Politycy czasami mają komfort wprowadzania rozwiązań w 100 procentach zgodnych z ich przekonaniami i oczekiwaniami wyborców, ale znacznie częściej takiego komfortu nie mają. Parcie do wdrożenia modelu – z punktu widzenia MEN i MZ – idealnego skończyło się, co tu dużo mówić, fatalnie.
Barbara Nowacka, Władysław Kosiniak-Kamysz. Fot. Krystian Maj / KPRM
Największe rozczarowanie. Decyzja MEN. – Muszę ochronić szkołę przed polityczną awanturą – argumentowała Barbara Nowacka, potwierdzając pod koniec tygodnia to, co w niedzielę tydzień temu ogłosił wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz: edukacja zdrowotna nie będzie przedmiotem obowiązkowym.
Oczywiście, między wypowiedzią lidera ludowców a tym, co ogłosiła szefowa resortu edukacji, trudno postawić znak równości, bo Nowacka zapowiedziała, że decyzja dotyczy tylko roku szkolnego 2025/2026, a po kilku miesiącach obecności EZ w szkołach nastąpi jego ewaluacja. – Polityków o zdanie pytać nie będziemy – zapowiada minister edukacji. Dlaczego jednak mielibyśmy w to wierzyć? Teraz też MEN (chyba?) nie pytał o zdanie polityków, a jednak to nie przeszkodziło im w niczym – ani w zabieraniu głosu w sprawie, ani w wywarciu nacisku na ostateczny kształt decyzji.
Przez ostatnich kilka dni po stronie środowisk najbardziej zaangażowanych w promowanie wprowadzenia do szkół edukacji zdrowotnej dominowały nie tyle złość, co niedowierzanie, konfuzja i potężne rozczarowanie. Wszyscy w pamięci mieli buńczuczne – tak to trzeba określić z perspektywy czasu – zapowiedzi Barbary Nowackiej, dotyczące „odczarnkowienia” szkoły. Ale też nie mniej obiecująco zwodnicze deklaracje premiera, który obiecywał przywrócenie nauce prymatu w procesie podejmowania decyzji przez rząd i poszczególne ministerstwa.
Im bardziej okazałe obietnice, tym rozczarowanie brakiem ich spełnienia – większe. Bo choć od ponad już roku interesariusze systemu ochrony zdrowia mogli mieć pewność, że rząd Donalda Tuska nie zwiększy wydatków publicznych na zdrowie i trzeba liczyć się z potężnymi problemami ze stabilizacją systemu, jednocześnie realizacja wprowadzenia do szkół edukacji zdrowotnej wydawała się – aż do końca ubiegłego roku – niezagrożona. Co więcej, praktycznie nie było tygodnia, by któryś z polityków rządzącej koalicji – od szeregowego posła po przedstawiciela rządu – nie przywołał tych planów jako jednego z przykładów „lepszej zmiany” po rządach PiS. Polityczny „fikołek” wykonany dosłownie na ostatniej prostej – nawet jeśli w tzw. międzyczasie pojawiły się sygnały, że przygotowania do wprowadzenia przedmiotu nie nastrajają optymistycznie – mógł szokować. I zszokował.
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Linia podziału. – Tam jest ideologia – uważa lider PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz, mówiąc, że „kompromis w sprawie edukacji zdrowotnej jest zasadny”. To chyba najbardziej niepokojące słowa, jakie popłynęły w ostatnich dniach ze strony rządowej (a konkurencja była naprawdę mocna), bo lider ludowców podpisał tym samym „listę obecności” po stronie protestujących przeciw wprowadzeniu edukacji zdrowotnej do szkół. Zaiste, Polskie Stronnictwo Ludowe nie bez przyczyny uchodzi za najbardziej piwotalną partię w Polsce, więc trudno mówić o zaskoczeniu, choć niewątpliwie fakt, że akurat lekarz dopatruje się „ideologii” w podstawie programowej, skoncentrowanej wokół wiedzy i informacji, może budzić zdziwienie. Byłoby ono większe, gdyby nie znajomość realiów politycznych, a konkretnie – gwałtownego ocieplenia relacji (części) hierarchów kościelnych z prominentnymi ludowcami.
Ale byłoby uproszczeniem twierdzić, że edukację zdrowotną na ołtarzu polityki złożyli politycy PSL. Dużo większym zaskoczeniem jest stanowisko premiera Donalda Tuska i Rafała Trzaskowskiego – żadnego z panów nie można posądzić o bardzo bliskie – polityczne – związki z Kościołem, w dodatku w sferze deklaracji dali się poznać jako politycy progresywni. Trzaskowski mówiący o konstytucyjnym prawie rodziców do wychowywania dzieci oraz Tusk podkreślający przywiązanie do dobrowolności wyboru (jak na liberała przystało) grają tymczasem nie tylko tę samą grę, co lider ludowców, ale do tej samej bramki, strzelając okazałe gole, szkoda że samobójcze.
„Za” edukacją zdrowotną, przynajmniej werbalnie, murem stanęły kobiety: Barbara Nowacka i Izabela Leszczyna. Nie wdając się w analizy i bez ulegania pokusie formułowania łatwych wniosków, warto odnotować, że nie jest to, bynajmniej, przypadek: gros decyzji dotyczących edukacji podejmują właśnie kobiety, które dobrze wiedzą, że zwłaszcza we współczesnej szkole przedmioty nieobowiązkowe nie mają racji bytu. Są więcej niż nieistotne. Powód? Jeśli rodzice mogą zaoszczędzić dziecku jednej godziny dłużej w szkole, nie wyrażając woli uczestniczenia w przedmiocie, który nie daje oceny na świadectwie ani gwarancji, że dziecko z pożytkiem spędzi czas w szkole, podejmą taką decyzję. Zwłaszcza w dużych miastach (które mogłyby być większym rezerwuarem ewentualnych chętnych), bo tam istnieje też spora konkurencja w postaci dodatkowych zajęć. Snucie planów (Izabela Leszczyna), że edukacja zdrowotna swoją atrakcyjnością przyciągnie rzesze chętnych, a dzieci i młodzież będą prosić rodziców, by w kolejnym roku szkolnym zapisali je na zajęcia, nie wydaje się niczym więcej niż myśleniem mocno życzeniowym.
Największa porażka. Ministerstwo Zdrowia. Ile razy w ostatnich latach mówiono, że nie ma mowy o skutecznym rządzeniu, rozumianym jako proces podejmowania spójnych decyzji i harmonijnego ich wdrażania, bez przełamania silosowości państwa? Wiele. Ile razy podkreślano, że zdrowie publiczne jest zadaniem ponadresortowym, wymagającym współpracy i koordynacji działań wszystkich – literalnie – ministerstw? Wiele.
Wprowadzenie do szkół edukacji zdrowotnej miało być swego rodzaju poligonem przełamania silosowości, wymagając współpracy dwóch – tylko dwóch – ministerstw. Jednak bardzo szybko okazało się, że współpraca jest wzorcowa, ale w płaszczyźnie werbalnej. Jeśli chodzi o decyzje, resort zdrowia nawet nie krył, że gospodarzem tematu jest MEN. Wbrew logice i wbrew intencjom pomysłodawców wprowadzenia nie tylko tematów związanych ze zdrowiem do szkół, ale odrębnego przedmiotu. W tym wymiarze porażka rysowała się na horyzoncie już od pewnego czasu.
Jednak ostatni tydzień rozwiał wszystkie wątpliwości. Szef MON, wyliczając, z kim rozmawiał na temat statusu edukacji zdrowotnej, nawet nie wspomniał o minister zdrowia. Sama Izabela Leszczyna, która do całej sprawy odniosła się dopiero w środę – pod długich trzech dobach – poinformowała z kolei, że odbyła rozmowę z szefową MEN, Barbarą Nowacką. Sytuacja przemawiałaby jednak raczej za rozmową z premierem – to właściwy poziom interwencji, gdy sprawy stają na ostrzu noża. Ponieważ takiej rozmowy prawdopodobnie nie było, trzeba założyć, że pozycja polityczna Izabeli Leszczyny nie jest tak mocna, by możliwe były „ostateczne” rozmowy. W ostatnich miesiącach minister przyznała to zresztą, mniej lub bardziej wprost, kilkakrotnie. W październiku, publicznie mówiąc, że nie jest w stanie przekonać premiera (i rządu) do zwiększenia składki zdrowotnej (jednocześnie deklarując, że jako minister zdrowia widzi potrzebę dodatkowych źródeł finansowania). W listopadzie – odstępując od zakładanego szybkiego procedowania tzw. reformy szpitalnictwa. W grudniu – publicznie przyznając, że projekt szpitalny trudno będzie procedować ze względu na kalendarz wyborczy. Teraz minister zdrowia zapowiada „małe kroki”. Zapowiedzi brzmią łudząco podobnie do tych sprzed blisko roku, dotyczących planu „B” w sprawie tzw. antykoncepcji awaryjnej i można się spodziewać porównywalnych, niestety, sukcesów.
Największy znak zapytania. Co dalej? Minister zdrowia, podobnie zresztą jak minister edukacji, oceniają, że edukacja zdrowotna padła ofiarą polityki, że wygrały kalkulacje wyborcze. Być może mają rację, jednak terminarz wyborczy nikogo nie mógł zaskoczyć, a wytrawne polityczki powinny umieć przewidzieć skalę emocji, jakie wzbudza temat edukacji zdrowotnej. Uzasadnione czy nie, emocje nie są czymś, co można w polityce ignorować. Można je natomiast próbować neutralizować, szukając zawczasu rozsądnych kompromisów. Być może takim kompromisem byłoby rozdzielenie edukacji zdrowotnej i edukacji seksualnej. Jest faktem, że edukacja seksualna jest częścią edukacji zdrowotnej, ale jeśli można byłoby wprowadzić do szkół obligatoryjnie edukację zdrowotną i uzupełnić ją o fakultatywne zajęcia skoncentrowane na tematach związanych z dorastaniem i seksualnością, prowadzone oczywiście zgodnie z przyjętą podstawą programową, czy byłoby to na pewno mniej korzystne rozwiązanie niż skazanie na fiasko edukacji zdrowotnej jako całości? Politycy czasami mają komfort wprowadzania rozwiązań w 100 procentach zgodnych z ich przekonaniami i oczekiwaniami wyborców, ale znacznie częściej takiego komfortu nie mają. Parcie do wdrożenia modelu – z punktu widzenia MEN i MZ – idealnego skończyło się, co tu dużo mówić, fatalnie.