Nie oceniam ustawy o minimalnych wynagrodzeniach pracowników ochrony zdrowia. Stwierdzam tylko, że w ogromnym stopniu zwiększa ona koszty świadczeń, jakie ponosi NFZ, choć jednocześnie nie jesteśmy w stanie kupować więcej „zdrowia”, czyli dostępu do świadczeń, dla pacjentów – stwierdził podczas wtorkowej konferencji „Wizja Zdrowia” wiceprezes NFZ Jakub Szulc.
Fot. Adobe Stock
- Choć sam proces wprowadzania koordynacji w POZ należy ocenić pozytywnie, wręcz w kategoriach sukcesu – jesteśmy na początku długiej drogi – stwierdził wiceprezes NFZ Jakub Szulc
- Dodał, że dużo problemów wynika z faktu, że myśląc o zmianach, widzimy je – czy też widzą je tak decydenci i eksperci – w sposób silosowy
- Wiceprezes Funduszu zaznaczył, że wydatki bieżące na zdrowie wynoszą ok. 5 proc. PKB i zajmujemy pod tym względem jedno z ostatnich albo ostatnie miejsce w Unii Europejskiej
- Stwierdził, że wzrost nominalnych nakładów może robić wrażenie, ale w równym, a tak naprawdę większym stopniu rosną w systemie ochrony zdrowia koszty
- Najdroższy pracownik systemu ochrony zdrowia, jakim jest lekarz, nadal wykonuje obowiązki, które powinny być przypisane innym profesjonalistom medycznym – podkreślił prezes NRL Łukasz Jankowski
Konferencję, jak co roku, rozpoczęła dyskusja, która w założeniu skupia się na tym, co czeka nas w przyszłości. Tematem przewodnim było „stawianie systemu z głowy na nogi” i perspektywa odwracania piramidy świadczeń, do czego pierwszym krokiem ma być opieka koordynowana w POZ.
Wiceprezes NFZ Jakub Szulc zwrócił uwagę, że w tej chwili – choć sam proces wprowadzania koordynacji w POZ należy ocenić pozytywnie, wręcz w kategoriach sukcesu – jesteśmy na początku długiej drogi, bo koordynacja to wyzwanie nie dla jednego segmentu systemu, ale dla całego systemu. W jego ocenie konieczne jest wprowadzenie mechanizmów koordynacji pomiędzy poszczególnymi składowymi systemu (POZ, AOS, szpitalnictwo, rehabilitacja, opieka długoterminowa i paliatywna), a także precyzyjne opisanie ścieżek pacjenta w poszczególnych jednostkach chorobowych tak, by pacjenci nie byli skazani na błąkanie się po systemie.
Według Szulca dużo problemów wynika z faktu, że myśląc o zmianach, widzimy je – czy też widzą je tak decydenci i eksperci – w sposób silosowy. – Zajmujemy się albo reformowaniem szpitali, albo zmianami w POZ, gubiąc całość obrazu – mówił Szulc. W jego ocenie takie spojrzenie generuje błędy, tak jak np. decyzja o zniesieniu limitów w AOS, które nie przyniosło pożądanych efektów w postaci skrócenia kolejek, choć znacząco podniosło wydatki Funduszu na ten segment opieki zdrowotnej.
Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, odnosząc się do tematu koordynacji, przypomniał, że środowisko lekarskie od lat zwracało uwagę, jak wielkim problemem jest jej brak, więc samo wprowadzenie opieki koordynowanej w POZ i inne decyzje, zmierzające do koordynowania ścieżek pacjenta, ocenia pozytywnie. – Może nie jest to ocena bardzo dobra, choćby dlatego, że już słyszymy o problemach z finansowaniem opieki koordynowanej w POZ, ale dobra na pewno – podkreślał. W jego ocenie ciągle jednak szwankuje kluczowy, z punktu widzenia szans na koordynację, element, czyli polityka kadrowa. – Najdroższy pracownik systemu ochrony zdrowia, jakim jest lekarz, nadal wykonuje obowiązki, które powinny być przypisane innym profesjonalistom medycznym. W poradniach specjalistycznych większość czasu zajmujemy się specyficzną gałęzią medycyny, jaką jest refundologia stosowana – podkreślił Jankowski, wskazując, że w logicznie ułożonych systemach z jednym lekarzem pracują dwie, trzy pielęgniarki i asystent lekarza. – Lekarz zajmuje się leczeniem pacjenta. Wszystkim innym zajmują się inni pracownicy – mówił szef lekarskiego samorządu, podkreślając, że sami lekarze wręcz czekają na podzielenie się obowiązkami, pod warunkiem, że nie będzie się to odbywać w drodze „wyjmowania z koszyka” kompetencji lekarskich przez inne zawody medyczne, jak to jest w tej chwili – w niektórych przypadkach – projektowane.
– Opieka koordynowana w POZ to nie jest koordynacja. To jest ważny element zarządzania chorobą – przypominał z kolei Jacek Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali, przekonując, że PFSz ma wizję zrównoważonego systemu opieki zdrowotnej ponad podziałami. – W tej chwili mamy system mocno fragmentaryczny. Chodzi o to, by wypracować model, w którym współpracujące ze sobą podmioty ze wszystkich segmentów systemu będą wynagradzane za efekt zdrowotny wprowadzonej opieki koordynowanej nad pacjentami.
– Mamy czas na wprowadzenie tej reformy, zróbmy to porządnie – apelował z kolej Andrzej Mądrala, prezes Zarządu Pracodawców Medycyny Prywatnej, przywołując przykłady Francji i Danii, czyli krajów „porządnej Europy, która dba o pacjenta”, i apelując, by osoby, które pracują koncepcyjnie nad zmianami w polskim systemie wzorowały się na sprawdzonych rozwiązaniach z krajów zachodniej Europy. – Żebyśmy nie musieli tego systemu bez przerwy poprawiać – dodał.
Przedstawiciel Konfederacji Pracodawców RP nie wspomniał jednak o szerszych uwarunkowaniach, które odróżniają Polskę od „porządnej Europy” i wskazanych przez niego krajów. Wydatki publiczne na zdrowie wynoszą w nich ok. 10 proc. PKB, w Danii – ok. 8 proc. PKB.
– W Polsce wydatki nominalne rosną bardzo szybko. Jednak patrząc na odsetek PKB, w ostatnich latach nie możemy mówić o znaczącej zmianie – przypomniał Jakub Szulc, zwracając uwagę, że co prawda mamy ustawę 7 proc. PKB na zdrowie i odsetek ustawowy oscyluje w tej chwili wokół 6,5 proc., jednak to nie oddaje rzeczywistości. – Po pierwsze, część wydatków, jakie są do niego wliczane, to nie są koszty świadczeń. Po drugie, punktem odniesienia jest PKB sprzed dwóch lat. Realnie patrząc, wydatki bieżące na zdrowie wynoszą ok. 5 proc. PKB. Zajmujemy jedno z ostatnich albo ostatnie miejsce w Unii Europejskiej – stwierdził wiceprezes Funduszu. – Biorąc pod uwagę, że w ostatnich dwóch dekadach odsetek ten wahał się między 4,5 a 4,7 proc., pewna zmiana oczywiście nastąpiła, ale trudno ją uznać za znaczącą. Tymczasem państwo w ramach tych pieniędzy gwarantuje obywatelom niemal wszystko i to z bardzo ograniczonymi mechanizmami współpłacenia.
5 proc. PKB na zdrowie nie wystarczy na wszystko, choć – jak mówił Szulc – nie ma systemu ochrony zdrowia, w którym pieniędzy wystarczyłoby na „wszystko”, czyli na natychmiastowe zaspokojenie wszystkich potrzeb zdrowotnych. Trudno jednak abstrahować od realiów, czyli od tego, że Polska wydaje na zdrowie wyraźnie mniej niż inne kraje europejskie czy wysokorozwinięte.
Szulc zwrócił uwagę, że wzrost nominalnych nakładów może robić wrażenie, ale w równym, a tak naprawdę większym stopniu rosną w systemie ochrony zdrowia koszty. Z jednej strony wskazał na konsekwencje tzw. ustawy podwyżkowej. Zastrzegł, że nie ocenia samej ustawy, zwraca jedynie uwagę na jej konsekwencje dla płatnika (wzrost kosztów pracy bez jednoczesnego uzyskania efektów w postaci np. większej liczby świadczeń). Drugim elementem generującym koszty jest przeniesienie obowiązku finansowania całej grupy świadczeń z budżetu państwa do NFZ (nowelizacja ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty z końca 2022 roku).
– W pierwszym roku był to koszt 6 mld zł. Teraz mówimy już o 10 mld zł – zwrócił uwagę Szulc. Nie chodzi jednak o samo źródło finansowania. Na przykładzie systemu ratownictwa medycznego Szulc pokazał, że nie mówimy wyłącznie o „przełożeniu pieniędzy z kieszeni do kieszeni”, jak chcą zmianę tłumaczyć politycy PiS. – Gdy wojewodowie odpowiadali i za finansowanie systemu PRM, i za jego organizację, podejmując decyzje np. o zwiększeniu liczby zespołów ratownictwa medycznego, sprawdzali, czy budżet na to pozwala. Teraz już robić tego nie muszą, przekazują jedynie do NFZ informację o konieczności sfinansowania określonej liczby ZRM – podsumował.