Wraca temat zarobków lekarzy

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Nie będzie żadnej nagonki na lekarzy, na zarobki – zarzeka się premier Donald Tusk. – Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało – pisał wieki temu Wiliam Szekspir. Jeśli to, co rozgrywa się wokół zarobków lekarzy od dobrych kilku miesięcy nie jest nagonką, czym jest nagonka?


Fot. Adobe Stock

  • Przeciek, że w IPiN jeden z lekarzy wystawił fakturę za miesiąc pracy opiewającą na blisko 300 tys. zł, pojawił się już we wrześniu
  • Minister zdrowia Izabela Leszczyna być może nie miała złych intencji, ale udało jej się „podpalić” środowisko lekarskie
  • Zarobki lekarzy powinno się porównywać z zarobkami innych specjalistów, a nie medianą czy średnią krajową
  • Leszczyna mówi dziś o kontraktach, które wiele lat temu wymusiły unijne regulacje dotyczące czasu pracy – te regulacje obowiązują do dziś i bez lekarzy pracujących na kontraktach publiczny system ochrony zdrowia by nie istniał
  • Duża część lekarzy uważa, że politycy próbują przerzucić odpowiedzialność za lukę w finansach NFZ na lekarzy
  • Temat kominów płacowych nie jest niczym nowym w dyskusji o zarobkach i kontrakty opiewające na 100 tys. zł w wybranych, dość wąskich, specjalizacjach pojawiały się jeszcze przed pandemią, choć wtedy rzeczywiście należały do rzadkości
  • Do podejmowania decyzji potrzebne są dane, bo tylko tak można postawić właściwą diagnozę i ewentualnie wdrożyć terapię

Może – nieudolnym zarządzaniem informacją. Przeciek, że w Instytucie Psychiatrii i Neurologii – ta informacja jest już tajemnicą poliszynela, więc nie ma sensu jej dłużej ukrywać – jeden z lekarzy wystawił fakturę za miesiąc pracy opiewającą na blisko 300 tys. zł, pojawił się już we wrześniu, rozgrzewając – przez kilka dobrych tygodni – kuluarowe dyskusje. Wzmocniony potwierdzeniami ze strony przedstawicieli NFZ – o tak wysokich stawkach mówił m.in. wiceprezes Funduszu Jakub Szulc – ostateczną pieczęć otrzymał we wtorek, gdy minister zdrowia (bez wskazywania szpitala) potwierdziła, że taka faktura rzeczywiście jest. Jak na ironię – w placówce podległej przecież resortowi zdrowia, co każe ponowić pytania o jakość nadzoru organu założycielskiego (nie tylko w kontekście faktury, ale i zarządzania). Zmiana dyrektora IPiN może nie wystarczyć, po wszystkich informacjach, jakie na przestrzeni ostatnich lat dochodziły do opinii publicznej na temat tej placówki (koronna – zadłużanie się w parabankach z aprobatą byłego ministra zdrowia), być może potrzebna byłaby wręcz „biała księga” i bilans otwarcia.

Potwierdzając doniesienia o fakturze, minister Izabela Leszczyna być może (zawsze warto to zakładać) nie miała złych intencji, ale udało jej się „podpalić” środowisko lekarskie. Wcześniej, przez dwa, trzy tygodnie lekarze w różnych mediach musieli czytać, ile zarabiają „rekordziści”. Stawki anegdotyczne (co nie znaczy, że nieprawdziwe) działają na wyobraźnię przeciętnego Kowalskiego. Jeśli wziąć pod uwagę medianę zarobków (ok. 6,5 tys. zł), 300 tys. zł to około czteroletnie dochody.

To, że takie zestawienia nie mają najmniejszego sensu? Przeciętny Kowalski może nawet jest tego świadomy. Wie, że 300 tys. zł nie zarobił przeciętny lekarz, tylko – zapewne – uznany specjalista o rzadkich, a więc cennych, kompetencjach. Jest w stanie też zrozumieć, że zarobki lekarzy, którzy do wykonywania swojego zawodu przygotowują się ze wszystkich innych zawodów najdłużej – sześć lat studiów, rok stażu, minimum pięć lat specjalizacji, potem kolejne specjalizacje – powinno się porównywać z zarobkami innych specjalistów (ale jaki przyjąć punkt odniesienia, tu już Kowalskiemu może wiedzy zabraknąć), a nie – medianą czy średnią krajową. Również dlatego, że – co przeciętnemu odbiorcy informacji umyka – lekarze bardzo rzadko pracują w podobnym wymiarze pracy, co zatrudnieni na etatach pracownicy firm, przekazujących dane, z których GUS oblicza medianę czy średnią krajową. Nawet jednak zbierając te wszystkie racjonalne argumenty Kowalski może czuć dyskomfort, słysząc i czytając – 300 (niechby i 299), 200, 100 tysięcy złotych. Miesięcznie.

Lekarze powinni być przyzwyczajeni. Nawet ci, którzy nie pamiętają osławionego „pokaż lekarzu, co masz w garażu” i innych insynuacji, od których nie stronili politycy różnych opcji. Przerabiali to jesienią 2017 roku, gdy trwał protest Porozumienia Rezydentów. Wtedy „paskowi” w publicznej telewizji, kierowanej przez Jacka Kurskiego, nie znali granic ni kordonów: „Rezydenci żądają miliardów” – informowali widzów flagowego programu informacyjnego. TVP Info – na antenie i w internecie – tropiła hulaszczy tryb życia młodych lekarzy – kanapki z kawiorem, kawę latte pitą w kawiarniach, zagraniczne wyjazdy na narty. Kompromitacją zakończył się materiał, w którym jedną z liderek protestu telewizja publiczna próbowała postawić w złym świetle, przywołując jej „wycieczki zagraniczne”, które okazały się misjami humanitarnymi.

Temat zarobków lekarzy ucichł, ale wrócił ze zdwojoną siłą w drugiej kadencji PiS, po ostrej fazie pandemii COVID-19. Prezes PiS Jarosław Kaczyński wiele razy mówił „o wcale nie wybitnych” lekarzach zarabiających 60-70 tys. zł miesięcznie i o tym, że zarobkom lekarzy trzeba się przyjrzeć uważnie i je uporządkować. To pokłosie osławionych dodatków covidowych, których rządzący nie żałowali, gdy lekarze (i inni pracownicy medyczni) byli potrzebni podczas największych fal zakażeń, ale które – przed czym zresztą eksperci przestrzegali, zwracając uwagę na brak precyzji przepisów, regulujących wypłacanie dodatków – rozbudziły oczekiwania płacowe w ochronie zdrowia. Ustawa o wynagrodzeniach minimalnych przestała komukolwiek wystarczać (na dobrą sprawę, nie wystarczała wcześniej i protesty wisiały w powietrzu już w 2019 roku, ale przyszedł COVID-19), konieczne było nowe otwarcie. Dokonano go niemal bez udziału środowiska lekarskiego (również bez pielęgniarek), ale nowelizacja ustawy o minimalnych wynagrodzeniach pracowników medycznych środowiska lekarskiego dotyczyła tylko w niewielkim stopniu i w niewielkim stopniu wpływała na rzeczywisty poziom zarobków w tej grupie zawodowej. Minister zdrowia Izabela Leszczyna mówi dziś o kontraktach, które wiele lat temu wymusiły unijne regulacje dotyczące czasu pracy – te regulacje obowiązują do dziś i bez lekarzy pracujących na kontraktach publiczny system ochrony zdrowia by nie istniał, zwłaszcza z obowiązującymi wymogami dotyczącymi obsady oddziałów.

Fakt, że temat zarobków lekarzy wypłynął ponownie (choć sygnały były już latem, na dobrą sprawę) teraz, gdy gołym okiem widoczna jest finansowa erozja systemu, nie powinien dziwić. Duża część lekarzy uważa – takie jest stanowisko i związków zawodowych, i samorządu lekarskiego – że politycy próbują w ten sposób przerzucić odpowiedzialność za lukę w finansach NFZ na lekarzy. Zarówno w oczach opinii publicznej (przeciętnego Kowalskiego), jak i może przede wszystkim innych pracowników ochrony zdrowia, z którymi – prędzej czy później – rząd będzie musiał usiąść i negocjować mniej korzystne dla nich regulacje ustawy podwyżkowej, prawdopodobnie w kierunku ustawy waloryzacyjnej. Wszystko wskazuje, że nie do utrzymania są zapisy ściśle wiążące zarobki w ochronie zdrowia ze średnią krajową n-1 w systemie, którego finanse związane są z PKB sprzed dwóch lat – koszty podwyżek muszą wyprzedzać wzrost przychodów, a to prosty sposób na powiększanie luki.

Warto jednak pamiętać, że temat kominów płacowych nie jest niczym nowym w dyskusji o zarobkach i kontrakty opiewające na 100 tys. zł w wybranych, dość wąskich, specjalizacjach pojawiały się jeszcze przed pandemią, choć wtedy rzeczywiście należały do rzadkości. Dziś, jak szacują eksperci, nie można mówić, że są rzadkością, bo takie stawki może osiągać – w jednym miejscu pracy – nawet 2-3 tys. specjalistów. To jednak tylko szacunki. Rację ma samorząd lekarski, że bez danych, obejmujących przynajmniej kwoty kontraktów z jednego miejsca pracy (temat zarobków lekarskich komplikuje oczywiście fakt, że lekarze łączą miejsca pracy i formy zatrudnienia, ale to jest temat do odrębnej dyskusji, porządkowanie rzeczywistości należałoby rozpocząć od zamknięcia jednego, kluczowego, tematu, czyli tego, jaka jest struktura zarobków na kontraktach w jednym miejscu pracy lekarza), tak naprawdę nie ma o czym rozmawiać, bo przykłady anegdotyczne – takie jak osławiona faktura – nie mogą być kanwą dyskusji i rozstrzygnięć systemowych.

Do podejmowania decyzji potrzebne są dane, bo tylko tak można postawić właściwą diagnozę i ewentualnie wdrożyć terapię. Ze strony środowiska lekarskiego płyną sygnały, że dyskusja jest możliwa i możliwe są negocjacje i kompromisy. Można jednak zakładać z dużym prawdopodobieństwem, że politycy wcale nie palą się do odrębnych rozmów z lekarzami, w obawie (po części uzasadnionej), że inne zawody medyczne też będą przeć do rozmów dwustronnych, co z kolei – trzeba założyć – rozsierdzi duże (reprezentatywne) centrale związkowe i zaniepokoi pracodawców.

Być może więc ta „nie-nagonka”, której politycy „nie prowadzili” (i nie będą, według zapewnień premiera, prowadzić) wcale nie miała na celu obarczenia lekarzy odpowiedzialnością za krach finansowy (konfrontacja z twardymi danymi tej tezy prawdopodobnie nie pozwoliłaby obronić, nawet jeśli trzeba założyć, że lekarze w systemie publicznym zarabiają w tej chwili bardzo, bardzo dobrze), ale proste, operacyjne zmiękczenie przeciwnika (zwanego partnerem) przed twardymi i skomplikowanymi negocjacjami. Jak wyszło? Jak zwykle.

31.10.2024
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.