Edukacja zdrowotna będzie przedmiotem nieobowiązkowym – zapowiada lider PSL, wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. – Ktoś chyba pomylił MON z MEN – ripostuje szefowa MEN Barbara Nowacka. Jednak z jej wypowiedzi sprzed kilku dni wynikało, że obowiązkowość przedmiotu staje w rządzie pod znakiem zapytania. Zdaniem ekspertów to byłaby fatalna wiadomość.
Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz i minister edukacji Barbara Nowacka. Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.pl
W niedzielę odbyły się kolejne protesty środowisk konserwatywnych przeciwko edukacji zdrowotnej. – Uspokoję wszystkich, którzy protestowali – przedmiot będzie nieobowiązkowy – skomentował je Władysław Kosiniak-Kamysz, odpowiadając na pytania dziennikarzy podczas konferencji prasowej w Szczecinie. Dodał, że uczestnictwo dziecka w lekcjach będzie zależeć od decyzji rodziców. – Myślę, że będzie pozbawiony jakiejkolwiek ideologii – prawicowej czy lewicowej – zapewnił wicepremier. Lider ludowców poinformował, że jest już w tej sprawie decyzja w rządzie, a on sam rozmawiał na ten temat zarówno z minister edukacji Barbarą Nowacką, jak i premierem Donaldem Tuskiem a także ministrem spraw wewnętrznych i administracji Tomaszem Siemoniakiem. Z naszych informacji wynika, że zaangażowanie Kosiniaka-Kamysza nie wynika bynajmniej z protestów, ale z twardego stanowiska biskupów, z którymi lider PSL (oraz inni politycy tej formacji) pozostaje w dobrych relacjach.
Co ciekawe, Kosiniak-Kamysz nie wymienił w tym aspekcie nazwiska minister zdrowia Izabeli Leszczyny – choć formalnie „gospodarzem tematu” jest resort edukacji, od samego początku to właśnie Ministerstwo Zdrowia podnosiło konieczność wprowadzenia do szkół przedmiotu edukacja zdrowotna (jeszcze w poprzednich kadencjach) i merytorycznie jest (a w każdym razie powinno być) odpowiedzialne za jego kształt oraz losy. Od kilku tygodni – przynajmniej od późnej jesieni ubiegłego roku – sygnalizowaliśmy jednak, że resort zdrowia znalazł się w tej sprawie na bocznym torze, a w każdym razie wydaje się pozbawiony wpływu na zapadające w Ministerstwie Edukacji Narodowej decyzje, na przykład dotyczące kadr dla nauczania nowego przedmiotu. Resort edukacji stawia na zagospodarowanie dotychczasowych nauczycieli, eksperci wskazują, że powinni w tym uczestniczyć również edukatorzy zdrowotni, absolwenci zdrowia publicznego, przygotowani do pracy z dziećmi i młodzieżą profesjonaliści medyczni – na przykład pielęgniarki czy położne.
Rząd Donalda Tuska zapowiadał wprowadzenie edukacji zdrowotnej jako przedmiotu obowiązkowego w miejsce nieobowiązkowego wychowania do życia w rodzinie (WDŻ). To było spełnienie wieloletnich, formułowanych publicznie od 2018 roku postulatów rzecznika praw pacjenta oraz ekspertów z dziedziny zdrowia publicznego a także organizacji pacjenckich, które wielokrotnie apelowały do ministerstw zdrowia oraz edukacji o wprowadzenie obowiązkowego przedmiotu, gwarantującego przekazywanie dzieciom i młodzieży wiarygodnych i rzetelnych informacji dotyczących zdrowia we wszystkich jego aspektach. – Jest to obowiązek państwa i jednocześnie prawo ucznia, by kompetencje w zakresie edukacji zdrowotnej nabyć – mówił o edukacji zdrowotnej i perspektywach jej wprowadzenia do szkół w ubiegłym tygodniu – podczas posiedzenia Komisji Zdrowia, która opiniowała sprawozdanie z działalności RPP w 2023 – Bartłomiej Chmielowiec.
W niedzielne popołudnie minister edukacji Barbara Nowacka szybko odniosła się do wypowiedzi lidera PSL: – Ktoś znów pomylił MON z MEN, jak czytam – napisała na platformie X. Jednak trudno nie zauważyć, że już kilka dni temu to właśnie Barbara Nowacka postawiła znak zapytania przy losach edukacji zdrowotnej. – Uważam, że powinien to być przedmiot obowiązkowy, ale rozważamy różne scenariusze – stwierdziła publicznie. Jeszcze w listopadzie Nowacka podkreślała bez żadnych niuansów, że edukacja zdrowotna będzie przedmiotem obowiązkowym.
Nieobowiązkowość przedmiotu, czyli status identyczny jak obecnie ma WDŻ, przekłada się zarówno na zaangażowanie, jak i frekwencję, która jest – po prostu – słaba. Brak ocen na świadectwie i fakt, że lekcje zwykle organizowane są pod koniec dnia sprawiają, że rodzice „odpuszczają” dzieciom godzinę zajęć w tygodniu, co przy i tak przeładowanych planach bardzo łatwo zrozumieć. Trudno też zbudować kadry dla takiego przedmiotu, skoro po stronie uczniów nie ma praktycznie zainteresowania.
Zapowiedź, że edukacja zdrowotna ma być – czy też może być – przedmiotem nieobowiązkowym, od razu wywołała niepokój po stronie ekspertów, wspierających ideę wprowadzenia do szkół edukacji zdrowotnej.
– Przedmiot „Edukacja zdrowotna” to doskonały pomysł. Nie przesądzając oczywiście na tym etapie, czy realizacja sprosta oczekiwaniom, warto podkreślić, że potrzeba jest naprawdę pilna. Rzecz jasna takie przedmioty jak biologia, chemia i fizyka przygotowują młodych ludzi i dają im narzędzia do weryfikacji informacji, z którymi mają do czynienia w przestrzeni publicznej. Jednak dopiero odniesienie do własnego stanu zdrowia, do własnego organizmu, do sposobu jak działają nasze mięśnie, naczynia, układ odpornościowy, narządy zmysłów czy mózg daje podstawę do tego, żeby pozostać krytycznym wobec niesamowitego zalewu fałszywych informacji a w rezultacie ryzyka skorzystania z „ofert” z różnego rodzaju szarlatanów, wiary w reklamy suplementów diety czy propagandy antyszczepionkowej – powiedział nam w niedzielę dr Tadeusz Jędrzejczyk, specjalista w dziedzinie zdrowia publicznego, były prezes NFZ, obecnie szef Departamentu Zdrowia Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego.
Ekspert podkreślił, że osią sporu stała się kwestia części dotyczącej edukacji zdrowia seksualnego. – Jednakże oskarżenia o to, że stoi za tym seksualizacja dzieci brzmią w czasach internetu zupełnie absurdalnie. Dostęp do informacji zajmuje sekundy, jednak problemem pozostaje, kto wykupuje reklamy, żeby być na pierwszych miejscach wyszukiwania. Ta część pozostaje od zawsze praktycznym wyzwaniem dla nauczycieli i rodziców. Okres dojrzewania płciowego sam w sobie jest trudny. Lepsza wiedza, mam nadzieję przedstawiona w przystępny sposób, ale jednocześnie oparta o aktualną wiedzę o fizjologicznych, w tym neurofizjologicznych aspektach funkcji seksualnych może tylko pomóc w adaptacji do tego krytycznego dla młodych ludzi okresu w życiu – tłumaczył.
– Warto dodać, że nasza wiedza o wielu aspektach zdrowia znacząco rozwinęła się w ciągu ostatnich dwóch pokoleń i w istocie – mam przynajmniej taką nadzieję – podręczniki o zdrowiu będą przydatne zarówno dla uczniów, jak i dla rodziców czy dziadków. Zdegradowanie do poziomu przedmiotu nieobowiązkowego byłoby błędem – ocenił. Dodał jednak, że „nie musiałoby to oznaczać tragedii”. – Może część młodzieży zrezygnowałaby z zajęć ale ci, którzy poszliby, byliby lepiej zmotywowani, a najdalej w kolejnym roku szkolnym głosy o potraktowanie przedmiotu w sposób, jaki na to zasługuje, byłyby trudne do odrzucenia.
Bardziej radykalna w ocenach jest Dorota Korycińska, prezes Ogólnopolskiej Federacji Onkologicznej. – Wydawałoby się, że wprowadzenie edukacji zdrowotnej po latach niekończących się dyskusji na ten temat jest oczywistością. Obietnice słyszeliśmy od początku 2024 roku a nawet wcześniej, już podczas kampanii wyborczej. Jeśli jednak edukacja zdrowotna miałaby być nieobowiązkowa, jej wprowadzenie nie podniesie kompetencji zdrowotnych społeczeństwa – oceniła, dodając, że ewentualną decyzję o obniżeniu rangi przedmiotu, który miał przynieść radykalną zmianę, trudno zrozumieć. – Byłby to sygnał, że temat jest nieważny i marginalny. Zdrowie Polaków nadal nie cieszy się zainteresowaniem polityków i czeka nas rozwój medycyny naprawczej, kosztownej i mniej efektywnej niż zapobieganie chorobom – stwierdziła.
Dorota Korycińska zwróciła uwagę, że Polska weszła w 2025 rok pod hasłami towarzyszącymi naszej prezydencji w Unii Europejskiej, między innymi podkreślając rolę profilaktyki zdrowotnej. – Jak się okazuje, z ważnego i wręcz podstawowego jej elementu możemy się właśnie wycofać. Jeśli taka decyzja rzeczywiście zapadnie, osobiście postrzegać to będę jako porażkę naszej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej już na samym starcie.