Nie będzie kryterium liczby porodów, nawet w połączeniu z kryterium geograficznym, w ustawie o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. – Chcemy zmienić ten sztywny przepis na bardziej elastyczny. Minister zdrowia, po zasięgnięciu opinii wojewody, będzie podejmować w tej sprawie decyzje zgodne z lokalnymi potrzebami – zapowiedziała w czwartek minister zdrowia Izabela Leszczyna.
Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. x.com/MZ_GOV_PL
Jednym z punktów zapalnych reformy szpitalnictwa, nad którą pracuje Ministerstwo Zdrowia, od początku była przyszłość porodówek. W pierwszej wersji projektu nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych wpisano jedynie kryterium liczby porodów (400), w wersji po konsultacjach dodano do niego kryterium geograficzne. Tak naprawdę wpisano do projektu ustawy, że ostateczne kryteria określi rozporządzenie, a opozycja grzmiała, że rząd Donalda Tuska chce zamknąć dużą część porodówek, bo kryterium liczby porodów nie spełniało ok. 30 proc. z nich. Oliwy do ognia dodawał fakt, że resort opublikował „wykaz” (łącznie z liczbą porodów), niejako wskazując palcem oddziały (szpitale), które znalazłyby się poza siecią.
– Wyznaczyliśmy minimalną liczbę porodów, co wywołało falę obaw i lęków. Pojawiły się głosy, że oddziały położnicze będą zamykane – mówiła minister zdrowia. – Chciałbym wyjaśnić, że jeśli na oddziale rodzi się tylko 150 dzieci rocznie, to faktycznie stanowi to zagrożenie. Niemieccy ubezpieczyciele nie ubezpieczają oddziałów, na których liczba porodów spada poniżej sześciuset rocznie. To nie jest przypadek, bo mniejsza liczba porodów oznacza niższy poziom bezpieczeństwa – tłumaczyła Leszczyna, przypominając, że to poprzedni ministrowie zdrowia zlecali specjalistom przygotowanie ekspertyz dotyczących minimalnej liczby porodów, koniecznej do utrzymania wysokiej jakości i bezpieczeństwa opieki okołoporodowej. Ekspertyza przygotowana za czasów, gdy ministrem zdrowia był Łukasz Szumowski, mówiła o 600, a kolejna, za czasów Niedzielskiego, już o 400 porodach rocznie (tak naprawdę do obiegu publicznego minimalną liczbę porodów wprowadził właśnie Adam Niedzielski jeszcze jako prezes NFZ, ogłaszając premiowanie porodówek z liczbą porodów na poziomie minimum 400). – Wzięliśmy te analizy i włączyliśmy je do ustawy. Nasi polityczni przeciwnicy wykorzystali to, aby wzbudzić niepokój pacjentek, sugerując, że zamykamy oddziały położnicze i że kobiety nie będą miały gdzie rodzić.
Uwagi zgłaszała jednak nie tylko opozycja (nota bene, w czasie rządów PiS zlikwidowano ok. 70 oddziałów położniczych, przy czym żadnego z nich nie zamknął rząd czy ministerstwo – proces likwidacji jest organiczny, związany ze spadkiem liczby urodzeń i z tym, że kobiety coraz częściej wybierają poród w szpitalach oferujących wyższy standard, na przykład dostępność znieczulenia).
Tak jak pisaliśmy od samego początku, kryterium minimalnej liczby porodów, nawet z dołożeniem kryterium geograficznego, zakładającego utrzymanie położonych w dużej odległości porodówek, bez uwzględniania ich ekonomicznej nieopłacalności, stanowiło poważne polityczne zagrożenie dla całości reformy. Nie ze strony opozycji, ale posłów klubów tworzących rząd, zwłaszcza zaś posłów PSL, obawiających się o reakcję swoich wyborców, mieszkających w powiatach, które miałyby stracić oddziały położnicze.
To jednak nie oznacza, że minister zdrowia całkowicie porzuca ideę racjonalizacji (czytaj – zmniejszenia) liczby oddziałów położniczych. – Chcemy zmienić ten sztywny przepis na bardziej elastyczny, który pozwoli na to, aby minister zdrowia, po zasięgnięciu opinii wojewody – odpowiedzialnego za transport medyczny – mógł podejmować decyzje zgodne z lokalnymi potrzebami – stwierdziła minister podczas czwartkowego spotkania z dziennikarzami. Jak mówiła, będzie to jednak nie tylko opinia wojewody, ale stanowisko zespołu, w skład którego wejdą konsultant wojewódzki w dziedzinie położnictwa i ginekologii oraz przedstawiciele wszystkich zainteresowanych organów założycielskich, czyli – przede wszystkim – samorządów powiatowych.
– Organy tworzące będą mogły ustalić specyficzne zasady dla swojego województwa – mówiła Leszczyna. – Dla jednych będzie to odległość, dla innych liczba porodów. Mogą ustalić zasady i wskazać, gdzie oddział położniczy będzie funkcjonował. Takie opinie będą dla ministra zdrowia wiążące. Mam nadzieję, że to uspokoi społeczne obawy, bo nie ma nic gorszego niż sytuacja, w której kobiety boją się zajść w ciążę z powodu braku poczucia bezpieczeństwa.
W ocenie minister zdrowia samorządowcy i dyrektorzy szpitali zachowają się racjonalnie i jeśli zobaczą, że bezpieczeństwo ich mieszkańców jest zapewnione, a oni mogą zamknąć generującą straty porodówkę, zrobią to. Jeśli nie, jak mówiła szefowa MZ, odpowiadając na nasze pytanie, decyzję podejmą prawdopodobnie same kobiety, decydując się na poród w bezpieczniejszych, bardziej komfortowych, warunkach w sąsiednich szpitalach. Jak podkreślała szefowa resortu zdrowia, nikt nie może jednak zabronić samorządowi posiadania i utrzymywania nierentownego oddziału.
Wentylem bezpieczeństwa ma być zabezpieczenie powiatów, w których znikną porodówki, w dodatkowe zespoły ratownictwa medycznego. Ten pomysł nie jest jeszcze dopracowany – nie wiadomo, czy miałyby to być zespoły transportowe, czy pełnowymiarowe karetki, które uzupełniłyby obecny stan ZRM w województwach. Minister zapewniała, że jest jeszcze czas na dopracowanie szczegółów – wiadomo natomiast, że w tej chwili w systemie PRM zespołów jest za mało, świadczy o tym fakt, że we wszystkich województwach, zarówno w miastach, jak i poza nimi, mediana czasu dojazdu jest wyższa, niż przewidują przepisy ustawy o państwowym ratownictwie medycznym. Zwiększanie liczby zespołów leży w kompetencjach wojewodów, ale w tej chwili, gdy budżet państwa nie finansuje już tego zadania, koszty ponosi Narodowy Fundusz Zdrowia, w którym brakuje pieniędzy na sfinansowanie obecnych kosztów systemu jako całości.