Ministerstwa szukają porozumienia w sprawie pieniędzy na zdrowie. Konkretnie zaś, w sprawie braku tychże. Rok po wyborach, które miały przynieść wielką zmianę, pod tym względem trwa przygnębiające status quo.
Posiedzenie Rady Ministrów, Warszawa 26 listopada 2024 r. Fot. KPRM
Największy problem. Finanse. Resorty zdrowia i finansów wyjaśniają ostatnie wątpliwości, jak mówił w minionym tygodniu wiceminister Jerzy Szafranowicz, związane z planem finansowym NFZ na 2025 rok. Plan powinien zostać ostatecznie uzgodniony w ciągu tygodnia, najdalej dwóch. Powiało optymizmem? Przeciwnie.
Wątpliwości Ministerstwa Finansów trudno jednak uznać za drobne czy techniczne. Przeciwnie, z korespondencji między resortami jasno wynika, że resort finansów – jak pisaliśmy, również w „Studium kryzysu”, wielokrotnie – widzi w planie finansowym NFZ realne niebezpieczeństwo dla stabilności budżetu państwa. Liczone nie w kilku, ale co najmniej kilkunastu (a może nawet więcej) miliardach złotych. I domaga się od resortu zdrowia pomysłu na racjonalizację wydatków. Czytaj – na to, że w ciągu następnego roku z ul. Miodowej nie będą płynąć prośby o dołożenie kolejnych, nieplanowanych miliardów złotych do budżetu płatnika. Przypominanie, że w tym roku budżet państwa dołożył – w różnych formach – ponad 20 mld zł do planu finansowego Funduszu ani nie poprawia humoru szefowi resortu finansów, ani go nie uspokaja. Nawet rytualne podkreślanie, że był to „zły” plan, ułożony przez poprzedników (to stwierdzenie należałoby jednak opatrzyć „gwiazdką” i w przypisie dodać, że w gronie „poprzedników” jest obecny prezes NFZ Filip Nowak), nie zmienia sytuacji.
Ministerstwo Zdrowia wie, że choć planu finansowego nie układają już „poprzednicy”, jest on obarczony taką samą wadą, jak tegoroczny. Pieniędzy potrzeba będzie więcej – pytanie tylko, o ile. Minister Izabela Leszczyna nawet tego nie ukrywała – pytana jakiś czas temu, czy poprze poprawkę Marceliny Zawiszy (zwiększenie dotacji podmiotowej o ponad 21 mld zł) stwierdziła, że pieniędzy w ciągu roku w NFZ i tak przybędzie, więc sprawy trzeba zostawić tak, jak są.
Resort finansów tę świadomość również ma, ale – jak się wydaje – wcale nie uważa, że sprawy trzeba zostawić tak, jak są. I wskazuje jeden element, który nie pozwala uznać planu za zbilansowany. To oczywiście ustawa o wynagrodzeniach minimalnych w ochronie zdrowia.
Napięcie w ramach rządu doskonale widzą partnerzy społeczni, którzy nie bez przyczyny zwracali w minionym tygodniu uwagę na brak zaangażowania (obecności wręcz) przedstawicieli Ministerstwa Finansów w pracach Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia. Związkowców i pracodawców coraz bardziej niepokoją uniki, takie choćby jak brak stanowiska rządu w sprawie obywatelskiego (pielęgniarskiego) projektu nowelizacji ustawy „podwyżkowej”. Prace nad tym projektem są przez to praktycznie sparaliżowane, co nie jest żadnym zaskoczeniem, skoro Ministerstwo Finansów wskazuje, że tak naprawdę systemu ochrony zdrowia nie stać już na obecne regulacje dotyczące płac w ochronie zdrowia, a co dopiero – na rozważanie większych wydatków.
Problemy z planem finansowym NFZ na 2025 rok wprost wynikają z przyjętego przez rząd, a tak naprawdę przez premiera Donalda Tuska, założenia, że wydatków na zdrowie znacząco zwiększać nie trzeba (nie należy, nie warto – to już kwestia interpretacji). Ma wystarczyć tyle, ile jest. Albo, jak mówi wiceminister Wojciech Konieczny w rozmowie z portalem Cowzdrowiu.pl: – Sytuacja finansowa jest w tej chwili, można powiedzieć, zapewniająca działanie systemu i jego ciągłość, natomiast na pewno nie jest dobra.
Największy brak zaskoczenia. Prezes PiS „miękko” o aborcji. Marszałek Sejmu ogłosi datę wyborów prezydenckich w styczniu, ale to tylko formalność. Widomym znakiem, że trwa wyścig wyborczy, jest nowa (czy aby na pewno?) retoryka lidera PiS w sprawie aborcji. Jarosław Kaczyński podczas rozmowy z „Tygodnikiem Solidarność” zadeklarował mianowicie, że należałoby rozważyć kompromis w sprawach obyczajowych, tak naprawdę jednak – głównie w sprawie aborcji. Podkreślił, że jego partia nie zamierza rezygnować ze swoich poglądów. – Z drugiej jednak strony zdajemy sobie sprawę, że państwo nie powinno zbyt głęboko ingerować w ludzką prywatność. Mamy świadomość, że decyzja Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji naruszała to poczucie i dlatego wywołała tak silny sprzeciw – ocenił. Zaraz po wywiadzie pojawiły się deklaracje innych polityków PiS, którzy podkreślali, że „zawsze byli za kompromisem”. W podobnym duchu w weekend wypowiadał się też kandydat PiS, Karol Nawrocki.
To nie miejsce na analizowanie i przypominanie okoliczności, w jakich zapadł w październiku 2020 roku werdykt w TK Julii Przyłębskiej. Nie chodzi o epatowanie wypowiedziami prezesa PiS o tym, że kobiety mają rodzić dzieci z wadami letalnymi, by mogły być ochrzczone i pochowane. – Zbliżają się wybory, więc PiS mięknie w sprawie aborcji – komentowały media w tym tygodniu. Nie brakowało złośliwości, docinków i zwyczajnej „szydery”. Niesłusznie, nawet jeśli wiadomo, że nie chodzi ani o aborcję, ani o prywatność obywateli, tylko o słupki poparcia w wyborach. I, rzecz jasna, o frekwencję.
Politycy PiS niewątpliwie mają świadomość, że wybory 2023 roku przegrali w ogromnym stopniu z powodu tematu aborcji i skutków werdyktu TK. To właśnie te tematy przyciągnęły do urn pasywnych do tej pory wyborców i wywindowały frekwencję do poziomu niespotykanych 75 proc. Widmo powtórzenia tego wyniku spędza politykom PiS sen z powiek, bo partia Kaczyńskiego ma znacznie większe szanse, gdy głosują tylko żelazne elektoraty wszystkich ugrupowań.
W kuluarowych rozmowach wiele razy przez ostatni rok można było usłyszeć, że ta jedna decyzja prezesa Jarosława Kaczyńskiego (bo nikt nie ma cienia wątpliwości, że to on dał sygnał do wydania werdyktu) budziła w partii przerażenie od samego początku. Skrywane głęboko, ale dość powszechne. Teraz PiS chce za wszelką cenę zneutralizować temat aborcji i pozbawić go społecznej nośności, a w każdym razie ją w dużym stopniu osłabić. Można wręcz usłyszeć, że częścią tej strategii mogłoby być zagłosowanie przez część klubu PiS za ewentualnym projektem łączącym powrót do tzw. kompromisu aborcyjnego z dekryminalizacją pomocnictwa w aborcji. PiS w tej sprawie będzie jednak działać bardzo zachowawczo, czekając, czy koalicjantom uda się skłonić przynajmniej część ludowców do poparcia projektu, zawierającego elementy depenalizacji. To kwestia najbliższych dni, bo wstępnie w koalicji ustalono, że Komisja Nadzwyczajna zbierze się albo jeszcze w tym roku, albo na pierwszym styczniowym posiedzeniu, a to jeszcze nic nie oznacza, czasem próby będzie głosowanie na posiedzeniu plenarnym.
PiS w tej sprawie zresztą działa z podwójną liną bezpieczeństwa: jeśli uda się uchwalić ustawę przy wsparciu PiS (co już raz nieomal się stało, wówczas wsparciem była dość słaba frekwencja w ławach największego klubu, koalicja poległa z powodu oporu PSL), trudniej będzie używać argumentu „aborcyjnego” przeciw kandydatowi PiS. Nawet jeśli urzędujący prezydent ustawę zawetuje (co może, ale nie musi, się zdarzyć). Jeśli Andrzej Duda ustawę podpisze, będzie sukces. Jeśli zawetuje, też nie będzie – dla kampanii kandydata PiS – źle. Sytuacja win-win, choć wydawać by się mogło, że ten temat dla PiS pozostanie już na zawsze potencjalną miną.
Największy znak zapytania. Zmiany w psychiatrii. Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że nie ma odwrotu od modelu psychiatrii środowiskowej, łącznie z ryczałtowym finansowaniem podstawowej opieki psychiatrycznej. Niepokój środowisk skupionych wokół centrów zdrowia psychicznego i resort, i płatnik nazywają nieporozumieniem. Jeśli biorą na siebie część odpowiedzialności, to raczej za „błędy komunikacyjne” i „niejednoznaczny przekaz”, wskazując na słynną już konferencję w Mikołajkach, z której – wbrew obecnej narracji – płynął przekaz całkiem jednoznaczny, wskazujący, że po zamknięciu pilotażu systemowo będą wdrażane inne rozwiązania. Bardziej „obliczalne” i poddające się nadzorowi płatnika.
W ciągu najbliższych miesięcy temat zmian w psychiatrii z pewnością niejeden raz stanie na ostrzu noża, bo słuchając wypowiedzi ekspertów, decydentów, przedstawicieli środowisk na co dzień pracujących z osobami w kryzysie psychicznym, można odnieść wrażenie, że niemal każda z tych grup mówi o czymś nieco innym, a brak porozumienia jest konfliktogenny. Pewne nadzieje daje powołanie zespołu, który ma przygotować kierunkowe rozwiązania dla minister zdrowia, jednak – jak uczy doświadczenie – wiele dokumentów końcowych, wypracowywanych z wielkim zaangażowaniem, lądowało w ministerialnych, a być może nawet dyrektorskich, szufladach i nie miały szans przełożyć się na decyzje. Jak będzie tym razem?