warto przypomnieć, patrząc wyłącznie na kraje europejskie (porównania z USA nikt nie jest w stanie wytrzymać, jeśli chodzi o odsetek PKB przeznaczany na zdrowie), że NATO-wski benchmark wydatków na zbrojenia wynosił niedawno 2 proc. PKB (i nieliczne kraje w Europie go osiągały, co wzbudzało ogromny sprzeciw USA), podczas gdy średnie wydatki na zdrowie w podobnej grupie krajów (UE) oscylowały – w tym samym czasie – wokół 7,5 proc. PKB. Oczywiście, ta średnia nie mówi wszystkiego, bo kreują ją takie kraje jak Niemcy czy Skandynawia, w których wydatki publiczne przekraczają 10 proc. PKB i kraje bałkańskie oraz Polska, w których na zdrowie przeznacza się ok. 5 proc. PKB, jednak niewątpliwie jest jakimś punktem odniesienia. Można założyć, że zdrowie obywateli tyle po prostu kosztuje – ok. 7,5-8 proc. PKB, co zresztą nie wynika wyłącznie z danych instytucji międzynarodowych, ale i z polskich obliczeń dotyczących niedoszacowania finansów systemu ochrony zdrowia.
Warto mieć tego świadomość, zwłaszcza gdy słyszy się stwierdzenia (TOK FM, miniony tydzień): – No bo przecież czy my dokładnie wiemy, na co idą jeszcze większe pieniądze na służbę zdrowia?
Odpytywany przez dziennikarza ekspert od spraw obronności (nazwisko przemilczmy), stwierdził ponadto, że przy budżecie na obronność przynajmniej wiadomo, że rozkłada on się w miarę równo na trzy części: na zbrojenia, na bieżące funkcjonowanie wojska i na tzw. koszty osobowe, czyli uposażenia oraz renty i emerytury wojskowe.
Niestety, nie tylko w opinii eksperta od obronności system ochrony zdrowia jawi się jak czarna dziura pochłaniająca materię (czyli środki publiczne) – biorąc pod uwagę, że minister finansów znalazł „aż” 600 mln zł więcej niż minimum przewidziane ustawą przychodową, można zaryzykować tezę, że pogląd eksperta jest podzielany na najwyższych szczeblach rządowych.
Polska nie może wydawać na obronność mniej – co do tego zgoda. Pytanie, czy może wydawać na zdrowie niemal najmniej w UE.