Rząd będzie opiłowywał szpitale z oddziałów ginekologiczno-położniczych. Czy opłacalność ma być ważniejsza od piękna narodzin życia ludzkiego w szpitalu? Zysk ważniejszy od poczucia bezpieczeństwa? – pytał retorycznie Czesław Hoc (PiS), dodając, że dla „koalicji likwidatorów” nie jest ważna misja szpitala ani bezpieczeństwo rodzących, tylko „aborcja z dostępem na każdym etapie ciąży”.
Wiceminister zdrowia Marek Kos. Fot. Kancelaria Sejmu
Posłowie Prawa i Sprawiedliwości tematem planowanej – ich zdaniem – likwidacji oddziałów ginekologiczno-położniczych zajmowali się w środę podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. szpitali samorządowych, temat wrócił podczas posiedzenia plenarnego w punkcie bieżących pytań do rządu. Pytając o plany resortu Czesław Hoc, wiceprzewodniczący Komisji Zdrowia w poprzedniej kadencji zwracał uwagę, że zakładane kryteria kwalifikacji porodówek do sieci szpitali (400 porodów rocznie) odwołują się przede wszystkim do efektywności ekonomicznej, bo liczba porodów przekłada się na wynik finansowy, czyli stratę lub zysk szpitala. – Zysk, który depcze wartości konstytucyjne, choćby artykuł 68 – wskazywał, przypominając, że ustawa zasadnicza gwarantuje szczególną ochronę kobietom w ciąży oraz dzieciom. Tej ochrony, dowodził poseł, „koalicja 13 grudnia, zwana również koalicją likwidatorów” chce obywateli pozbawić, doprowadzając do zamknięcia jednej trzeciej oddziałów porodowych.
– Projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych jest na bardzo wczesnym etapie prac – przypomniał wiceminister zdrowia Marek Kos, dodając, że trwają konsultacje ze środowiskiem medycznym i samorządowym i żadne decyzje w sprawie kryteriów kwalifikacji do sieci oddziałów porodowych i zabiegowych jeszcze nie zapadły. – One zostaną umieszczone w rozporządzeniu i będą wynikiem prowadzonych uzgodnień – mówił Kos.
Wiceszef resortu zdrowia przypomniał, że ministerstwo planuje wprowadzenie dodatkowego, geograficznego kryterium, które będzie stanowić bezpiecznik, by oddziały, zabezpieczające wykluczone geograficznie, źle skomunikowane gminy i powiaty miały możliwość wejścia do sieci mimo niespełnienia kryterium ilościowego wykonywanych procedur.
Kos przyznał, że uwagi w sprawie projektu płyną nie tylko od zarządzających szpitalami, samorządowców czy profesjonalistów medycznych, ale również z ministerstw. – W konsultacjach międzyresortowych pojawia się wiele uwag i wiele próśb o wyjaśnienia – dodał. To potwierdza informacje, że sprawa potencjalnej likwidacji części oddziałów porodowych podniosła, dodatkowo, temperaturę sporów w koalicji (za co zresztą premier Donald Tusk również ma pretensje do minister zdrowia Izabeli Leszczyny).
Wiceminister przypomniał posłom, że kryterium 400 porodów nie pojawiło się (wbrew ich sugestiom formułowanym publicznie) w 2024 roku i wcale nie dotyczy opłacalności ekonomicznej. – Ja o nim słyszałem już osiem, może nawet dziesięć lat temu, przede wszystkim w kontekście bezpieczeństwa i jakości opieki – wskazywał. Kos tłumaczył, że w oddziałach, w których odbywa się rocznie np. 120 porodów (są też takie), z których statystycznie połowa to cięcia cesarskie, poród naturalny odbywa się średnio raz w tygodniu. – Tu nawet nie chodzi o lekarzy. Biorąc pod uwagę system pracy równoważnej, obowiązujący zdecydowaną większość położnych, może się zdarzyć, że położna pracująca w takim szpitalu odbiera poród raz na dwa, trzy tygodnie. Czy to na pewno bezpieczne dla rodzących i noworodków? – pytał retorycznie.
Kos zapewnił, że celem rządu nie jest likwidacja oddziałów położniczo-ginekologicznych. Jednocześnie wskazał, że w ciągu ośmiu lat rządów PiS z mapy Polski zniknęło 69 takich oddziałów.