Prywatyzacja szpitali to zagrożenie nieistniejące, ale słowo honoru minister zdrowia to gwarancje zbyt wątłe, by budować na nich nowe systemowe rozwiązania.
Fot. KPRM
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Reforma szpitalnictwa. Projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych, dotyczący zmian w szpitalnictwie, został – według relacji minister zdrowia – zaakceptowany przez cały rząd, ale wróci do konsultacji publicznych. – Podjęłam taką decyzję – zapewnia Leszczyna. Nie wiadomo, co tu jest faktem, a co – faktem wyłącznie politycznym. Bo jak rząd mógł poprzeć projekt, skoro tego punktu w porządku obrad nie było? Może ministrowie kiwali głowami z aprobatą, gdy minister przedstawiała swoją koncepcję zmian, ale czy to wystarczy, by tak odważnie formułować tezę o jednomyślnym poparciu?
Najważniejsze jest jednak pytanie, jaka wersja projektu trafi do konsultacji? Czy ta, którą resort zdrowia opublikował 31 października, zawierająca budzący największe kontrowersje passus dotyczący szpitali działających w formie spółek prawa handlowego, przepisy dopisane po zamknięciu konsultacji publicznych, czy też może wersja już bez tego fragmentu, która miała stanąć na rządzie 13 listopada? Sytuacja między 5 a 13 listopada (pierwsze i drugie posiedzenie rządu, na których zapowiadane było przyjęcie projektu ustawy, ale w porządku obrad żadnego z nich się on nie pojawił) była niezwykle dynamiczna – najpierw „wypadły” kryteria (liczba porodów i odległość geograficzna) dla oddziałów ginekologiczo-położniczych, potem – zapisy o łączeniu szpitali działających w formie spółek i w formie SP ZOZ-ów, przy czym ten projekt nie był publikowany.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że projekt ustawy zabrnął w ślepą uliczkę – podobnie jak kolejne projekty przygotowywane przez poprzednią ekipę Ministerstwa Zdrowia. Z jednej strony, uchwalenie ustawy jest konieczne, bo jest ona kamieniem milowym w KPO (tu „podziękowania” należą się rządowi Mateusza Morawieckiego). Z drugiej, trudno będzie zbudować dla niej przekonującą większość w parlamencie. W kuluarach pojawiają się żartobliwe sugestie, by zamiast biedzić się z nowelizacją ustawy o świadczeniach zdrowotnych trzeba szybko przeprowadzić uchwalenie ustawy o restrukturyzacji szpitalnictwa, zawierającej tylko jeden artykuł: „Szpitalnictwo w Polsce staje się zrestrukturyzowane od dnia 1 stycznia 2025 roku. Ustawa wchodzi w życie z dniem ogłoszenia”. Nie wiadomo, co na to Komisja Europejska, ale w końcu – nie będą nam tu w obcych językach tłumaczyć, jak mamy restrukturyzować…
Największy znak zapytania. Słowo honoru Izabeli Leszczyny. – Daję słowo honoru Izabeli Leszczyny: nie ma mowy o żadnej prywatyzacji w tej ustawie i nigdy nie było, ale nawet to, co mogło być tak odczytane, zostało z niej wykreślone. Nie rezygnuję z tej ustawy. To jest reforma niezwykle potrzebna – zapewniała w czwartek na antenie Polsat News minister zdrowia.
Minister ma, oczywiście, rację. Czytając kolejne, pojawiające się w ostatnich tygodniach, wersje projektu nowelizacji ustawy o świadczeniach dotyczącego zmian w szpitalnictwie, potrzebne było sporo determinacji, by dostrzec ewentualne, potencjalne, „zagrożenia” zakusami prywatyzacyjnymi, cokolwiek to zresztą miałoby oznaczać. Wpisanie do jednej z wersji projektu przepisów dotyczących szpitali działających w formie spółek było fatalnym pomysłem nie dlatego, że te szpitale nie powinny być objęte ustawą – zawiódł tryb, ale przede wszystkim, trudno nie zauważyć, zawiodła merytoryka. Gdy minister dziś wykłada tym, którzy chcą słuchać, że w Polsce blisko 140 szpitali działa w formie spółek od lat – niektóre kilku, inne kilkunastu – tak naprawdę stawia pod pręgierzem autorów projektu, który w sierpniu został skierowany do konsultacji. Bo resort zdrowia nie miał prawa o tych szpitalach zapomnieć ani nie zwrócić uwagi na ich zróżnicowaną (podobnie jak to jest w przypadku SP ZOZ-ów) kondycję.
Ale system ochrony zdrowia i rozwiązania do niego implementowane nie mogą się opierać na słowie honoru. Zresztą sugeruje już to potoczna polszczyzna – jeśli mówimy, że coś działa „na słowo honoru”, nie znaczy to, że działa dobrze, sprawnie i niezawodnie. Używanie tego argumentu w publicznym dyskursie nie powinno mieć więc miejsca – albo przepisy są jednoznaczne i wykluczają wszelkie wątpliwości, wszelki margines „możliwości odczytania”, dowolności interpretacji, albo – nie. I wtedy trzeba je poprawić.
Jest jednak jeszcze jeden co najmniej powód, dla którego w polityce lepiej nie powoływać się na słowo honoru. Wierzyć komuś na słowo można ludziom prawdomównym. Takim, którzy nie wprowadzają w błąd, a już na pewno nie robią tego z premedytacją. Izabela Leszczyna jest politykiem, a politycy prawdą gospodarują niezwykle oszczędnie, z dość dużą swobodą mieszając ją z półprawdami, interpretacjami czy też zwyczajnymi kłamstwami. – PiS sprywatyzował system ochrony zdrowia, bo musimy dołożyć ponad 50 miliardów ze swojej kieszeni, chociaż płacimy składki, ale zrobił coś jeszcze. Nie zorganizował tego systemu w taki sposób, żeby Polska prowincjonalna, Polska małych miasteczek miała dostęp do lekarza – przekonywała dosłownie dzień wcześniej szefowa resortu zdrowia.
Trudno o lepszy (gorszy) przykład złego użycia faktów i danych. Rzeczywiście, w 2022 roku prywatne wydatki na zdrowie przekroczyły 51 mld zł. Ale już w 2023 roku (są wstępne dane GUS i minister nie może tłumaczyć się niewiedzą) spadły one do niespełna 44 mld zł. W tym samym roku rząd PiS zdecydował o rozwiązaniu rezerw NFZ i „dosypał” pieniędzy do systemu (co Izabela Leszczyna krytykuje, mówiąc, że „PiS płacił szpitalom za wszystko”) – prawdopodobnie wyraźnie mniejsze wydatki prywatne to efekt lepszej dostępności badań diagnostycznych, specjalistyki oraz pokłosie decyzji o rozszerzeniu listy uprawnionych do bezpłatnych leków.
Ale to niejedyny kłopot z tą wypowiedzią. Wysoki – jak na standardy europejskie – udział wydatków prywatnych w wydatkach bieżących na zdrowie jest naszą rzeczywistością od dekad. To nie jest kwestia decyzji, jakie zapadały w ostatnich ośmiu latach – Polacy dopłacali do zdrowia wtedy, gdy rządziło PiS, i wtedy, gdy rządziła koalicja PO-PSL, i wcześniej też, co jest uwarunkowane z jednej strony historycznie i kulturowo (politycy nie chcą być może pamiętać, ale w głębokim PRL lekarze w Polsce również przyjmowali i leczyli prywatnie, mniej lub bardziej oficjalnie), z drugiej – systemowo. W niewydolnym, niedofinansowanym systemie publicznym – a za ten stan rzeczy odpowiedzialność ponoszą wszyscy, którzy rządzili od 1989 roku – sektor prywatny jest (bywa) koniecznym do przeżycia bypassem.
Nie jest prawdą, że PiS sprywatyzowało ochronę zdrowia, bo ten proces jest wspólną winą lub zasługą – wspólną odpowiedzialnością – wszystkich ekip rządzących. Ostatnie osiem lat być może wzmocniło pewne tendencje (na przykład przejście części specjalistów do sektora prywatnego), ale trudno mówić o jakimkolwiek przełomie.
No i jeszcze, niczym wisienka na torcie, kwestia składki zdrowotnej. Minister zdrowia publicznie niecały miesiąc temu deklarowała, że nie zgodzi się na obniżenie składki zdrowotnej poza uwolnieniem od niej sprzedaży środków trwałych. Teraz autopoprawkę rządu do nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych – w zakresie składki – przewidującą zmniejszenie podstawy naliczania minimalnej obowiązkowej składki zdrowotnej dla przedsiębiorców składa... minister zdrowia.
Największa porażka. Finanse systemu ochrony zdrowia. Brak zgody ministra finansów na zatwierdzenie planu finansowego NFZ to potężny problem. Nie tylko dlatego, że mamy do czynienia z precedensem, a funkcjonowanie Funduszu w warunkach prowizorium będzie trudniejsze. Minister zdrowia stara się minimalizować znaczenie decyzji resortu finansów – właśnie tak można zinterpretować wyjaśnienia, że chodzi o termin, w jakim zaczyna działać ustawa o minimalnych wynagrodzeniach (rosną one od połowy roku). Skomentować to można krótko, ograniczając się do wyrażeń parlamentarnych: Paradne!
Ustawa o minimalnych wynagrodzeniach działa od 1 lipca „od zawsze”, odkąd została uchwalona, a obecnie rządzący widzieli skutki tego rozwiązania zarówno w 2022, jak i w 2023 roku. Już na początku 2024 roku eksperci w całym pakiecie rekomendacji wskazywali na pilną potrzebę nowelizacji ustawy o wynagrodzeniach minimalnych również w tym zakresie, by podwyżki przesunąć na początek roku i zgrać je z całym cyklem budżetowania. Ministerstwo Zdrowia nie przywiązywało żadnej wagi do tych rekomendacji, mimo że ze strony resortu finansów były – jak można usłyszeć – już wcześniej sygnały, że zmiany są pilnie potrzebne. Brak inicjatywy w tym zakresie jest poważnym błędem zaniechania, obciążającym przede wszystkim resort zdrowia.
Nie wydaje się jednak możliwe, by jedynie termin podwyższania wynagrodzeń spędzał sen z powiek ministra finansów – wydaje się, że potrzebuje on jasnej deklaracji, przed wyrażeniem zgody na zatwierdzenie planu finansowego, który wariant rekomendacji prezesa AOTMiT w sprawie podniesienia wycen zaakceptuje minister zdrowia. I że będzie to wariant najbardziej oszczędny (w przeciwieństwie do tych, jakie były wybierane w latach 2022-2024).
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Nominacja dla antyszczepionkowca. Robert F. Kennedy Jr. ma zostać – według publicznej deklaracji prezydenta elekta Donalda Trumpa – szefem Departamentu Zdrowa i Opieki Społecznej. Nominacja dla wakcynosceptyka – guru ruchów anyszczepionkowych nie tylko w USA, ale też w Polsce – budzi kontrowersje i zaniepokojenie, również podobno w samej partii republikańskiej. Nie jest to jednak jedyna nominacja, która jest niezbyt entuzjastycznie przyjmowana przez republikanów i zapewne nie wokół niej będzie się koncentrować debata, dokąd zaprowadzi Stany Zjednoczone (ale też świat) administracja Trumpa. – Kennedy przywróci krajowe agencje zdrowia do tradycji badań naukowych o złotym standardzie i przejrzystości, aby położyć kres epidemii chorób przewlekłych i uczynić Amerykę znów wielką i zdrową! – obiecuje Donald Trump na swojej platformie społecznościowej, którą założył po tym, jak światowi giganci zablokowali mu – po przegranych w 2020 roku wyborach – konta w mediach społecznościowych.
Na marginesie, warto zauważyć jeden – być może pozytywny – efekt wydarzeń politycznych w USA. Platforma X gwałtownie traci użytkowników ze względu na rolę, jaką Elon Musk odegrał, odgrywa i będzie odgrywać przy Trumpie. To właśnie ta platforma jest postrzegana i oceniana w tej chwili jako główne narzędzie dezinformacji – również w obszarze zdrowia publicznego, w tym szczepień.
Warte odnotowania. Sprawa Kosikowskiego. Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej nie dopatrzył się we wpisie Jakuba Kosikowskiego w mediach społecznościowych naruszenia zasad etyki lekarskiej. Informacje z OIL w Lublinie przekazał na platformie X sam zainteresowany. Nie wiadomo, czy to zakończy sprawę – lekarze, którzy zawiadomili izbę lekarską o możliwym naruszeniu, mogą się odwołać od decyzji. Rzecz dotyczy wpisu z marca, w którym Kosikowski apelował do internautów, by powstrzymali się od hejtu i sugestii, że były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro symuluje chorobę nowotworową. Pojawiła się sugestia, że Kosikowski mógł ujawnić tajemnicą lekarską – choć o swojej chorobie polityk informował osobiście. Zbigniew Ziobro stanął zresztą w obronie lekarza – o czym informowaliśmy przed miesiącem, podkreślając, że nie może on być karany za to, że wziął stronę pacjenta w publicznym sporze.