Należy nieznacznie obniżać limity przyjęć na kierunkach lekarskich, tak by nie produkować lekarzy, którzy są najdroższymi pracownikami systemu ochrony zdrowia, w nadmiarze – mówiła podczas ubiegłotygodniowej konferencji „Wizja Zdrowia” wiceminister zdrowia Urszula Demkow. Samorząd lekarski ripostuje, że trzeba rozważyć znaczące, a nie nieznaczne obniżenie limitów.
Fot. Adobe Stock
Podczas dyskusji poświęconej jakości kadr medycznych Urszula Demkow przypomniała, że limity przyjęć na kierunki lekarskie i lekarsko-dentystyczne w latach 2005–2022 zwiększyły się drastycznie i w roku akademickim 2024/2025 przyznano ponad 11 tys. miejsc. Jak mówiła, utrzymywanie takiej liczby miejsc mija się z celem, bo kształcenie lekarzy jest bardzo drogie, ale droga jest również praca lekarzy, a już w najbliższych dwóch latach jest duże prawdopodobieństwo zrównania popytu z podażą lekarzy – przynajmniej jeśli chodzi o ich liczbę w systemie. Wyzwaniem bowiem pozostaje równomierne rozmieszczenie kadr lekarskich i znalezienie sposobu na skłonienie ich do podejmowania pracy poza największymi ośrodkami miejskimi i do zdobywania mniej popularnych specjalizacji. – Nie chcemy przecież kształcić specjalistów na eksport – podkreślała wiceszefowa MZ, odnosząc się do postulatów utrzymania obecnej liczby miejsc czy wręcz tworzenia nowych kierunków lekarskich, jakie pojawiają się ze strony opozycji.
Demkow nie wykluczyła jednak, że jakieś nowe kierunki lekarskie mogą powstać – ale tam, jak podkreślała, gdzie widać znaczące deficyty kadrowe. – Bo po co piąta uczelnia kształcąca lekarzy w Warszawie? – pytała wiceminister Demkow. W jej ocenie można byłoby jednak rozważyć powstanie takiego kierunku w województwie podkarpackim, gdzie lekarzy zdecydowanie brakuje. Jednak, jak podkreślono w trakcie dyskusji, nie ma żadnej gwarancji, że lekarze wykształceni w takich uczelniach zechcą pozostać w regionie. – System kształcenia jest tak skonstruowany, że chętni na studia aplikują tam, gdzie mogą się dostać. Jestem przekonany, że ci studiujący na Podkarpaciu nie będą leczyć w tym województwie – mówił prof. Zbigniew Krasiński, rektor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, zastępca przewodniczącego Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych. – Samo otwarcie kierunku, na którym będą kształcić się medycy w regionie, w których brakuje specjalistów, nie wystarczy. Bez zachęt, dla których mieliby tam pozostać, to się nie sprawdzi.
Krzysztof Zdobylak, ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej do spraw transformacji i strategii rozwoju systemu ochrony zdrowia w Polsce, nawiązując do słów wiceminister Demkow o „nieznacznym zmniejszaniu” liczby miejsc, mówił wręcz o groźbie marnotrawstwa środków publicznych. – Pozostanie przy aktualnych limitach lekarskich w kolejnych latach spowoduje marnotrawstwo miliardów złotych na naukę specjalistów nadpopytowych, doprowadzając do sytuacji, że w Polsce w 2048 r. będzie 6,3 lekarza na tysiąc mieszkańców, to jest około 20 proc. powyżej zapotrzebowania. Pieniądze będą wydawane na kształcenie lekarzy na eksport – przestrzegał, szacując, że skala niegospodarności może sięgać miliarda złotych rocznie. W jego ocenie musimy myśleć o znaczącej redukcji miejsc, by uniknąć takiego scenariusza, choć równocześnie ta redukcja nie powinna oznaczać powrotu do punktu wyjścia. – Utrzymanie limitów lub co gorsza ich dalsze podnoszenie grozi efektem jo-jo, obserwowanym już w krajach, które podejmowały decyzje o przyjęciach na kierunki lekarskie bez stosownych, poprzedzających analiz. Odwlekanie decyzji o zmniejszeniu liczby miejsc spowoduje tylko coraz większe odchylenia od pożądanego poziomu, które następnie będą wymagały jeszcze mocniejszej reakcji. Aby uniknąć wychylenia w drugą stronę, decydenci powinni opracować długoterminowy plan, określający liczbę miejsc na studiach lekarskich na 5–10 lat – tak, aby umożliwić władzom uczelni odpowiednie planowanie i poprawienie systemu kształcenia lekarzy – stwierdził.
Ostrych słów pod adresem obecnej sytuacji, będącej wynikiem decyzji, jakie zapadały w poprzednich latach, nie szczędził były prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, prof. Andrzej Matyja. – Przeszliśmy z jakości na bylejakość – powiedział. – Ostrzegałem przed felczeryzacją naszego zawodu, stawianiem na ilość, a nie jakość kadr. Walczyłem z błędną polityką poprzedniego rządu w kwestii kształcenia, która umożliwia tworzenie uczelni medycznych bez odpowiedniego zaplecza kadrowego, infrastrukturalnego i tradycji akademickich – przypomniał. Jednocześnie były szef lekarskiego samorządu zwrócił uwagę, że odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą nie tylko politycy. Nie byłoby nowych uczelni, gdyby nie gotowość niektórych lekarzy do objęcia tam stanowisk i podjęcia nauczania. – Być może niektórzy moi koledzy się obrażą za to, co powiem, ale są osoby często powyżej 80. roku życia, które chcą dorobić do emerytury, ucząc na nowych kierunkach. Liczba pracowników się zgadza – oczywiście, bo papier przyjmie wszystko – mówił prof. Matyja, przypominając, że nie wystarczy być nawet dobrym, doświadczonym lekarzem, by móc dobrze przekazywać wiedzę studentom.
Prof. Matyja nie pozostawił też suchej nitki na obecnej formule LEK. – To farsa – ocenił krótko.
Z tą oceną zgodził się przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL, Sebastian Goncerz. – Kiedy pytania z LEK nie były upubliczniane, egzamin był trudny do zdania. Dzisiaj, kiedy studenci mają dostęp do bazy, z której pochodzi 70 proc. pytań egzaminacyjnych, a 56 proc. wystarczy, żeby zdać, nastąpiło przegięcie w drugą stronę – podkreślił.
– Kształcenie przeddyplomowe lekarzy w Polsce zostało zdegradowane. Nie jest to twierdzenie, które powinno dziś szokować kogokolwiek, bo nieakceptowalne i absurdalne rozwiązania stały się nową normą – ocenił przedstawiciel młodych lekarzy. Jednym z parametrów „nowej normy” jest liczebność grup podczas zajęć klinicznych. – Prowadzenie zajęć klinicznych w grupach dziesięcio-, piętnastoosobowych, choć zdarzało się w wyjątkowych sytuacjach, nie przyszłoby nikomu przez myśl jako docelowa forma nauki badania pacjenta. Jest to nie tylko nieefektywna nauka, ale również całkowity brak poszanowania dla godności pacjenta – przypomniał Goncerz.
W jego ocenie trudna do zrozumienia i akceptacji jest sytuacja, w której uczelnia nie otrzymuje pozytywnej oceny PKA, ale może kontynuować kształcenie studentów. – Negatywna ocena PKA oznacza, że nie ma na tych uczelniach możliwości osiągnięcia odpowiedniego efektu uczenia – podkreślił.