Państwo nie może pozwalać na atakowanie osób, przedstawicieli zawodów, których misją jest niesienie pomocy. I nie chodzi tylko o zakup kamizelek nożoodpornych i kursy samoobrony, co oczywiście jest potrzebne, ale daleko niewystarczające.
Premier Donald Tusk. Fot. KPRM
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Atak na lekarzy. Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej apeluje do Marszałka Sejmu o podjęcie działań wobec osób pomawiających lekarzy podczas obrad komisji i zespołów parlamentarnych. Na ostatnim posiedzeniu Zespołu ds. Ochrony Życia i Zdrowia Polaków pod adresem pracowników medycznych mówiono m.in., że śmierć nie chodzi już w czarnej pelerynie, ale w białym kitlu, a postępowanie lekarzy wpisuje się w cywilizację śmierci. Wszystko w kontekście wytycznych naukowych w sprawie terapii daremnej. – Tego rodzaju pomówienia podważają zaufanie do całego systemu ochrony zdrowia – zwracają uwagę przedstawiciele samorządu lekarskiego.
Nie ma żadnej wątpliwości, że podczas posiedzenia zespołu padły stwierdzenia nie tyle kontrowersyjne, co wręcz haniebne. Reakcji czołowych polityków, którzy zostali wprost wywołani do tablicy – czy to apelem samorządu lekarskiego, czy to wpisami w mediach społecznościowych ze strony przedstawicieli środowiska lekarskiego – brak. Jedynie Izabela Leszczyna z prywatnego konta na X podała dalej wpis Naczelnej Izby Lekarskiej.
Gdy pijany pacjent zaatakował i śmiertelnie ranił nożem ratownika medycznego, premier Donald Tusk nie hamował się w reakcjach. Słowa miewają podobny skutek i nie chodzi tylko o podważanie zaufania do systemu ochrony zdrowia, co jest destrukcyjne samo w sobie, ale również o prowokowanie agresywnych postaw wobec personelu medycznego, wobec lekarzy. – Pogarda dla codziennej pracy lekarzy i pomówienia tego rodzaju, które nie mają podstaw w faktach, stanowią nie tylko bezpośredni atak na lekarzy, ale prowadzą do eskalacji nienawiści wobec przedstawicieli zawodu medycznego – podkreśla samorząd.
Jeśli szef rządu ogłasza „zero tolerancji” dla atakujących pracowników medycznych obywateli, można oczekiwać, że będzie w tej sprawie konsekwentny. W sejmie padły słowa. Można byłoby przynajmniej mieć nadzieję, jeśli nie oczekiwania.
Największy znak zapytania. Finanse systemu ochrony zdrowia. Kilkadziesiąt organizacji pacjentów zaapelowało do premiera o „pilne działania” w celu ochrony zdrowia pacjentów i zapobieżenia załamaniu się systemu. Czterdzieści cztery organizacje podpisały się pod apelem, który zwraca uwagę między innymi na konieczność szybkiego rozpoczęcia prac nad nowelizacją ustawy określającej minimalny poziom nakładów na ochronę zdrowia. Pacjenci są zaniepokojeni faktem, że choć Polska wydaje niemal najmniej na ochronę zdrowia w relacji do PKB w UE, politycy prowadzą prace, zmierzające do zmniejszenia przychodów NFZ, co może dodatkowo osłabić system.
Owe prace dotyczą oczywiście zmniejszenia składki zdrowotnej odprowadzanej od przedsiębiorców – w minionym tygodniu nad rządowym projektem pochyliła się podkomisja, a dwugodzinna dyskusja dostarczyła pokaźnego materiału do refleksji. Bo choć stwierdzenie, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, trudno uznać za twórcze i odkrywcze (przeciwne, pachnie truizmem), wypowiedź Patryka Wichera (PiS) powinna się zapisać złotymi zgłoskami w księdze parlamentaryzmu. Poseł bowiem stwierdził jednoznacznie, że Polska wydaje na ochronę zdrowia za mało i trzeba pomyśleć o zmianie ustawy 7 proc. PKB na zdrowie w tym kierunku, by usunąć z niej regułę n-2. Tę samą, której w żaden sposób nie dało się usunąć przez bitych sześć lat (od momentu uchwalenia ustawy), o czym solennie zapewniali podnoszących ten postulat przedstawicieli strony społecznej, ekspertów oraz posłów opozycji, najważniejsi politycy Prawa i Sprawiedliwości. Teraz najwyraźniej role się odwróciły, skoro posłanka Krystyna Skowrońska broni pozostawienia reguły n-2 w imię… możliwości porównywania poziomu nakładów.
Co zrobi premier? Jest wysoce prawdopodobne, że to samo, co zrobił kilka miesięcy wcześniej – podobnej treści apel organizacji pacjentów (nieco krótsza była tylko lista sygnatariuszy) trafił przecież do Kancelarii Premiera latem 2024 roku. Zamiast spodziewanej reakcji Tuska pacjenci doczekali się odpowiedzi Ministerstwa Zdrowia, sygnowanej zresztą w imieniu Izabeli Leszczyny przez jednego z jej zastępców. Trudno zakładać, że najnowszy apel zostanie potraktowany inaczej, choć oczywiście – nadzieja umiera ostatnia.
Największa porażka. Edukacja zdrowotna. Nie ma już nadziei na odwrócenie losów edukacji zdrowotnej. Ministerstwo Edukacji Narodowej przedstawiło finalny projekt rozporządzenia w sprawie sposobu nauczania szkolnego oraz zakresu treści dotyczących wiedzy o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji zawartych w podstawie programowej kształcenia ogólnego. Zgodnie z nim, zajęcia nie będą obowiązkowe, co oznacza, że uczniowie nie będą z nich oceniani. Przedmiot nie będzie miał też wpływu na promocję ucznia do klasy programowo wyższej ani na ukończenie szkoły przez ucznia.
Zaledwie dzień wcześniej, podczas posiedzenia sejmowej Podkomisji ds. organizacji ochrony zdrowia, poświęconego tematowi – wydawałoby się – o lata świetlne odległemu, czyli odwracaniu piramidy świadczeń, przedstawiciele strony społecznej ostrzegali, że bez edukacji zdrowotnej jako pełnoprawnego przedmiotu szkolnego trzeba zakładać fiasko każdej reformy projektowanej przez polityków i urzędników teraz i w przyszłości. Dlaczego? Choćby dlatego, że – jak zwracał uwagę Krzysztof Zdobylak, ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. transformacji systemu – poziom wiedzy społeczeństwa na temat systemu jest dramatycznie niski. Pacjent, który potrzebuje pomocy w rozwiązaniu swojego problemu zdrowotnego, bynajmniej nie rozpoczyna swojej ścieżki w POZ czy aptece, ale – w zależności od możliwości – od SOR lub „doktora Google” (jeden i drugi scenariusz mogą potoczyć się bardzo niekorzystnie, i dla pacjenta, i dla systemu).
– Powinniśmy rozwinąć edukację zdrowotną. To, co się stało w tej chwili z edukacją zdrowotną w szkołach, że nie jest obowiązkowa, to wielki błąd. Myślę, że politycy rządzącej koalicji i decydenci pomyślą jeszcze i zmienią zdanie, bo nie powinno być tak, żebyśmy musieli uzależniać to, co jest dobre dla społeczeństwa od bieżącej polityki – przekonywała Grażyna Cebula-Kubat, przewodnicząca OZZL. Nadzieja, jak wiadomo, umiera ostatnia.
Największe wyzwanie. Onkologia. Po unieważnieniu konkursu z 2023 roku na inwestycje w obszarze onkologii (Fundusz Medyczny) jedno jest pewne – Ministerstwo Zdrowia nie może sobie pozwolić na żaden fałszywy krok. Na żadne opóźnienie zapowiedzianego na marzec ogłoszenia nowego konkursu. Na żadne opóźnienia i niejasności w konkursach na pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy. Minister zdrowia Izabela Leszczyna w czwartek została poddana dużej próbie cierpliwości ze strony posłów PiS, którzy chyba postawili sobie za cel wyprowadzić ją z równowagi (co się nie udało), ale można zakładać, że to niewinne igraszki przy tym, co będzie się działo, jeśli resort zdrowia „nie dowiezie” w całości obiecanych pacjentom dziesięciu miliardów złotych (na inwestycje).
Można to zrozumieć, bo najlepszą obroną jest atak. Informacje o przedłużeniu kontroli przez CBA mogą wywoływać w PiS zaniepokojenie, choć jeszcze nie panikę. Z informacji krążących w sejmowych kuluarach wynika, że nieco optymizmu w serca posłów obecnej opozycji wlały wiadomości z prokuratury, która jednak nie dopatrzyła się podstaw do stawiania zarzutów w tzw. aferze maseczkowej i ku niezadowoleniu obecnego kierownictwa umorzyła postępowanie. Sęk w tym, że trudno porównywać jabłka do arbuzów, a dokładne wzięcie pod lupę konkursu (konkursów) z Funduszu Medycznego może przynieść zaskakujące (lub niezaskakujące) rezultaty. Pod warunkiem, oczywiście, że owo przedłużenie kontroli nie było jedynie zabiegiem taktycznym.