Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Minister zdrowia bawi się zapałkami, stojąc w pobliżu potężnej kałuży benzyny. I chyba nie zdaje sobie sprawy, że słowa, które wypowiada, nie są mniej lub bardziej niezgodnymi ze stanem faktycznym stwierdzeniami, ale mają, a w każdym razie mogą mieć, realną niszczącą siłę.

Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

  • Krótki żywot saszetek z alkoholem jeszcze przez pewien czas niewątpliwe będzie przedmiotem debat i analiz, bo lista pytań w tej sprawie jest długa
  • Czy poza ewidentnym wzmożeniem, jakie przeżyli w tym tygodniu politycy, możemy liczyć na konkretne decyzje, które poskutkują ograniczeniem dostępności alkoholu – nie tylko dla nieletnich?
  • Trudno stwierdzić, co chce osiągnąć Izabela Leszczyna, rzucając w twarz pracownikom ochrony zdrowia (nieprawdziwe na dziś) stwierdzenie o czasowym ograniczeniu obowiązywania ustawy podwyżkowej
  • MZ musi „coś” zrobić z ustawą podwyżkową. Nie tylko dlatego, że jej koszty są zbyt duże, ale dlatego, że jej koszty są zbyt duże w stosunku do zaprojektowanego tempa wzrostu nakładów na zdrowie
  • Kwestia ustawy podwyżkowej nie jest jedynym przykładem na brak politycznego wyczucia (a może po prostu wyczucia) minister zdrowia

Największy znak zapytania. Afera alkotubkowa. Krótki (choć tak naprawdę o wiele za długi, ten pomysł w ogóle nie powinien się zrealizować) żywot saszetek z alkoholem jeszcze przez pewien czas niewątpliwe będzie przedmiotem debat i analiz, bo lista pytań w tej sprawie jest długa – i się wydłuża. Choćby przez decyzje personalne. Minister Izabela Leszczyna przyjęła rezygnację Piotra Jabłońskiego, dyrektora Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom i odwołała go ze stanowiska, tłumacząc później w mediach, że dyrektor zlekceważył temat alkotubek, bo w korespondencji w tej sprawie KCPU użyło stwierdzenia, że ich wprowadzenie na rynek nie łamie prawa (choć równocześnie dyrektor sygnalizował, że warto byłoby zmienić przepisy). Osobom, które odpowiadają za przeciwdziałanie uzależnieniom, powinna – mówiła Izabela Leszczyna – zapalić się czerwona lampka. – Powinni przyjść do nadzorującego wiceministra, ewentualnie wprost do mnie i powiedzieć: pani minister, niby jest OK, ale jest zagrożenie, co robimy? – stwierdziła minister.

Przypomnijmy: alkotubki zaistniały (fizycznie) w niewielkiej liczbie sklepów już w wakacje i media o tym informowały. Była również, na początku sierpnia, interpelacja poselska, na którą odpowiedział wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny. Z tej odpowiedzi jasno wynika, że nawet zapalenie czerwonego reflektora, nie tylko lampki, niewiele wnosi do sprawy. Z drugiej strony – do setek, tysięcy internautów – gdy alkotubki pojawiły się w sklepach na większą skalę – nie musiał przychodzić żaden ekspert, by zwrócić uwagę, jakie to stanowi potencjalne zagrożenie, by zareagowali w sposób wzorcowy, po prostu bijąc na alarm.

I nawet jeśli przyjąć, że ministrowie mają zbyt wiele problemów, by tak trafnie reagować na każdy sygnał, jest jeszcze cała armia doradców i zaufanych osób. Tu nie trzeba było ani specjalistycznej wiedzy dotyczącej uzależnień, ani doktoratu ze zdrowia publicznego, żeby dostrzec i zdefiniować problem.

Dymisja Piotra Jabłońskiego nie została dobrze przyjęta (eufemizm) przez osoby i środowiska zaangażowane w walkę z uzależnieniami (zwłaszcza w obszarze narkotyków, bo Piotr Jabłoński właśnie tą tematyką od lat się zajmował). I każe wrócić do tematu połączenia Krajowego Biura do Spraw Przeciwdziałania Narkomanii oraz Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, czyli decyzji poprzedników (minister Adam Niedzielski) – czy aby na pewno udało się osiągnąć efekt synergii, czy też może przeciwnie. Podczas operacji centralizacyjnej nie brakowało głosów, że specyfika tych dwóch problemów społecznych jest zupełnie odmienna i połączenie może przynieść odwrotny do zakładanego skutek. Oczywiście, w tej chwili można tylko dywagować, czy gdyby istniała PARPA, jej szef nie byłby bardziej skuteczny w zwracaniu uwagi na problem – wydaje się, że mógłby być.

Są też pytania dotyczące przyszłości. Jaki będzie krótko- i długoterminowy efekt afery? Czy poza ewidentnym wzmożeniem, jakie przeżyli w tym tygodniu politycy, możemy liczyć na konkretne decyzje, które poskutkują ograniczeniem dostępności alkoholu – nie tylko dla nieletnich. Są sygnały niosące optymizm, ale są też takie, które można traktować w kategoriach kubła zimnej wody. Minister zdrowia, zapowiadając zmiany w przepisach, powiedziała m.in., że zmienią się one tak, by sprzedawca, mając podejrzenie, że alkohol zamierza kupić osoba nieletnia, miał nie tylko prawo (stan obecny), ale obowiązek weryfikacji wieku. To natychmiast spotkało się z ripostą – dziennikarze zwrócili uwagę, że obowiązuje nadrzędny przepis zakazujący sprzedaży alkoholu osobom niepełnoletnim. Wszystko zaś rozbija się o jego egzekwowanie.

Minister wspomniała też, że obawia się – w kontekście zaostrzania przepisów – tzw. wolnościowców. W państwie, które stoi swobodami obywatelskimi, czyli w Stanach Zjednoczonych, nie dość, że granica wieku uprawniająca do zakupu alkoholu wynosi 21 lat, to jego sprzedaż jest bardzo mocno (w większości stanów, które same te kwestie regulują) ograniczona. Co więcej, osoby młode i stosunkowo młode (20-30-latki) swoje ID rutynowo okazują nie tylko w sklepach, ale również w lokalach. I nikt z tego problemu nie robi. Stany Zjednoczone nie są może właściwym punktem odniesienia w obszarze zdrowia publicznego (choćby ze względu na epidemię innych uzależnień), ale skoro w kraju, w którym wolność stawia się ponad wszystko, takie ograniczenia są możliwe, może warto się zainspirować. Nie „możliwość”, nie teoretyczny „obowiązek”, ale po prostu – obowiązek i rutyna.

Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Strategia MZ. „Ustawa o minimalnych wynagrodzeniach miała obowiązywać tylko trzy lata”.

Minister zdrowia bawi się zapałkami, stojąc w pobliżu potężnej kałuży benzyny. I chyba nie zdaje sobie sprawy, że słowa, które wypowiada, nie są mniej lub bardziej niezgodnymi ze stanem faktycznym stwierdzeniami, ale mają, a w każdym razie mogą mieć, realną niszczącą siłę.

Trudno stwierdzić, co chce osiągnąć Izabela Leszczyna, rzucając w twarz pracownikom ochrony zdrowia (nieprawdziwe na dziś) stwierdzenie o czasowym ograniczeniu obowiązywania ustawy podwyżkowej. Z mechanizmu, który rzeczywiście był ograniczony w czasie, ale chodziło o stopniowe dochodzenie do pełnej wysokości współczynników pracy, nie o same podwyżki, zrezygnowano już jakiś czas temu, o czym przypomniała minister Leszczynie w ostatnim tygodniu Maria Ochman z Solidarności. Ale czy musiała przypominać? Czy wiosną, podczas prac nad obywatelskim projektem nowelizacji ustawy o minimalnych wynagrodzeniach, Ministerstwo Zdrowia, argumentując, że w tym roku na podwyżki dla pielęgniarek nie ma pieniędzy, nie proponowało rozciągnięcia cyklu podwyżek dla wybranych grup (5 i 6) do lipca 2026 roku? Co więcej, wiceminister zdrowia Marek Kos mówił wtedy: – Co roku w lipcu będzie następowała rewaloryzacja pensji wynikająca ze wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej.

Co roku. Oczywiście, jest więcej niż prawdopodobne, że Ministerstwo Zdrowia musi „coś” zrobić z ustawą podwyżkową. Nie tylko (i nie przede wszystkim) dlatego, że jej koszty są zbyt duże, ale dlatego, że jej koszty są zbyt duże w stosunku do zaprojektowanego – i wydaje się, przesądzonego – tempa wzrostu nakładów na zdrowie. Tym bardziej minister powinna wiedzieć, że potrzebuje zbudować wokół tej sprawy porozumienie, wykraczające daleko poza grono dyrektorów szpitali. Podmiotem ustawy są pracownicy, i to z nimi, w pierwszej kolejności, powinna szukać w tej sprawie porozumienia, unikając stwierdzeń, które to porozumienie uniemożliwiają, a na pewno utrudniają.

Kwestia ustawy podwyżkowej nie jest jednak jedynym przykładem na brak politycznego wyczucia (a może po prostu wyczucia) minister zdrowia. „Nie pozwolę, żeby szpital w Żywcu szantażował NFZ”. „Wielki kapitał wymyślił, że można robić biznes w polskiej ochronie zdrowia”. To oczywiście o szpitalu w Żywcu, który od dłuższego czasu walczy z NFZ o zapłatę za nadwykonania. Szpital w Żywcu nie jest szpitalem prywatnym. To placówka zbudowana w formule PPP – partnerstwa publiczno-prywatnego. Trudno jednak nie przypomnieć sobie, w kontekście wypowiedzi o „wielkim kapitale”, czy to filipik Konstantego Radziwiłła pod adresem prywatnych podmiotów, wyciągających „rodzynki” z ciasta (czyli najbardziej lukratywnych procedur), czy to stwierdzenia premiera Mateusza Morawieckiego, który pod adresem ówczesnej opozycji (w ławach poselskich zasiadała przecież i Izabela Leszczyna) mówił w marcu 2021 roku: – Przypomnijmy sobie tylko, co opozycja w sytuacji służby zdrowia proponowała – komercjalizację. (...) Czy służba prywatna, wobec której mam jak najwyższy szacunek, ale czy prywatna służba zdrowia ratuje dzisiaj zdrowie i życie pacjentów z COVID-19? Czy słyszymy o tym, że jakieś wielkie szpitale prywatne są otwarte i zamieniane na dla pacjentów z COVID-19? Otóż nie. Tylko państwo w takich chwilach próby musiało rzucić i rzuciło wszystkie swoje siły i środki po to, żeby uratować jak najwięcej Polaków.

Zostawmy na boku kwestie tradycji szczucia na prywatny kapitał, angażujący się w ochronę zdrowia. Szpital, zbudowany przez prywatnego inwestora, uruchomiony został stosunkowo niedawno i jest nowoczesny – co nie jest bez znaczenia w kontekście zarzutów, jakie stawia minister Izabela Leszczyna, twierdząc, że jest przeskalowany, a ponad 40 proc. pacjentów korzystających np. z ablacji nie mieszka w tym powiecie.

Ta sama minister, to samo ministerstwo, uzasadniając konieczność zmian w sieci oddziałów ginekologiczno-położniczych, twierdzi, że w tej chwili nie ma żadnego problemu, by kobiety, wybierając szpital, w którym chcą rodzić, decydowały się na placówkę znajdującą się w innym powiecie. W systemie ochrony zdrowia nie obowiązuje bowiem rejonizacja (tak, w przypadku ablacji również). Co więcej – w obecnym kształcie systemu nic nie ogranicza szpitali (tak, również powiatowych) do uruchamiania oddziałów daleko wykraczających poza podstawowy zakres usług, kojarzonych ze specyfiką szpitala powiatowego.

Ale po co teoretyzować? Gazeta Wyborcza, grudzień 2022:

„Kiedy w maju 2019 r. obejmowałem posadę dyrektora, szpital w (…) był zadłużony, także w parabankach, bankach komercyjnych, miał zaległości wobec ZUS. Zaczęliśmy od spłaty parabanków, bo te pożyczki to przecież prosta droga do utraty kontroli nad szpitalem na rzecz np. handlarzy długami – mówi dyrektor (…), wertując dokumenty.

Dyrektorzy szpitali, z którymi rozmawiałem, tłumaczą, że dziś z ich zarządzaniem jest trochę jak z klubem piłkarskim. – Jeżeli chce się odnosić sukcesy, trzeba ściągnąć do szpitala dobrych specjalistów. Wówczas do szpitala na operacje będą przyjeżdżać pacjenci, a szpital będzie dostawał z Narodowego Funduszu Zdrowia dodatkowe pieniądze, ponad te zapisane w kontrakcie. Do szpitala z długami, szpitala, który nie płaci na czas, nie przyjdzie żaden szanujący się lekarz. A skoro nie będzie dobrych lekarzy, nie będzie pacjentów i dobrego kontraktu z NFZ – tłumaczy jeden z nich.

Dziś szpital w (…) regularnie otrzymuje od NFZ grube miliony za tzw. nadwykonania. O ile w 2021 r. »zrobił« 113 proc. kontraktu, to w roku mijającym już ponad 120 proc. – Dam przykład kardiologii. Kiedy przychodziłem do (…), jeden z lekarzy już przeprowadzał się do innego miasta, podobnie jak bardzo zdolny rezydent. Przekonałem ich, by zostali. I na kardiologii stworzyliśmy świetny zespół, jeden z najlepszych w tej części kraju. Dwa razy w miesiącu do szpitala przyjeżdża tzw. zespół wieńcowy z kliniki w Zabrzu, który zajmuje się ablacją, czyli leczeniem zaburzeń rytmu serca. Efekt jest taki, że do Sandomierza trafiają dziś pacjenci także z województw lubelskiego, podkarpackiego, a nawet małopolskiego – opowiada dyrektor (…). Podobnie jest z oddziałami neurochirurgii i ortopedii. Szpital może pozwolić sobie na podwyżki dla personelu”.

Historię sukcesu media przypominały pod koniec ubiegłego roku, gdy dyrektor szpitala w Sandomierzu, Marek Kos, był wymieniany jako kandydat PSL na stanowisko wiceministra zdrowia.

06.10.2024
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.