W czwartek minister zdrowia broni koncepcji łączenia SP ZOZ-ów ze szpitalami prowadzonymi w formie spółek kapitałowych, niecałe dwie doby później budzący wątpliwości przepis znika z projektu ustawy, którym we wtorek ma zająć się rząd. Pojawiają się uzasadnione znaki zapytania o spójność koncepcji zmian.
Fot. x.com/MZ_GOV_PL
Największy brak zaskoczenia. Pieniądze na zdrowie. Będą pieniądze na rozliczenie świadczeń nielimitowanych za trzeci kwartał. Sejm uchwalił nowelizację budżetu (1,2 mld zł trafi dodatkowo do kasy NFZ, przepadła poprawka PiS przyznająca Funduszowi ponad 7 mld zł, ale trudno powstrzymać się od refleksji, że posłowie opozycji próbowali konceptu Zagłoby, oferując płatnikowi finansowe Niderlandy), ale to nie wszystko, bo minister zdrowia Izabela Leszczyna znów (który to już raz w tym roku?) znalazła w swoim resorcie pokaźną kwotę zaskórniaków – ponad 800 mln zł. Warto będzie wrócić do tematu i sprawdzić, które to wydatki resortu były tak przeszacowane, lub – co bardziej prawdopodobne – jakie wydatki zrolowano na lata kolejne, lub je boleśnie (z jakimi konsekwencjami?) przycięto.
Zapowiedź rozliczenia się płatnika za wykonane nielimitowane świadczenia to dobra wiadomość, choć duża część szpitali, przede wszystkim powiatowych, czeka na informacje, co z płatnościami za inne nadwykonania. Nie przyjmują najwyraźniej do wiadomości, że „pieniędzy jest tyle, ile jest i więcej nie będzie”. Że trzeba się nauczyć gospodarować tym, co jest, a nie rozpamiętywać minione lata, w których Fundusz płacił za wszystkie wykonane świadczenia. Fakt, że w ten sposób buduje się tęsknotę za tym, co było, najwyraźniej politykom obozu rządzącego umyka. Być może ufają, że zdążą odwrócić piramidę świadczeń, a pozytywne efekty odczują nie tylko pacjenci, ale i świadczeniodawcy. To jednak nie jest możliwe, choćby dlatego, że zmiany – o ile będą wdrażane – rozplanowane są w czasie, a na ich efekty – o ile nastąpią – trzeba będzie poczekać więcej czasu, niż pozostało do końca kadencji. Można się zastanawiać, czy optymizm w polityce jest bardziej zaletą, czy jednak wadą, a w każdym razie obciążeniem. Zwłaszcza – nadmierny optymizm.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Zmiany w szpitalnictwie. „Studium kryzysu”, 10 sierpnia, bezpośrednio po publikacji pierwotnego projektu nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych, zawierającego założenia reformy szpitalnictwa: Nie ma najmniejszych wątpliwości, że temat porodówek będzie politycznie (partyjnie) eksploatowany do granic możliwości i przyzwoitości (jeśli takie w polityce w ogóle istnieją).
Granice nie istnieją, a temat porodówek był i jest od trzech miesięcy eksploatowany bez żadnych zahamowań. Ministerstwo Zdrowia właśnie zrobiło krok w tył, ogłaszając wycofanie się z kryterium liczby porodów. Minister zdrowia mówi, że na tym polega demokracja, że zmiana stanowiska nie jest oznaką słabości, tylko wynikiem kompromisu. Jest w tym pewna doza prawdy, ale naprawdę niewielka. Bo projekt zmian w szpitalnictwie był przygotowany przez ekspertów – czym resort zdrowia się oficjalnie chwali – ale najwyraźniej zabrakło politycznego wsparcia już na tym etapie. Na dziś wycofanie się z kryterium liczby porodów nie przypomina ani manewru wojennego („z góry upatrzone pozycje”), ani tym bardziej politycznego układania się w sprawie akceptacji projektu.
Tym bardziej, że szykuje się najwyraźniej kolejna rejterada. Zaledwie w czwartek minister zdrowia tłumaczyła mediom – tłumaczyła, warto dodać, rozsądnie – skąd w najnowszej wersji projektu wzięły się zapisy umożliwiające szpitalom publicznym działającym w formie prawa handlowego udział w działaniach naprawczych, łącznie z możliwością łączenia się SP ZOZ ze szpitalem prowadzonym w formie spółki kapitałowej, w którym większość udziałów ma podmiot publiczny (pod warunkiem utrzymania większościowych udziałów w rękach publicznych), a już w piątek rano stwierdziła, że jeżeli proponowane przepisy budzą kontrowersje, jest w stanie się z nich wycofać. I rzeczywiście – w najnowszej wersji projektu, którą we wtorek ma zająć się rząd, przepisu umożliwiającego łączenie się szpitali prowadzonych w różnych prawnych formułach nie ma.
To nie wygląda, powiedzmy sobie otwarcie, poważnie. Poważnie nie wygląda ani to, że zespół ekspertów – z których część ma przecież poważne doświadczenia restrukturyzacyjne – pomija fakt istnienia w systemie blisko 140 podmiotów szpitalnych działających w formie spółek (i nie ma ich w pierwotnej wersji projektu), ani to, że MZ (najwyraźniej bez wystarczających konsultacji z legislatorami) decyduje się na uzupełnienie projektu po zakończeniu konsultacji, ani wreszcie nieznośna lekkość zmiany zdania w sprawie, która – słuchając uzasadnienia minister zdrowia – wydawała się przemyślana i logiczna. To zaś może być pośredni dowód, że nie była ona wcale tak przemyślana (i przygotowana), jak być powinna. Trudno nie przypomnieć sobie w tym kontekście choćby osławionego „rejestru ciąż”, którego resort zdrowia bronił, by następnie ogłosić, że żadnego rejestru nie będzie. Ten decyzyjny kontredans jest nie tylko męczący, ale przede wszystkim zasiewa zwątpienie, czy „wiedzą, co robią”.
Jest wiele racji w stwierdzeniu, że ważne zmiany dokonują się nie całkiem w sposób linearny, że nie można oczekiwać przysłowiowych „trzech kroków w przód”, licząc się raczej ze scenariuszem znacznie mniej radykalnym – dwa duże kroki w przód, jeden – mniejszy – w tył. Jednak jeden mały krok w przód, jeden w bok, jeden w tył – to przepis nie na marsz do określonego celu, ale co najwyżej na kręcenie się w kółko.
Największy znak zapytania. Co dalej z CMKP? Sejm uchwalił zmiany w ustawie o Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Zmiany budzące kontrowersje, a co najmniej – konfuzję. Czy jednak do końca zasadną?
Pamiętając nie tak odległą przecież przeszłość można się dziwić środowiskom stającym w obronie „niezależności CMKP”. Dokładnie cztery lata temu pracę w tej instytucji stracił dr Paweł Grzesiowski, właśnie za niezależność, za systematyczne recenzowanie działań rządu i Ministerstwa Zdrowia od początku pandemii COVID-19. Nikt nawet nie krył, że decyzję podjął ówczesny minister zdrowia Adam Niedzielski (choć stanowisko objął zaledwie kilka tygodni przed tym, jak dr Grzesiowski pożegnał się z CMKP). Fakt, że „niezależna uczelnia” nie stanęła w obronie swojego pracownika, był bezdyskusyjny. Co więcej, już po zakończeniu pracy ekspert został publicznie pouczony, że media, w tym media społecznościowe, nie są właściwym miejscem wyrażania opinii (domyślnie, krytycznych). – Skuteczną drogą interwencji są listy, petycje i wnioski kierowane do odpowiednich instytucji – dowiedział się od (byłego) zwierzchnika.
Oczywiście, można zrozumieć nadzieje na normalizację, odejście od złych praktyk i na to, że politycy naprawdę podzielą się władzą, wzmacniając niezależność instytucji, ale to również przejaw (nadmiernego) optymizmu. Politycy niezwykle rzadko dzielą się swoimi prerogatywami, raczej trzeba im je wydrzeć (a co najmniej długo i rzetelnie negocjować). Czy MZ potwierdziło nowelizacją ustawy o CMKP centralizacyjne apetyty? Oczywiście, że tak. Nic nowego pod słońcem. Nie można zapominać, że proces centralizacji władzy w systemie ochrony zdrowia (i centralizacji całego systemu), pod który podwaliny położył rząd SLD-PSL, nabrał ogromnego rozpędu, gdy ministrem zdrowia był Bartosz Arłukowicz (2011-2015).
Warte odnotowania. Szczepienia przeciwko COVID-19. Już ponad 206 tysięcy osób zaszczepiło się przeciw COVID-19 – informuje z nutką dumy Ministerstwo Zdrowia. Dr Paweł Grzesiowski, Główny Inspektor Sanitarny w minionym tygodniu przekonywał, że byłoby dobrze, gdyby w sezonie infekcyjnym przeciw COVID-19 szczepiło się 2-3 mln Polaków, czyli mniej więcej tyle, ile przyjmuje szczepionkę przeciw grypie (to raczej dolna granica, czyli ok. 2 mln). W tym sezonie to będzie raczej niemożliwe, nie będziemy mieć nawet tylu dawek, a organizacja samych szczepień przedstawia bardzo wiele do życzenia.
W Warszawie na przykład nareszcie w ostatnim tygodniu pojawiły się w systemie rejestracji przez IKP terminy szczepienia w poradniach POZ – to jedyna opcja zaszczepienia osoby niepełnoletniej – ale tylko w pojedynczych placówkach, z reguły oddalonych od centrum. Tym bardziej brawa za mobilizację dla tych, którzy zdecydowali się szczepić również w sobotę. Liczba chętnych na szczepienie w sobotni poranek (zarówno dorosłych, seniorów, jak i młodszych i starszych nastolatków) w niedużej, niepublicznej poradni POZ dowodziła, że popyt na szczepienie rzeczywiście jest spory. Można jednak zaryzykować tezę, że bez znaczącego usprawnienia (zmian) w systemie szczepień – nie mówiąc o późnej dostępności samej szczepionki – pożądanego przez ekspertów poziomu szczepień sezonowych nie będziemy w stanie osiągnąć.