Już w 2013 roku unijni eksperci wezwali, by zdrowie zostało uznane za priorytet polityki społeczno-gospodarczej. Tej lekcji nie odrobiliśmy. Nasze państwo nie jest zorientowane na kapitał zdrowia – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka z Uczelni Łazarskiego, wiceprzewodnicząca Rady NFZ.
Fot. x.com/MZ_GOV_PL
Podczas ubiegłotygodniowego Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie nie zabrakło dyskusji – było ich w sumie kilkanaście – poświęconych tematom związanym z ochroną zdrowia. Przedstawiciele biznesu, organizacji zrzeszających przedsiębiorców, samorządów wszystkich szczebli, politycy i eksperci zastanawiali się, między innymi, nad tym, jak w dobie narastającego kryzysu demograficznego utrzymać społeczeństwo w jak najlepszym zdrowiu tak długo, jak się da. Bo choć prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych Zbigniew Derdziuk kilka razy podkreślał, że nie ma w rządzie rozmowy o podwyższeniu wieku emerytalnego, nikt nie ma również wątpliwości, że realny wiek emerytalny musi w Polsce rosnąć. – Każdy rok przepracowany dodatkowo zwiększa emeryturę o ok. 10 proc. – mówił zresztą Derdziuk, nie ukrywając, że takie stymulacje mogą zastąpić ryzykowne politycznie operacje przy ustawowym wieku emerytalnym.
Polacy będą więc zachęcani do wydłużania czasu aktywności zawodowej, ale aby te zachęty były skuteczne, musi być spełniony jeden, niezbywalny, warunek: by móc pracować dłużej niż obecnie, muszą być wystarczająco zdrowi. Tymczasem, oprócz tego, że ciągle żyjemy krócej niż społeczeństwa Europy Zachodniej, mamy też niemały problem z innym kluczowym wskaźnikiem, czyli liczbą lat w zdrowiu po osiągnięciu 60. roku życia: ich również jest wyraźnie mniej. Mężczyźni, jak podkreślali eksperci, tracą zdrowie jeszcze zanim osiągną wiek emerytalny. Kobiety zaczynają odczuwać choroby nieco później, ale w sumie żyją z nimi znacząco dłużej i możliwość wydłużenia okresu aktywności zawodowej jest, w tej chwili, równie iluzoryczna. Daleko nam do państw skandynawskich, w których części już mówi się o podniesieniu wieku emerytalnego do 70 lat. W Szwecji już teraz trzy czwarte grupy 55-65 lat jest aktywna zawodowo.
Ci, którzy przez EFNI szli ścieżką „Zdrowa Europa”, nie mieli wątpliwości: zdrowie jest ściśle związane z gospodarką i jest wręcz jej fundamentem – i w ten sposób powinni je też traktować decydenci. Jednak od wielu lat pozostaje to jedynie w sferze deklaracji, niezależnie od tego, kto sprawuje władzę. – Podczas wystąpienia otwierającego EFNI premier Donald Tusk mówił o wielu wymiarach bezpieczeństwa, ale o bezpieczeństwie zdrowotnym nie wspomniał – ubolewała m.in. dr Małgorzata Gałązka-Sobotka podczas rozmowy z Teresą Kamińską, koordynatorką reform społecznych w rządzie Jerzego Buzka. Zdrowie, wydatki na zdrowie, system ochrony zdrowia, ciągle są umiejscawiane przez polityków po stronie kosztów. – W tej chwili tak już się pewnie nie mówi, ale ministerstwa odpowiedzialne za obszary polityki społecznej, również zdrowie, kiedyś były nazywane, półżartem, „darmozjadami” – wspominała własne, rządowe, doświadczenia Kamińska. I, jak mantra, wracały – w kilku panelach – apele, by nakłady na zdrowie traktować nie jako koszt, a inwestycję. Premier Donald Tusk nie miał jednak szans ich usłyszeć, przynajmniej osobiście.
Wbrew pozorom, tematem numer jeden nie były jednak wcale pieniądze. Nie podnoszono zbyt często, jaki odsetek PKB Polska wydaje na zdrowie, a jaki jest benchmarkiem dla krajów wysokorozwiniętych. Owszem, pojawiły się zestawienia – znane choćby z dyskusji parlamentarnych – z rosnącymi wydatkami na obronność, których sensu nikt nie podważał. Wskazywano konkretne obszary, w których państwo powinno wykazać się aktywnością, doprowadzając do ich uporządkowania, co z dużym prawdopodobieństwem przełożyłoby się na poziom zdrowotności społeczeństwa. Wiadomo, że tego się jednak nie zrobi bez zaangażowania dodatkowych środków publicznych.
Najbardziej zaniedbanym obszarem jest bez wątpienia profilaktyka. Przede wszystkim pierwotna. Są nadzieje związane z wprowadzaniem do szkół przedmiotu Edukacja zdrowotna, ale podczas EFNI nie brakowało też obaw. Wskazywano, na przykład, że czas biegnie, a dyrektorzy szkół już w tej chwili sygnalizują, że nie wiedzą, kto ten przedmiot będzie prowadzić. Eksperci przyznawali, że scenariusz, w którym za edukację zdrowotną mieliby odpowiadać nauczyciele bez odpowiedniego przygotowania, tylko dlatego, że brakuje im kilku godzin do pensum, zagraża całemu projektowi. Ale na edukacji dzieci i młodzieży nie może się skończyć. – Przy tym stole, za rok, powinno być reprezentowane nie tylko Ministerstwo Zdrowia, ale również Ministerstwo Kultury, nadzorujące media publiczne – przekonywała wiceminister Urszula Demkow podczas dyskusji poświęconej profilaktyce zdrowotnej. W jej ocenie bez włączenia mediów publicznych w szeroką kampanię uświadamiającą Polakom, że tak naprawdę to w ich rękach jest odpowiedzialność za własne zdrowie, nie ma mowy o poprawie sytuacji.
Duża część ekspertów zgadza się z takim podejściem, choć prof. Marcin Czech, specjalista w dziedzinie farmakoekonomiki, były wiceminister zdrowia, podkreślał, że indywidualna odpowiedzialność obywateli nie oznacza absolutnie, że państwo może w tym temacie umywać ręce. – Państwo musi stworzyć warunki, by obywatel mógł łatwo sięgnąć po zdrowie. I żeby wiedział nie tylko, jak ma to zrobić, ale przede wszystkim, że to trzeba robić, więc państwo musi sprawić, by dostęp do wiedzy o zdrowiu był łatwy – wskazywał.
Dyskusje ekspertów nie pozostawiały wątpliwości – tu nic się samo nie wydarzy. Nie wystarczy na przykład, chcąc podnieść odsetek zaszczepionych przeciw HPV dzieci – obniżyć wiek wejścia do programu, bo okazuje się, jak mówiła prof. Brygida Kwiatkowska, konsultant krajowa w dziedzinie reumatologii, przywołując osobiście znany jej przykład, że również w centrum Warszawy są szkoły, w których na takie szczepienie zgłaszane jest jedno dziecko, a rodzice wycofują się z decyzji po tym, jak zostaje ono przez rówieśników wyśmiane.
Fakt, że w dwóch rocznikach, które zostały na początku objęte programem szczepień przeciw HPV, zaszczepiono do tej pory ok. 20 proc., prof. Marcin Czech nazwał „kompromitacją” i ubolewał, że nie jest to kompromitacja jedyna, bo trudno nawet znaleźć określenie na poziom zaszczepienia przeciw grypie, które w wielu krajach jest rutynową czynnością przed sezonem infekcyjnym. Prof. Czech zwrócił uwagę, że w Polsce fundamentalne wydają się być co prawda bariery mentalne, ale nie powinniśmy lekceważyć też barier organizacyjnych i finansowych. W skali państwa sprawiają one, że na decyzję o objęciu finansowaniem ze środków publicznych nowych szczepień trzeba czekać nawet kilkanaście lat, a w skali indywidualnej – że część szczepień jest dla osób, które chciałyby się zaszczepić, trudno osiągalna. Sztandarowym przykładem jest szczepienie przeciw półpaścowi, które co prawda dla większości seniorów jest refundowane (50 proc.), ale nadal pozostaje sporym wydatkiem (dwie dawki to blisko 800 zł). – Nie tylko kraje bogatsze od nas, ale również Grecja czy Rumunia to szczepienie finansują w całości – wskazywał prof. Czech. Wrócił, w tym kontekście, postulat, by ze środków publicznych finansować – choćby seniorom i osobom o podwyższonym ryzyku ciężkiego przebiegu chorób – wszystkie szczepienia. Również po to, by system stał się mniej skomplikowany.
Takie decyzje można jednak podejmować, gdy jest na nie przestrzeń finansowa. W Sopocie temat kryzysu finansów ochrony zdrowa poruszano raczej dyskretnie („wiedzą państwo, jaka jest sytuacja”), ale nie oznacza to, że nie dostrzegano problemu. Praktycznie – mimo że w wydarzeniu licznie reprezentowani byli pracodawcy i przedsiębiorcy – nie mówiono o perspektywach obniżania składki zdrowotnej, a jeśli już, to wcale nie tej, którą płacą przedsiębiorcy. Pojawił się kilka razy stary już pomysł, by osoby, które realizują badania profilaktyczne i się szczepią, mogły płacić niższą składkę (lub odwrotnie, by podwyższano ją tym, którzy uporczywie odmawiają profilaktyki). Na to jednak, jak mówili eksperci, zgody nie ma i nie będzie, natomiast do rozważenia – przyznała np. wiceminister Demkow – byłby bon zdrowotny (do wykorzystania np. u stomatologa czy fizjoterapeuty), jako nagroda dla dbających o własne zdrowie.
Przestrzeń finansową dla decyzji dotyczących budowania zdrowia społeczeństwa moglibyśmy uzyskać – mówił o tym m.in. prof. Marcin Czech – przebudowując system ochrony zdrowia. – Połowa budżetu NFZ na świadczenia trafia do szpitali. Holendrzy na szpitale przeznaczają jedną piątą kosztów świadczeń – wskazywał.